Niekochany obywatel

Wojciech Surmacz
14-04-2006, 00:00

Filozofia biznesu w starciu z ironią polityki — czyli Janusz Palikot posłem. Utkwił w sejmowym szachu, mierzi go niemoc. Będzie prezydentem Lublina?

„Puls Biznesu”: Niezły ma pan za sobą rok — debiut na giełdzie z Polmosem, debiut w Sejmie.

Janusz Palikot, poseł Platformy Obywatelskiej: I rozwód z żoną. Zmiany niesamowite! Ale też nie pierwsze z tych głębokich. Jakoś tak mi się już układa. Ciągle mocne przeżycia: wejścia w kompletnie nowe środowiska. Teraz zostawiam za sobą 16 lat biznesu. Polityka… Do niedawna z polityków znałem tylko Henryka Wujca i Bronisława Komorowskiego. Taka anegdota: nawet nie zdarzyło mi się spotkać z Aleksandrem Kwaśniewskim. Nigdy mu ręki nie podałem.

Pierwsze wrażenia po zderzeniu z innym światem?

Ci ludzie bardziej przypominają myśliwych i wędkarzy niż przedsiębiorców czy artystów. Czas mają inaczej zorganizowany. W biznesie można dość dobrze zaplanować dzień. Wiadomo, co się chce zrobić. Jasny cel: wprowadzić nowy produkt, zwiększyć udziały w rynku. Na ogół — taki pozytywny rodzaj motywacji.

A w polityce?

Wszystko opiera się na oczekiwaniu — co przyniesie życie? Podejdzie zwierzę pod ambonę? Jak podejdzie, no to łubu-du!

Widział już pan w Sejmie rzeczy, o których się filozofom nie śniło?

Kto by przypuszczał, że Urbański zaatakuje arcybiskupa Dziwisza? Albo że Lech Kaczyński przyzna medal Wojciechowi Jaruzelskiemu? Gdyby mi pan powiedział coś takiego miesiąc temu, stwierdziłbym, że pan się wódki napił. A gdyby mi pan powiedział rok temu, że „Zyta, siostra Donalda” i „barbarzyńca Lepper” zasiądą w jednym rządzie, uznałbym pana za niezrównoważonego psychicznie. Przesunięcia polityczne są niewyobrażalne. To nieplanowane działania, czekanie na okazje, wykorzystywanie błędów przeciwnika... Cele osiąga się poprzez nieustanne polowania. Świat polityki ma inne wektory. Jest mniej konkurencyjny i mniej profesjonalny. W biznesie nie można produkować coca-coli, a nazajutrz szarego mydła. Może mi pan obiecywać gruszki na wierzbie, ale jeżeli w zamian dostarczy pan zły towar, to żeby nie wiem co: nie wezmę go. Bo muszę sprzedać! Wolny rynek: nie sprzedam bubla, bo stracę wszystko. W tym sensie w „biznes przez rynek” włożona jest moralność. Konkurencja zmusza do przyzwoitości. Tam tak musi być.

Polska polityka jest amoralna i nieprzyzwoita?

Niestety, rządzą parytety: wewnątrzpartyjny układ. Moralność do polskiej polityki może wprowadzić tylko system jednomandatowych okręgów wyborczych. Do Sejmu winny trafiać osoby zakorzenione w swoich miastach, które przyjmą ludzi z problemami, zorganizują „serwis”, udzielą porady prawnej, potrafią złożyć interpelację. A nie medialne gwiazdy telewizyjne, dobrze ułożone z kierownictwem partii. Dopóki nie będzie systemu okręgów jednomandatowych, dopóty nie będzie w polityce prawdziwej konkurencji. A bez niej nie ma profesjonalizmu. Morze czasu się traci w Sejmie. Albo człowieka zaskoczą, że zamiast dwóch godzin przerwy jest godzina, albo zwołają jakiś klub, prezydium, komisję... I tak w kółko. Jak człowiek wejdzie o dziewiątej rano do parlamentu, to siedzi do dwudziestej drugiej.

Można przebimbać cały dzień?

Można.

I panu to odpowiada?

Nie. Ale tak po prostu jest. Człowiek znajduje się w szachu absurdu — totalnej dezorganizacji, nieustannych przetargów w ostatniej chwili. PiS się wycofało z własnego rzecznika praw dziecka. Poprą jednak Ligę. Ci ogłaszają przerwę. My się zastanawiamy. A ponieważ wszystko rozstrzyga się w małych grupach, to te kilkaset osób czeka: co będzie? Tak czasami mija dzień. Wtedy ma się poczucie, że się nic nie zrobiło. Niektórzy bardziej doświadczeni koledzy wręcz uważają, że tak musi być.

Że trzeba marnować czas?

W tym sensie — tak.

Lekko irytujące.

Potwornie! Mnie to wyprowadza z równowagi! Na szczęście politycy Platformy są zorganizowani, merytorycznie przygotowani. Na ogół ludzie sukcesu: lekarze, przedsiębiorcy, zawodowi samorządowcy. Nie są z gatunku „wykluczonych”, jak większość posłów PiS-u. Jeszcze wspomnę o SLD — nomenklaturze partyjno-politycznej od lat żyjącej z pewnych układów; eseldowcy świetnie się poruszają w labiryncie administracyjno-urzędniczo-biznesowym. Nic nie powiem o Samoobronie.

Mocne słowa padają.

PiS tworzą najczęściej ludzie społecznie okaleczeni. Ktoś ich odrzucił, ktoś odtrącił. Coś im w życiu nie wyszło. Zawsze na boku. Nieakceptowani ze swoimi poglądami. Skaza wywołuje w nich podejrzliwość, przypisywanie każdemu złych intencji. Oczywiście są wyjątki. Taki Krzysztof Michałkiewicz jest przeciwieństwem tej charakterystyki. Merytorycznie można go różnie oceniać. Ale to człowiek pozytywny.

Szczypali już pana?

Zdaje się, że Jarosław Kaczyński mnie nie kocha.

Za to, że jest pan najbogatszy w Sejmie?

Bardziej za to, że miałem odwagę publicznie powiedzieć, że dzisiaj nawet SLD jest lepszy od PiS-u. Wściekli się! Ludwik Dorn zaczął konwencję samorządową od trzykrotnego wymówienia mego nazwiska.

Ale jak to jest z wami i PiS-em? W ogóle poważnie rozmawiacie ze sobą, potraficie się dogadać?

Kilku liderów, m.in. Kaczyński, Gosiewski, Zawisza, Bielan... Oni moim zdaniem uosabiają mentalność PRL-u. To największy paradoks tego Sejmu i ironia losu. Nieufność, niewiara w przedsiębiorczość, siłę pieniądza, fałszywa skromność. A ta mentalność: spisek, układ, grupa? Nawet sposób, w jaki się ubiera, cała jego fizjonomia jest z minionej epoki. Język, którego używa — proszę zwrócić uwagę, ile w nim podobieństwa do Gomułki czy Gierka?

To o Jarosławie Kaczyńskim?

Dla mnie typowy homo sovieticus. Oczywiście daleko krzywdzące byłoby tak mówić o wszystkich członkach i sympatykach PiS-u. Choćby Krzysztof Cugowski — rockandrollowiec! Zupełnie inna bajka!

On akurat nie kryje zażenowania sytuacją w parlamencie.

Pewnie złoży mandat. Tak się mówi. Przecież to człowiek innego pokroju. Jemu się udało, jest gwiazdą. Ale są i takie nazwiska, jak Mężydło czy Kowal. Ludzie PO-PiS-u. Są jeszcze tacy w obu partiach.

Niestety, coraz więcej ich dzieli.

Bo w Platformie dominują obywatele, a w PiS-ie oficerowie partii. Ale tam i tak jest pod tym względem znacznie lepiej niż w Samoobronie czy SLD. Ludzie PiS-u — mimo wszystko — zachowują pewną przyzwoitość. Niezależnie od ich „TKM-u” i upolityczniania państwa, to jednak korupcji tam nie ma. I chyba nie będzie. Liczę na to. Niestety, wejście w alians z Samoobroną to jednak przekroczenie granicy jakiegoś wspólnego świata. Kolejna nieoczekiwana odsłona polskiej sceny politycznej. Skutki — moim zdaniem — będą bardzo dynamiczne. Coraz dalej nam do stabilności.

