Polując na koniunkturę

Marcin Bołtryk
opublikowano: 06-10-2011, 00:00

Rozmowa z Michałem Soćko, członkiem zarządu Stowarzyszenia Kierowników Flot Samochodowych i zarządzającym flotą Carlsberg Polska

„Puls Biznesu”: Jak wybrać auto do floty?

Michał Soćko: Ne musi do niej trafić najlepsze. Trafi takie, na które jest najlepsza oferta. Zresztą słowo najlepszy jest tu nie na miejscu. Szefowie flot kierują się innymi przesłankami. Traktują auto narzędziowo, nie emocjonalnie. W końcu i tak zostaną rozliczeni w tabeli. Tu liczą się cyfry.

Czyli najlepsze równa się najtańsze?

Nie. Najlepsze równa się takie, na które jest akurat najlepsza oferta. Trzeba pamiętać, że takie oferty pojawiają się na krótko, zależą od koniunktury w firmach sprzedających samochody. Ja muszę upolować najbardziej satysfakcjonującą.

Czyli najtańszą?

Cena jest ważna. Nie mogę powiedzieć inaczej. Ale nie jest jedynym czynnikiem decydującym o wyborze tej, a nie innej marki. Jak inaczej wytłumaczyć to, że w polskich flotach obok fordów pojawiają się np. subaru? Oczywiście Ford dzierży palmę pierwszeństwa, ale gdyby był najlepszy, we flotach nie byłoby ani opli, ani renaultów czy skód. Różnorodność marek wynika nie tylko z cen, zapotrzebowania czy atrakcyjności oferty. Wynika z koniunktury. Gdzieś kiedyś na coś była lepsza, więc to coś trafiło do floty. Ot, tajemnica.

Czy dobra cena aut z Chin może spowodować, że takie samochody wejdą do służby?

Raczej nie. Floty, szukając okazji, raczej nie pozwalają sobie na eksperymenty. Firm na to nie stać. Samochód jest narzędziem. Ma działać i być jak najtańszy. Ale jak najtańszy nie oznacza najtańszy. Auto musi być użyteczne — to oczywiste. Cena musi być akceptowalna, a auto musi mieć serwis. Firmom nie wszystko jedno czym będą jeździć. Pojawiają się pycha i snobizm. Zawsze jednak w końcu pojawi się cyfra. Firmy są lub przynajmniej powinny być skoncentrowane na wykorzystaniu narzędzia. A samochód nim jest. Nawet dla prezesa.

Firmy nie są zatem skłonne płacić za prestiż?

Czasami są. Wszystko zależy od potrzeb. Są przecież różne projekty marketingowe czy promocyjne, w których chodzi o zwrócenie na siebie uwagi. Wtedy wydanie kilkudziesięciu tysięcy więcej na znaczek jest uzasadnione. Ale w kalkulacji flotowej na szpan pozostaje niewiele miejsca. To niewielki segment rynku. W codziennej pracy, szczególnie w branży FMCG, liczy się serwis, oferta i dobry myśliwy — czyli flotowiec polujący na koniunkturę.

Sumując: czym zdobyć serce flotowca?

W porę ustrzeloną dobrą ofertą i serwisem. Sieć warsztatów buduje zaufanie do marki. Nie ma samochodów, które się nie psują. Są natomiast takie, których nie ma gdzie naprawić. Słowem, wygrywają producenci, którzy mają dużą sięć rozsądnie rozmieszczonych warsztatów. To jest też powód, dla którego, obiektywnie rzecz biorąc niezłe marki, takie jak honda czy mazda, we flotach się nie pojawiają.

A auta elektryczne. Zaistnieją we flotach?

W dalekiej przyszłości może tak. Ale nie teraz. Powód prosty. Proszę sobie wyobrazić, że daję pracownikowi auto na prąd. On musi je ładować. Ja muszę tę energie rozliczyć. Jak tego dokonać?

No właśnie, jak?

Nie wiem. Póki co, nie ma sposobu. Nie ma pomysłu. Dopóki nie pojawi coś na kształt ładujących kas fiskalnych, za pomocą których pracownik poinformuje firmę ile wydał na ładowanie służbowego samochodu, auta na prąd flot nie zawojują. Ewidencjonowanie kosztów działalności to podstawa. Na razie auta na prąd to wyłącznie flotowy ekomarketing. W mojej ocenie tak będzie jeszcze długo. Zresztą, co my tu o przyszłości. Prawo regulujące sposób użytkowania aut kuleje.

Co konkretnie kuleje?

Wciąż pokutuje przekonanie z lat dziewięćdziesiątych: władze uważają, że samochód w firmie to luksus. Wynik jest taki, że przy zakupie auta do firmy nie można odliczyć pełnego VAT-u. Odliczanie VAT-u od zakupu paliwa do tego auta też jest ograniczone. Nie rozumiem takiego działania. Przecież przedstawiciele handlowi jeżdżą, pracują zwykłymi autami. Naprawdę nie ma w nich wodotrysków. Auta pracują na dochód firmy, a przecież VAT, który można wliczyć w koszty, pomniejsza podatek dochodowy, więc część tego podatku, którego nie pozwolono nam zatrzymać przy zakupie auta i paliwa, i tak finalnie nie trafia do kasy państwa. Pozostaje niesmak. Wszystko jest źle poukładane. Tym bardziej, że takie dławienie firm to gwóźdź do trumny innej branży — motoryzacyjnej. Odbiorca firmowy znacząco przyczynia się do utrzymania sprzedaży nowych aut. Jego poczynania są stabilne i przewidywalne. Wymiany aut regularne. Pozostaje mieć nadzieję, że podejście do tematu flot zmieni się w najbliższym czasie. I tego bym oczekiwał na początek. Dopiero później możemy mówić o krzewieniu motoryzacji elektrycznej, czy jak kto woli — ekologicznej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy