Podobno 90 proc. kolejarzy opowiedziało się w wewnętrznym referendum za strajkiem — i to od razu generalnym. Ponieważ pamiętam czasy, gdy wybory kończyły się rezultatem 99,9 proc. „za” — traktuję ten wynik nieufnie. Jak sformułowano pytanie? Zapytajmy „czy wolisz strajkować, czy nadal przyglądać się upadkowi firmy, w której zarabiasz na życie?” i będziemy mieli pełne poparcie. Jak przebiegało samo głosowanie? Czy głosujący mieli możliwość zachowania pełnej swobody wyboru? Nikt nie patrzył im na ręce?
Na razie litościwi szefowie kolejarskich związków zawodowych obiecują, że powstrzymają strajk do 5 lipca. Ale nie na pewno, bo determinacja mas jest ogromna. Ceną za uładzenie nastrojów ma być rezygnacja z planów reformy PKP i sektora kolejowego. Planów, które i tak są spóźnione i nieśmiałe. Wszystkich, którzy uznawali, że na kolei wreszcie coś zaczyna się ruszać, związkowcy szybko wyprowadzą z błędu. Ma być, jak było.
Nikt nie przeczy, że kolejarze pracują ciężko i ofiarnie. Jednakże w trudzie i znoju koleje wciąż produkują miliardowy deficyt; cóż z tego, że nieco mniejszy niż kilka lat temu. Sumowane na bieżąco zadłużenie kolei nie obejmuje zresztą bajońskich sum, jakie trzeba będzie wydać na sanację techniczną sieci i taboru, których stan woła już o pomstę do nieba. Tych sum nie wysupła państwo, ani tym bardziej samorządy, modne ostatnio na kolei w charakterze krowy dojnej. Ale zewnętrzny inwestor budzi u związkowców panikę.
Przyśpieszajmy budowę autostrad!