Nietrudno o sytuację, kiedy o międzynarodowym sukcesie malarza mówi się na rodzimym rynku wtedy, kiedy za granicą udało się sprzedać jedną jego pracę, i to prawdopodobnie dlatego, że wylicytował ją polski kolekcjoner. Dla wszystkich tego typu przypadków można jednak znaleźć przeciwieństwo tak wyraźne, że sam kontrast wydaje się już dawać iluzyjny efekt — rynek optycznych obrazów Wojciecha Fangora rzeczywiście jest światowy, a potwierdzają to zarówno podawane w dolarach wyniki na aukcjach, jak i zainteresowanie zagranicznych galerii sztuką wczesnego op-artu.

Ruch na niby
Pod koniec września grafitowy okrąg z końca lat 60. sprzedano w nowojorskim oddziale Christie’s za 180 tys. USD, a już w następnym tygodniu wysoki próg udało się pobić licytującym w Warszawie, bo dwa datowane na 1970 r. koła osiągnęły na aukcjach ceny 610 tys. zł i 923 tys. zł. Chociaż o podawanych przez domy aukcyjne stawkach zawsze mówi się z ożywieniem, kiedy dotyczą Fangorowskich abstrakcji, zupełnie nie budzą już zaskoczenia — podobnie wysokie ceny płaci się przecież w galeriach, szczególnie że lekko rozmyte kręgi mają w ofercie również te działające na rynku zachodnim.
Podczas ostatnich targów Art Basel jeden z galerników wycenił prezentowany obraz Fangora na kilkaset tysięcy euro, a na przypadających na połowę października targach Frieze Masters prace autora wystawiała londyńska The Mayor Gallery, wpisując się zresztą swoją ekspozycją w bardzo bieżący nurt kolekcjonowania op-artu.
Ten skrótowy, ale padający ostatnio wyjątkowo często termin rozumieć należy jako sztukę, która zamiast wzruszać nas jakąś przedstawianą historią, przede wszystkim ma fizycznie oddziaływać na nasze oczy. Od połowy lat 50. w wielu krajach prowadzone były artystyczne eksperymenty, które miały na celu wprowadzenie sztuki w ruch — niektóre z powstałych wtedy prac rzeczywiście się ruszały, ale te, które miały się też sprzedawać, musiały po prostu dobrze udawać.
Kinetyczne instalacje, chociaż efektownie prezentowały się w muzeum, wymagały zwykle zarówno sporej przestrzeni, jak i podłączenia do trudnej w obsłudze maszynerii, a żeby praca nie mogła pojawiać się regularnie na aukcjach, wystarczy, że zostanie spełniony jeden z tych warunków. Zupełnie płaskie obrazy wydawały się więc rozwiązaniem idealnym — zadanie, które przed nimi stawiano, było jednak takie, że musiały działać na nasze oczy na tyle podstępnie, żeby te nawet nie zauważały, kiedy są oszukiwane.
Kręgi bliżej
W przypadku prostych kompozycji Fangora wzrok daje się natomiast zwodzić na okrągło. Widoczny w wysoko wycenianych kołach efekt tzw. pozytywnej przestrzeni iluzyjnej polega m.in. na tym, że patrząc przez chwilę na płótno, można odnieść wrażenie, że przestrzeń obrazu rozwija się powoli w naszym kierunku. Iluzja, że geometryczny kształt zaczyna się zbliżać do widza, powstała dzięki umiejętnemu zestawieniu wielu elementów — odpowiednich rozmiarów figur i stopni ostrości ich konturów, ale też barw stosownie nasyconych, właściwie stonowanych, dostatecznie kontrastujących i wystarczająco jaskrawych.
Pomimo że wypracowanie niezaburzonych proporcji w odcieniach i formach wymaga analitycznego podejścia, widok prostego koła, za równowartość którego kupić można byłoby kilka bitewnych scenek pędzla jednego z Kossaków, wywołuje jeszcze czasem trochę niepokoju. Konserwatystów, których uwadze zagraniczne trendy umykają najskuteczniej, bardziej niż rekordowe ceny, wyprowadzić może jednak z równowagi wiadomość, że na obecny w cennych kręgach optyczny efekt Fangor wpadł przez przypadek — malując pracę, na której rozproszone kształty miały występować jako tło dla elementów tak zwyczajnych jak ręce czy twarze, którym tradycjonaliści szczególnie lubią się przecież przyglądać na obrazach.