Jednym z przepisów kodeksu dobrych praktyk, wzbudzających największe dyskusje, jest zasada 20, nakazująca spółkom od 2004 roku wprowadzenie do składu ich rad nadzorczych „większości niezależnych członków”.
Szkopuł w tym, że ten sam dokument nakazuje wprowadzenie definicji niezależności do statutu, a kryteria tejże niezależności formułuje w sposób wysoce niejasny: „Niezależni członkowie rady powinni być wolni od jakichkolwiek powiązań ze spółką i akcjonariuszami lub pracownikami, które to powiązania mogłyby istotnie wpłynąć na niezależnego członka do podejmowania bezstronnych decyzji.”
Cóż, niewątpliwie, gdyby niezależni członkowie rady nadzorczej mieli być całkowicie niezwiązani z akcjonariuszami, to może najlepszą metodą ich powoływania byłoby losowanie z listy ustalonej przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie albo Instytut Dyrektorów?
Trudno sobie przecież wyobrazić, by udziałowcy giełdowych spółek wybierali do rady nadzorczej osoby, do których nie mają zaufania. A największe zaufanie akcjonariusze mają zwykle do... siebie samych. Zatem jest chyba normalne, że udziałowcy, a szczególnie większościowi czy dysponujący znacznymi pakietami (a prawie wszystkie spółki na polskiej giełdzie mają takowych) zgłaszają do rad nadzorczych osoby, które są z nimi powiązane w taki sposób, że akcjonariusze ci mogą im zaufać.
W krajach anglosaskich czy nawet w Niemczech niezależność jest inaczej definiowana. Związki z akcjonariuszami nie należą do kategorii wyłączają- cej niezależność. Wyłączają ją natomiast wszelkie związki ze spółką, polegające np. na tym, że członek rady nadzorczej jest pracownikiem, byłym pracownikiem, czy członkiem zarządu spółki. Wyłącza niezależność także fakt bycia kontrahentem spółki.
Wyobraźmy sobie radę nadzorczą polskiej spółki publicznej, powstałej w drodze prywatyzacji. W siedmioosobowej radzie nadzorczej jest dwóch pracowników i pięciu członków rady, wybieranych przez akcjonariuszy. Pracownicy są, z definicji, zależnymi członkami rady. Zgodnie z zasadą 20 kodeksu GPW, w spółce tej musi być wybranych czterech „niezależnych” członków rady. Dwóch akcjonariuszy dysponujących każdy po 30 proc. głosów nie może znaleźć się łącznie w radzie. Zostało bowiem tylko jedno miejsce do obsadzenia. Skutek — albo polskie spółki publiczne nie przyjmą in gremio zasady 20, albo udawać będą jej stosowanie w praktyce na użytek giełdy i — w rzeczywistości — oszukiwać inwestorów.
Dlatego ważniejsze niż stosowanie kryterium większości niezależnych członków, wydaje się przyjęcie twardych kryteriów niezależności i wprowadzenie takich zasad wyłaniania tychże członków i udzielenie im takich kompetencji, które rzeczywiście pozwalają na wykonywanie nadzoru, sprawowanego w interesie wszystkich akcjonariuszy spółki. Warto więc zwrócić uwagę na zachowanie pewnych spółek wielkopolskich, które nie kryją, że są kontrolowane, lecz jednocześnie umożliwiają akcjonariuszom mniejszościowym wybór członków rady nadzorczej. I to w takiej liczbie i z takimi kompetencjami, które umożliwiają sprawowanie realnego nadzoru.
Takie postępowanie może zatem być bardziej szczere i zgodne z zasadami dobrego władztwa korporacyjnego, niż zachowanie spółek, które ogłaszają pełne zastosowanie do zasady 20, a do liczby niezależnych członków rady zaliczają proponowane przez akcjonariuszy większościowych osoby nie będące tymi akcjonariuszami lub ich pracownikami.
Autor jest radcą prawnym w międzynarodowej kancelarii Lovells