Pańska rola w Platformie — co pan tam robi?

Jestem w prezydium. Podczas obrad Sejmu to w zasadzie ścisłe kierownictwo. Odpowiadam za kilka obszarów — nadzoruję wnioski związane z kulturą, sportem, rozwojem regionalnym…

I z biznesem.

Nie. Od tego jest Szczypiński, a w gabinecie cieni — Adam Szejnfeld.

Kto pana odsunął?

Sam się odsunąłem. Nikt mnie nie będzie podejrzewał, że — zajmując się gospodarką — próbuję lobbować na czyjąś rzecz. Świadoma decyzja.

Wracając do mojej roli w PO: byłem inicjatorem powstania zespołów strategicznych. Takich oddziałów szybkiego reagowania. Platforma miała tu pewien deficyt w porównaniu z PiS-em. I też jestem w tych zespołach. Wspieram strategiczne planowanie działań. Liderami są tam Rafał Grupiński i Sławomir Nowak.

Jakiś wpływ na program gospodarczy Platformy pan ma?

W tej kwestii najwięcej się dzieje w gabinecie cieni.

„To” w ogóle działa?

Oczywiście.

Pan tam zasiada?

Nie. Staramy się nie dublować ról.

Co ten gabinet robi, bo jakoś nie słychać?

Jak to? Stworzyliśmy przecież ten „PiS-owski” projekt podatkowy, by pokazać, jak politycy z PiS nie spełniają własnych obietnic — chodzi o stawki podatkowe 18 i 32 proc. Będzie niezła heca, bo PiS będzie musiało głosować przeciw. Teraz cienie oceniają projekt sanacji finansów Zyty Gilowskiej. Potem to trafi do prezydium i o tym podyskutujemy. W tym sensie moje opinie mają wpływ. Ale jestem tam jednym z dziesięciu. W tej partii jeden nie decyduje za wszystkich. Oczywiście zawsze najwięcej ma do powiedzenia lider — Tusk. Często trwają długie dyskusje i w tym sensie Platforma — jak każda organizacja demokratyczna — wolniej reagowała. Dlatego powołaliśmy zespoły strategiczne, by nadgonić, co w demokracji spowolnione.

Według pana, Prawo i Sprawiedliwość to ugrupowanie demokratyczne?

W PiS-ie jest dwuosobowe kierownictwo: Kaczyński — Gosiewski. Reszta wykonuje polecenia i nie dyskutuje. Kaczyński ma dwóch, może trzech doradców — Bielan, Kamiński, Kurski. I koniec. Całe prezydium i klub dostają zadania „do realizacji”. Zupełnie inna struktura.

Ta pańska aktywność wewnątrzpartyjna jakoś się nie przekłada na trybunę sejmową. Jedno krótkie wystąpienie o unikaniu podwójnego opodatkowania. Zero interpelacji, zapytań. Pan nie chce? Może to obciach?

Czasem mnie koledzy namówią, żeby się poboksować. Ale co taka bijatyka daje? Czy to popycha sprawy do przodu? To już lepsza praca w zespołach PO. Przynosi więcej owoców. Poza tym zasiadam w dwóch komisjach: finansów publicznych oraz kultury i mediów. No, i niech pan nie zapomina, że jestem pierwszy raz w Sejmie. Potrzebuję czasu, by się dobrze przygotować do wystąpienia. Jestem w trakcie tworzenia projektu ustawy o rozdzielności polityki i biznesu. No, i — w przeciwieństwie do wielu kolegów posłów — co tydzień (w każdy poniedziałek) naprawdę przyjmuję ludzi w biurze poselskim. Spędzam jakieś 40 proc. poselskiego czasu na pracy w regionie. We wtorki zwykle objeżdżam Lublin.

Czego pan tam szuka?

Poważnie się zastanawiam, czy nie kandydować w wyborach na prezydenta Lublina.

O, kolejna wolta Palikota! Złożyłby pan mandat posła?

