Banki są jedynym wyraźnym beneficjentem rosnących oszczędności Polaków — pisze Roland Paszkiewicz, dyrektor biura analiz w CDM Pekao
Banki od początku kryzysu pozostają jedynym wyraźnym beneficjentem zmniejszonej skłonności do konsumpcji, a tym samym rosnących oszczędności Polaków. Pieniądze szerokim strumieniem trafiają na rynek giełdowy jedynie w przypadku dużych i nośnych medialnie prywatyzacji. Są to jednak sporadyczne wydarzenia. Ani giełda, ani fundusze nie doczekały się do tej pory (po ponad 2 latach hossy i podwojeniu wartości indeksów GPW) oczekiwany od dłuższego czasu napływu kapitału. Rynek zastanawia się więc od dłuższego czasu, kiedy giełdowe wzrosty skuszą Polaków do większego zainteresowania bardziej ryzykownym i potencjalnie dużo bardziej zyskownym sposobem lokowania oszczędności.
Dwoma czynnikami, które mogą to zainteresowanie zwiększyć są:
— kilku-, kilkunastomiesięczne utrzymywanie się rocznego tempa inflacji powyżej oprocentowania depozytów,
— trwały wzrost optymizmu konsumentów.
Wydaje się, że żaden z tych czynników nie wystąpi przed oczekiwanym spadkiem tempa wzrostu PKB. Tym samym trudno spodziewać się w najbliższych kwartałach wielkiego skoku zainteresowania inwestycjami giełdowymi Polaków, czy to samodzielnymi, czy też poprzez TFI. W krótkiej perspektywie jestem więc pesymistą. W obecnym cyklu bessa-hossa nie doczekamy się znaczącego wzrostu aktywności inwestorów indywidualnych. Ostatnią szansą na realizację innego scenariusza jest SPO (druga publiczna oferta) największego polskiego banku. Wrześniowa oferta PKO BP może być podobnym katalizatorem, jak IPO tego emitenta siedem lat wcześniej.
Być może pierwszym beneficjentem poszukiwania alternatyw wobec lokat nie będą fundusze agresywne, ale bezpieczne, których atrakcyjność wzrośnie wraz z zakończeniem cyklu podnoszenia stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. I dopiero w kolejnej fazie ożywienia gospodarczego środki te zostaną przekonwertowane na bardziej ryzykowne inwestycje, tak jak było w pierwszej dekadzie XXI w.
W dłuższej perspektywie jestem jednak optymistą. O ile w przypadku liczby rachunków inwestycyjnych możemy mówić o nasyceniu, to suma aktywów na nich zgromadzonych powinna znaczącą rosnąć wraz z rosnącą zamożnością Polaków. Podobnie w przypadku pieniędzy zgromadzonych na rejestrach funduszy inwestycyjnych. Żeby dojść do poziomu penetracji notowanego w Portugalii czy Hiszpanii, muszą one wzrosnąć jeszcze co najmniej o 100 proc.