Rosnąca konkurencja na polskim rynku handlu spożywczego wymusza współpracę mniejszych graczy. W maju tego roku dwie działające w Polsce sieci z francuskim kapitałem - Intermarché i Auchan - złożyły do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) wniosek w sprawie koncentracji. Dotyczył planów utworzenia grupy zakupowej, prowadzącej m.in. wspólne negocjacje z dostawcami produktów spożywczych i niespożywczych marek własnych.
Teraz na podobny ruch zdecydowały się sieci marketów z krajowym kapitałem. Do UOKiK trafił wniosek dotyczący utworzenia wspólnego przedsiębiorcy przez kilka z nich. Został złożony przez Zbigniewa Paczóskiego, Polska Grupę Supermarketów (PGS), SPS Handel oraz Powszechną Spółdzielnię Spożywców ,,Społem” w Białymstoku.
„Po utworzeniu wspólnego przedsiębiorcy działalność obejmować będzie nabywanie artykułów konsumenckich codziennego użytku, które następnie będą sprzedawane do zgłaszających celem ich dalszej odsprzedaży w sklepach własnych lub sieciach franczyzowych. Zamierzona działalność obejmie również nabywanie produktów pod wspólną dla zgłaszających marką własną, które będą w analogiczny sposób odsprzedawane” – czytamy w komunikacie UOKiK.
Zbigniew Paczóski to właściciel m.in. sieci marketów Topaz, która w ubiegłym roku miała prawie 1,3 mld zł przychodów. PGS zarządza sklepami zrzeszonymi pod szyldami Top Market i Minuta8, a do SPS Handel należą Zielony Market i Prim.
Chęć sieci do współpracy rośnie, bo zwiększa się również presja na marże.
- Jest to skutek piekielnej konkurencji, której parametry i kierunek nadają sieci dyskontowe. Oznacza to stan permanentnej wojny cenowej, która nie dotyczy tylko największych dyskontów, takich jak Lidl czy Biedronka, lecz wszystkich, którzy chcą się utrzymać na rynku i utrzymać skalę sprzedaży. Biedronka i Lidl wykorzystują ceny jako narzędzie marketingowe, aby przyciągnąć klientów, i jest to bardzo dobry sposób na utrzymanie pozycji – tłumaczy Maria Andrzej Faliński, ekspert rynku handlowego ze stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.
W tej sytuacji mniejsze sieci muszą reagować.
- To właśnie one muszą się dostosować do narzuconego poziomu cenowego, do innych instrumentów cenowych, takich jak marka własna czy marka dedykowana. W ten sposób nie pozwalają na odebranie sobie klienta przez większe i głośniejsze sieci. Trzeba mieć siłę przetargową wobec producentów oraz mieć możliwość wdrażania nowych marek. Stąd powstają grupy zakupowe, które w ramach tej kooperacji nawiązują kontakty z producentami. Jest to rzecz stosowana na całym świecie – mówi Maria Andrzej Faliński.