Tak.

I będzie pan kandydował?

Jestem zdecydowany. Gdyby się jednak okazało, że są wybory przyśpieszone… Koalicja jednak powstaje. Marcinkiewicz się waha. Zobaczymy, ilu ludzi odejdzie z PiS-u i czy nie będzie konieczności podania rządu do dymisji i wywołania wyborów. Dajmy sobie czas do połowy maja. Jeśli nastąpi stabilizacja, to oficjalnie ogłaszam, że kandyduję na prezydenta Lublina. Jeśli się jednak okaże, że są przyspieszone wybory parlamentarne, to nie mogę zostawić PO. Przecież zdobyłem na Lubelszczyźnie 27 tys. głosów — dzięki temu mamy czterech, a nie jednego posła. Ale wolałbym takiego dylematu nie mieć.

Chęć bycia prezydentem Lublina nie wynika z tego, że nie bardzo panu pasuje ta mitręga poselska?

Nie pasuje mi bycie w opozycji. Gdybyśmy byli partią rządzącą, moglibyśmy tworzyć państwo obywatelskie.

Niemoc pana mierzi?

I takie nastawienie do bycia myśliwym. Bo co z tego, że my przygotujemy dobre ustawy, mamy specjalistów... Zaproponowaliśmy świetnych kandydatów do KRRiTV. Przecież Arabskiego popierał nawet Kurski. Czy pan wie, że nikt nie głosował w komisji kultury na Borysiuka, bo nie było dyscypliny? Wszyscy wiedzieli, że nasi ludzie są najlepsi. A potem w parlamencie są uwalani. Gdzie tu sens? Wygrywa interes partyjny.

Będąc prezydentem miasta, uniknie pan tego?

Taki przykład: byłem na spotkaniu z szefem polskiego Microsoftu — kurtuazyjnie. Ogłosili: chcemy budować w Polsce centrum. Pytam się: czy Lublin może być wzięty pod uwagę? Odpowiedział: nie, bo nie macie lotniska. Nikt wcześniej o to nie pytał z władz miasta! Nie potrafią zadbać o prostą sprawę. A w Świdniku — pas startowy ma 800 m, trzeba dobudować 400, żeby mógł lądować średniej wielkości samolot. Dyskutuje się o tym 8 lat. Ponoć koszt tej inwestycji to około 40 mln zł. Łączny budżet Lublina ze spółkami zależnymi: 1,7 mld zł. I samorząd nie jest w stanie wydać na to 40 mln zł? Nie widzę problemu! Lublin nie jest specjalnie zadłużonym miastem. Dawno należało to zrobić.

No, i co z tym lotniskiem?

W Sejmie przegłosowaliśmy dofinansowanie 20 mln zł. Ludziom z PiS-u udało się to przepchnąć. I bardzo dobrze.

A w Świdniku i tak mówią, że to wszystko dzięki Zycie Gilowskiej.

Pani Gilowska nie miała na to żadnego wpływu, choć jest ze Świdnika. No, i dobrze. Wszystko jedno, komu to przypiszą, byleby lotnisko rozbudowano. Zapewniam pana, że gdy tylko ono powstanie — od razu w regionie trafi się duża inwestycja. Strasznie mnie irytuje apatia lubelskich władz. Wiem, że jeżeli w Lublinie nie uzyska się większego poziomu zaufania publicznego, nie zbuduje się społeczeństwa obywatelskiego. To robota na wiele lat. Być może nawet nie będę miał z tego politycznych korzyści, ale trzeba to zrobić. Oczywiście łatwiej i bardziej spektakularnie walnąć w tej chwili pomnik katyński, papieski albo jakiś inny. Tylko co z tego? Nigdy nie chciałem być pustą gwiazdą polityczną. Poczucie własnej wartości, dwóch wspaniałych synów, wielkie pieniądze, budowa domów, sadzenie parków, restaurowanie zabytków, medale, nagrody, zaszczyty... Ja już to wszystko mam za sobą. Już tego nie potrzebuję. Chciałbym tworzyć nową jakość. Obywatelską społeczność.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Niekochany obywatel