Problem wiatrów

Jacek Zalewski
opublikowano: 2007-03-12 00:00

Sukces szczytu Rady Europejskiej w Brukseli, czyli cyklicznego spotkania unijnych głów państw i szefów rządów, jest aksjomatem. I to sukces wspólny — niewyobrażalne, aby przywódca któregokolwiek z 27 państw członkowskich skrzywił się i oznajmił opinii publicznej w swoim kraju: wykiwali nas… Dlatego każdy sławi wątki chwalebne, a pod sukno chowa wstydliwe. I tak dla Polski największym osiągnięciem energetyczno-ekologicznego szczytu okazało się ustalenie, że obowiązek zwiększenia do roku 2020 udziału energii odnawialnej do 20 proc. (dzisiaj 7 proc.) jest unijną średnią, a u nas ten wskaźnik pozostanie jednocyfrowy (dzisiaj niecałe 4 proc.) i po dawnemu dominowała będzie absolutnie energia brudna. Podobno nie mamy takich wiatrów i takiego słońca, żeby upowszechniać turbiny wiatrowe i baterie na dachach.

Na propagandowym sukcesie pojawiła się jednak rysa, której nie dało się zaszpachlować — oto dokumenty szczytu zostały zawirusowane przez niemiecką prezydencję zapisem o energooszczędnych żarówkach. Jak przyznał prezydent Lech Kaczyński — nie zdążyliśmy się temu przeciwstawić. Od razu zaczęło się uspokajanie, że to jedynie kierunkowa decyzja polityczna, a wicepremier Zyta Gilowska uświadomiła rodakom, że w Polsce nie będzie akcji przymusowej wymiany żarówek. Cóż za paradoks — UE przyjmuje jeden z nielicznych konkretów bezpośrednio dotyczących każdego jej obywatela, a tu głowa naszego państwa traktuje ten zapis niczym konia trojańskiego! Oczywiście chodzi o koszty, albowiem obciążenie finansowe polskich firm i gospodarstw domowych drogimi żarówkami energooszczędnymi będzie nieporównywalnie wyższe, niż w państwach dawnej unijnej piętnastki.

Unia Europejska może być z siebie dumna, że z troską myśli o przyszłości całej planety i wzywa do samoograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Niestety, losy protokołu z Kioto dowodzą, że to idea równie szczytna co utopijna. Globalne potęgi — Stany Zjednoczone, Chiny i Indie — nie mają zamiaru podporządkowywać się ekologicznym limitom. Prezydent Bush wykręca się tłumaczeniem, że gospodarka USA poniosłaby zbyt wielkie koszty, z kolei giganci azjatyccy — że skrępowałoby to ich cywilizacyjny rozwój. Odpowiadają UE następującą filozofią — ci, którzy zdążyli się rozwinąć, a przy okazji wytrzebili lasy i struli atmosferę, muszą zrozumieć aspiracje państw na dorobku.

Przebieg dwudniowego szczytu potwierdził to, co zasygnalizowaliśmy już w tytule komentarza piątkowego — nad wątkami energetyczno-ekologicznymi rozciągał się cień Konstytucji dla Europy. Prezydent Lech Kaczyński upowszechniał tezę, która od pewnego czasu jest wykładnią naszej polityki — że po trzyletnim członkostwie Polska ocenia instytucjonalną i finansową sprawność UE całkiem nieźle, a zatem nie widzi niezbędności uchwalania traktatu konstytucyjnego! Fundamentem takiej tezy jest oczywiście nicejski system podejmowania, a dokładniej — blokowania decyzji potencjalnie niekorzystnych, w którym to systemie akcje Hiszpanii i Polski zostały przeszacowane, Niemiec zaś niedoszacowane. Konstytucyjna zasada tzw. podwójnej większości daje efekt dokładnie odwrotny i dlatego jest nie do przyjęcia dla nas (socjaliści hiszpańscy już dawno ustąpili). Takie są potwierdzone w Brukseli pozycje wyjściowe przed wizytą kanclerz Angeli Merkel w Polsce.