Pociągiem do Lhassy

Aleksander Krawczuk
27-05-2011, 00:00

Podróżować oczywiście warto. Choćby po to, by po powrocie odetchnąć z ulgą i ocenić wygody własnego domu oraz uroki najbliższej okolicy. Nie ma to jak u siebie!

Mamy już za sobą Święta Wielkanocne. A także długi weekend w początkach maja. I nawet wycieczki w ciągu tego najpiękniejszego miesiąca wiosny. Pora więc przygotować się do dawno już planowanych wyjazdów w miesiącach urlopowych. Oczywiście chodzi przede wszystkim o podróże zagraniczne. Taki jest rytm odpoczynku i wczasów w zamożniejszych rodzinach, zwłaszcza miejskich. I podobnie wygląda to we wszystkich krajach Europy i Ameryki Północnej. Mimo kryzysu! Słyszy się często narzekania, że świat bardzo się upodobnił. Nawet kraje niegdyś bardzo egzotyczne straciły wiele ze swej oryginalności. Wszędzie podobne ubiory, fast foody, samochody, popularna muzyka i filmy, reklamy. Szybko postępująca okcydentalizacja i amerykanizacja. Wielkie globalne miasteczko. To prawda. Ale przecież pozostają klimat, zapachy, krajobrazy, gwar rozmów, odmienność gustów i obyczajów, materialny kontakt z zabytkami. Tego nie przekaże żaden, nawet najbarwniejszy, opis, żaden film, żaden obraz fotograficzny.

W wieku podeszłym, jak choćby mój — wchodzę w 90. rok życia — jest czymś naturalnym, że spogląda się wstecz i dokonuje jakiegoś bilansu. Sukcesy i osiągnięcia, ale też błędy i zaniechania. Jeśli chodzi o te ostatnie to mam ich sporo. Także — a może zwłaszcza — w przypadku podróży. Choć szczerze mówiąc, bardziej żałuję, że zaniechałem kupna kilku książek antykwarycznych, które już miałem w ręku.

A co do podróży. To prawda, że w ciągu pierwszych lat powojennych można było o nich tylko marzyć. Zarówno ze względów finansowych, jak i paszportowych. Później było coraz łatwiej. Nie okazałem się jednak zaradny. Zmarnowałem sporo okazji. Wyjeżdżałem rzadziej, niż bym mógł, gdybym rzeczywiście się starał. A radzono mi: Zwiedzaj świat, póki pozwala na to zdrowie i wiek!

Obecnie zaś, gdybym nawet wygrał wielkie pieniądze, już się nie wybiorę w wielką podróż zagraniczną. Nawet samolotem do Rzymu. A już na pewno nie do Tybetu. Właśnie ten kraj, ujrzenie Lhassy i Himalajów, był niegdyś moim marzeniem. Zwłaszcza, kiedy ponad pół wieku temu przeczytałem opis podróży, jaką odbył tam w latach 1844-46 francuski misjonarz ks. Huc. Polski przekład jego relacji ukazał się w roku 1858. Rzecz barwna i pełna szczegółów. Ks. Huc wyruszył do Tybetu przez Mongolię, a więc od północnego-wschodu. Pokonał niezliczone trudności ze strony natury i ludzi, a warunki podróży były niewiarygodnie prymitywne. Ponad pół wieku temu podobną podróż odbył Szwed Sven Hedin. Ten jednak wyruszył z ziem wówczas rosyjskich, a więc z zachodu. Opisał swoją wyprawę w książce "Transhimalaja", bo ten potężny łańcuch górski odkrył w Tybecie.

Obecnie zarówno ks. Huc, jak i Sven Hedin mogliby po prostu wsiąść do pociągu w Pekinie i wysiąść w Lhassie. To kwestia tylko pieniędzy i załatwienia formalności. Pociąg jedzie oczywiście długo, ale cóż to w porównaniu z miesiącami tamtych podróży! Wspina się bardzo wysoko, ponad 4 tys. metrów nad poziom morza. Na pewnych wysokościach trzeba zakładać maseczki tlenowe. To imponujące osiągnięcie techniki, a podróż w warunkach wręcz luksusowych. Jakże jednak mógłby jej sprostać ktoś w moim wieku i mający swoje kłopoty z sercem?

Przed młodszymi wszakże Tybet stoi otworem. Ja nie poczuję chłodnego powiewu z himalajskich śniegów ani smaku tybetańskiej herbaty z dodatkiem soli i masła z mleka jaków.

Jakaż to jednak szkoda, że nie wsiądzie do pociągu Tiziano Terzani, tak doświadczony podróżnik i bystry obserwator. Właśnie ukazał się polski przekład jego książki "Zakazane Wrota". Poświęcona jest Chinom, a jeden rozdział Tybetowi. Jednakże jest to relacja z roku 1984, a wiec sprzed ćwierćwiecza. Wprawdzie w przedmowie do II wydania z roku 1998 autor stwierdza, iż sprawdziły się jego najgorsze przewidywania, my jednak możemy stwierdzić, że tak nie jest. Usunięto wiele zniszczeń dokonanych przez szaleństwa rewolucji kulturalnej, a jeśli chodzi o sytuację gospodarczą — cóż, fakty mówią za siebie. Choćby i ten, że to Chiny zamierzają inwestować w Polsce, a nie Polska w Chinach.

Terzani niestety zmarł w roku 2004, mając lat zaledwie sześćdziesiąt kilka. Na pewno by dostrzegł, podróżując do Lhassy pociągiem, że jadą tam chińscy urzędnicy i osadnicy, ale też turyści z wszystkich krajów świata. Podobno wszakże powracający stamtąd pociąg zabiera sporo młodych Tybetańczyków. Szukają w Chinach pracy, ale też chcą uczyć się i studiować, zdobywać konkretny zawód. Wolą to, niż — jak działo się dotychczas — wstępować do klasztoru, recytować buddyjskie teksty, palić lampki z masłem jaków przed posągami, obracać bez końca młynki modlitewne. To prawdziwie rewolucyjna zmiana stylu i celów życia. A zdaje się dokonywać w Tybecie niejako oddolnie. Co by na to powiedział Terzani, jakby ocenił tę zmianę? Zapewne raczej krytycznie, jako jeszcze jeden przykład zrywania z wiekową tradycją. Jak jednak sam by postąpił, będąc młodym człowiekiem w Tybecie?

Nie wiem, czy ta przemiana dokonuje się w Tybecie rzeczywiście i na jaką skalę. Sam już tego nie sprawdzę. Zdany jestem tylko na strzępy przypadkowych informacji, a nie wszystkie są tak inteligentnie sformułowane jak te, które wyszły spod pióra włoskiego podróżnika. Może jednak znajdzie się polski kontynuator dzieła Terzaniego, a spadkobierca naszego Ryszarda Kapuścińskiego. W drogę więc, młodzi przyjaciele!

Ja też wybiorę się w podróż wakacyjną. W Gorce. Góry to trochę niższe od Himalajów, ale też mają swój urok, chłodny powiew, piękne pejzaże. No i przede wszystkim są tak blisko od Krakowa… l

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksander Krawczuk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Pociągiem do Lhassy