Od deski do deski

Karol Jedliński
opublikowano: 14-03-2007, 00:00

Puszczanie latawców. Zabawa raczej dla małych dziewczynek. A gdyby tak woda plus kawał materiału na wietrze i do tego deska? Precyzyjny stop drewna i włókien o odpowiedniej elastyczności, z myślą inżynierską. Zwiastuje świetną zabawę dla odważnych. Kiteboarding to już nie fun i sport dla grupki zapaleńców. Powstają szkoły, federacje, są mistrzostwa świata i profesjonalne kontrakty. Amatorzy zaludniają kolejne akweny. Potrzeba coraz lepszego sprzętu. Jeśli chodzi o deski, rytm nadaje Nobile, firma kierowana przez pewnego inżyniera pioniera. W Bielsku-Białej, setki kilometrów od słonecznych plaż.

— Kiedy kilka lat temu zobaczyłem w telewizji legendę windsurfingu Robbiego Naisha, skaczącego po falach z latawcem, pomyślałem, że to sport nie dla ludzi — zaznacza Dariusz Rosiak, którego fabryka jest drugim na świecie producentem desek do kiteboardingu.

Twarz mistrza

Do tego sportu dał się przekonać dopiero wtedy, gdy sam spróbował sił jako człowiek rozpięty między deską a latawcem. Złapał bakcyla. Zrozumiał, że złapią go tysiące innych. Teraz „polska deska” to Nobile, marka znana globalnie.

— Latem chcemy wejść także w produkcję latawców i osprzętu. I zgarnąć więcej rynku najtańszych desek.

Słowem: atak na numer jeden na świecie, wskoczenie przed austriackiego Northa. Wydatnie pomaga w tym Mark Shinn, były absolutny mistrz świata w kiteboardingu. W Nobile ma linię desek sygnowaną własnym nazwiskiem. Sprzedają się świetnie.

— Kosztują całe 777 euro. To sprzęt dla lekarzy czy prawników, którzy nie mogą sobie pozwolić na taniochę — podśmiewa się Mark Shinn.

Co tu ukrywać, deski Nobile nie konkurują ceną. Wygrywają technologią, marketingiem i dystrybucją. Inne serie na ten sezon to modele 555 i 666. Nazwy oznaczają jednocześnie cenę w euro. W sumie rocznie sprzedaje się od 5 do 6 tys. Pomnożone przez kilkaset euro daje całkiem okrągłą sumkę. Roczny wzrost sprzedaży jest kilkudziesięcioprocentowy. Bo teraz panuje boom.

— Nie jest to na razie tani sport. Za dużo inwestujemy w produkcję, badania i wdrożenia, żeby sprzedawać sprzęt za cenę na przykład desek do snowboardu — tłumaczy Dariusz Rosiak.

Ze śniegu na wodę

Jeszcze kilkanaście lat temu Dariusz Rosiak, już po czterdziestce, wygrywał mistrzostwa Polski w snowboardzie. Było mu o tyle łatwiej, że to on pierwszy w Beskidach pojawił się na stoku z deską pod pachą. W jego ślady poszła córka Małgorzata, olimpijka z Nagano, swego czasu w światowej czołówce.

— Kiedy pierwszy raz stanąłem na desce, jeszcze w latach 80., miałem podobne uczucia do tych, kiedy widziałem kiteboarding. Nieludzkie. Jak zobaczyłem w Austrii zawodowców w akcji, zrozumiałem, że na tym da się jeździć masowo.

Pierwszy snowboard kupił za 390 marek. Wtedy to była fortuna. Potem pojechał na ISPO, Międzynarodowe Targi Sprzętu i Mody Sportowej w Monachium, gdzie znajomy sprzedawał deski na pniu, z gigantyczną marżą.

— Snowboard eksplodował, panowała dyktatura producentów. I to mnie trzepnęło — mówi Dariusz Rosiak.

Pomógł też dyplom inżyniera zdobyty na Politechnice Śląskiej, specjalizacja przetwórstwo tworzyw sztucznych. Choć, powiedzmy sobie szczerze, na typowego inżyniera nie wygląda. Ubrany z luźną elegancją, opalony, a kręcą go sporty raczej zarezerwowane dla niepokornych nastolatków. On je połączył z poważnym biznesem.

To puka legenda

W początkach polskiego kapitalizmu sprzedał firmę produkującą wina typu spumante o chwytliwej nazwie Michelangelo Nobile. Z tego okresu pozostała mu hala i marka. Nobile, czyli z włoskiego szlachetny.

— Akurat splajtował Polsport w Szaflarach. Po cenie złomu kupiłem od nich sprzęt do produkcji nart. Zacząłem robić deski snowboardowe, co wydawało mi się wtedy dość proste.

Ot, drewniany klin, czyli rdzeń z topoli, trochę włókna szklanego, kleju epoksydowego, plastik na ślizg. Do tego folia z designem — wszystko do kupy i do prasy na kilkanaście minut. Deska gotowa.

— Pierwsza deska Nobile była z mamutem, nawet jeszcze kilka można spotkać na stokach. Rocznik 94. Miała z tysiąc błędów — przyznaje Dariusz Rosiak.

Wziął wtedy pod pachę snowboard i znów pojechał na ISPO. Nie nadźwigał się, nie przeszedł stu metrów, jak zamówień miał po uszy. Zaczął robić dla Austriaków z poważanego Fanatica. I stamtąd przyszedł skok technologiczny. Jednocześnie sami w zespole badawczym rozpracowywali nowe pomysły. No i wreszcie pewien poniedziałek dziewięć lat temu. Telefon ze Stanów, z Burtona. A Burton to wtedy i teraz synonim wszystkiego co naj w snowboardzie. Największy, najnowocześniejszy, najsłynniejszy. Żywa legenda.

— Przyjeżdżam w piątek — mówi głos zza oceanu.

W sobotę, po dwóch dniach rozmów i oglądania zakładu w Bielsku-Białej, głos znów szokuje:

— W poniedziałek podpisujemy umowę. Robicie dla nas deski. Pasuje? — pyta retorycznie.

W stronę równika

Wtedy Nobile produkował jakieś 10 tys. desek snowboardowych rocznie. Nikt jeszcze nawet nie słyszał o kiteboardzie. Po dwóch latach Burton odbiera z Polski ponad 50 tys. desek rocznie. Fabryka Nobile robi dla Amerykanów na wyłączność. Jak ruszył kiteboarding, było z początku podobnie. Dariusz Rosiak był dostawcą dla Northa. Ale już cztery lata temu wypuścił deskę z napisem Nobile. I zaczął rywalizację z Northem.

— Mamy mocny atut, bo jesteśmy najlepszym dostawcą Burtona, jedynie 1,4 proc. sprzętu jest drugiej klasy. Doskonałość technologiczną mają też nasze deski kite’owe — cieszy się właściciel Nobile.

Sprzęt, czy to dla Burtona, czy to Nobile do kite’a, łączy napis „Hand made in Poland”. W branży to powód do chwały. W zbliżeniu to wielka fabryka w przedwojennym, wyremontowanym budynku. Kilka tysięcy metrów kwadratowych, a pod dachem cały ciąg technologiczny — od drewnianych bel po gotowe, lśniące lakierem deski. Dużo huku i kleju. Z ostatniego piętra widać pas startowy bielskiego lotniska. Gdzieś tam, na płycie przed hangarem, stoi Piper PA 32. Jak tylko załatwi sprawy w Polsce, jego właściciel siada za sterami i leci testować deski kite- boardowe u wybrzeży choćby Morza Śródziemnego. Z racji zbyt małego zasięgu nie doleci jednak do Brazylii. A to właśnie tam, niedaleko równika, Nobile buduje swój kite’owy spot z wypożyczalnią, trenerami, testerami. Może więc czas rozejrzeć się za czymś większym. n

Z prasy na wodę

Pojedyncza deska przez dwie godziny wędruje po pięciu przepastnych piętrach bielskiej fabryki, zanim zapakowana w przezroczysty pokrowiec trafi do magazynu. Kręgosłupem desek jest drewniany rdzeń, wycinany z topolowych bel dostarczanych przez trzy tartaki. Kiedy świszcząca maszyna zakończy swoją pracę, do gry wchodzą ludzkie ręce. Do drewna przykleja się ślizg, a od góry warstwę włókna szklanego. Taka „kanapka” wędruje na kwadrans do prasy. Następna faza to lifting, czyli m.in. przyklejanie folii z wzorem graficznym. Jeszcze do tego ostrzenie krawędzi i czyszczenie. Na deser wystarczy domalować napis „Hand made in Poland”, co którąś sztukę przetestować pod kątem rozmiarów i sprężystości, i prosto na morze albo śnieg.

Twarz Nobile

Choć kilka lat temu Brytyjczyk Mark Shinn zakończył zawodową karierę, to do dziś jest jednym z najlepszych zawodników w historii. Zaczął pływać w 1999 r., a jak zobaczył kiteboarderów na Teneryfie, to przez tydzień po sklepach szukał deski i latawca. W 2002 r. został absolutnym mistrzem świata w klasyfikacji obu federacji kiteboardowych.

Poprawianie Chińczyków

Kolejny, przynajmniej częściowy, wynalazek Chińczyków, którzy już w XII w. pływali na łódkach wspomaganych latawcami. Potem głową ruszył Anglik George Pocock, który zaprojektował większy latawiec, sterowany czteroma linkami. Taka łódka mogła łatwo skręcać i nawet pływać pod wiatr. Współczesny kiteboarding to już domena zapalonych surferów-inżynierów — od Nowozelandczyków przez Francuzów po Amerykanów. Gdzieś około 1999 r. różnice technologiczne zaczęły się zacierać. Obecnie dominują szerokie deski dwukierunkowe. Na zawodach ocenia się głównie akrobacje, choć wyścigi też zyskują na popularności. W Polsce najwięcej kitesurferów wybiera Zatokę Pucką, szczególnie okolicę Rewy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu