Proste jak drut

Jacek Konikowski
opublikowano: 06-12-2006, 00:00

W chmury po drabince. Na dźwig. Fachowiec poprawi: żuraw wieżowy. Całość ma się obracać, chodzić wzdłuż, podnosić i opuszczać.

Lotnisko Okęcie. Mgła jak mleko. Nic nie widać. Samoloty stoją. Chicago nie odleciało, Frankfurt nie przyleciał. Elektronika z mgłą przegrywa. Jedyne, co działa, to 14 potężnych żurawi na budowie nowego terminalu. Pracują pełną parą, choć z dołu nie widać kabin operatorów, a oni nie widzą ziemi. Widoczność na trzydzieści metrów, żurawie wysokie na siedemdziesiąt.

— Jest radiotelefon, wystarczy — zapewnia operator żurawia.

Trzask, pisk i głos:

— Cztery w lewo, jeszcze troszkę, jest — przez głośnik brzmią instrukcje z dołu.

Betonowy krąg precyzyjnie osiada w celu. Klasa operator. Każdy z nich na budowie jest paniskiem, ludzie ich podziwiają.

— Bardzo często pracujemy po omacku, bo jak żuraw stoi przy jednej stronie budynku, a podaje na drugą, to nawet przy dobrej pogodzie i tak nic nie widać — mówi operator.

Najgorzej, jak przypili

W dwóch w kabinie jest nam ciasno jak w czołgu. Albo w małej awionetce lecącej przez chmury. Diody, wskaźniki i dwa dżojstiki zamiast sterów. I dmuchawa ogrzewająca, bo tu wieje „po podwiązkach”. Wdrapanie się na górę jest wyczynem. Windy nie ma. Trzeba drałować po drabince. Nierzadko 50-70 metrów. W zimie to mizerna frajda. Nie każdy się nadaje. Wielu, co ma lęk wysokości, nie daje rady.

— Najgorzej, gdy przypili i do tojtojki trzeba drałować — dodaje operator.

Ruch dżojstikiem i potężne ramie wolno przesuwa się w le- wo po kolejny betonowy krąg. Trochę nami telepie, jak w awionet- ce właśnie. To wiatr. Na dole go nie czuć. Konstrukcja chodzi. Czasem odchyla się od pionu o dwa metry lub więcej. Na dole tego też nie widać, chyba że ktoś się wpatrzy.

— Żuraw jak samochód, ma sprzęgło i biegi. Ten ma trzy do przodu — mówi operator, bawiąc się dżojstikami.

Do tego trzeba mieć specjalne prawo jazdy. Nad Okęciem nadal mgła. Robota nagli, więc czas schodzić. I lepiej nie patrzeć w dół.

Rent-a-żuraw

Budowa lotniska to prestiżowa sprawa, ale trudna. Wszystko przez samoloty. Na początku budowy nowego terminalu, gdy stawiano pierwsze żurawie, okazało się, że wysięgnik jednego z nich nie dochodzi tam, gdzie powinien. Prosta sprawa, wystarczy go przedłużyć, dokręcając jeden moduł. Prosta, ale nie na lotnisku. W jedną noc przedłużyli ramię, tyle że lotnisko stanęło. Okazało się, że ramię żurawia zahacza o przestrzeń lotniczą.

Prestiż? Inwestorzy i wykonawcy obrastają w piórka i zaczynają mieć nietypowe wymagania. Niektórzy szukają na przykład żurawi w konkretnym kolorze.

— Niedawno jeden z wykonawców zażyczył sobie, żeby na budowie pracowały żurawie w kolorze jego logo i nawet zapłacił nam za przemalowanie ich na niebiesko — mówi Grzegorz Żółcik, prezes zarządu EFH Żurawie Wieżowe.

Na budowach żurawi stoi mnóstwo, ale rzadko która firma budowlana ma ich więcej niż cztery- -pięć, nawet te największe. Budimex, Skanska, Hochtief, pierwsza dziesiątka największych i mnóstwo mniejszych wypożyczają żurawie od spółki Żółcika.

— Przypominamy wypożyczalnię samochodów. Klient dzwoni, zamawia szynowy, górnoobrotowy albo dolnoobrotowy i my go podstawiamy pod wskazany adres. Z szoferem, czyli operatorem, lub bez — dodaje prezes Żółcik.

Żuraw żurawiowi nierówny. Jak z samochodami. Są lexusy, mercedesy, daewoo i syrenki. Najlepsze marki to Potain, Wolff, Liebhher i Terex-Comedil. Różnią się prędkością wznoszenia ciężaru, szybkością obrotu, stopniowaniem i liczbą biegów. Każdy żuraw, podobnie jak samochód, ma nawet własny dowód rejestracyjny.

— Na nowego fabrycznie potaina trzeba czekać 6 miesięcy. Nie da się go kupić od ręki. Są zapisy — opowiada prezes Żółcik.

Proste jak dźwig

Przekonuje, że to bardzo prosty biznes. W budownictwie pracuje 23 lata i prostszego nie zna.

— Żuraw jest prosty jak drut: żadnych zaskakujących technologii, tylko trzy silniki i kupa metalu. Całość ma się obracać, chodzić wzdłuż, podnosić i opuszczać. Proste jak dźwig — przekonuje Grzegorz Żółcik.

Skoro to taki prosty biznes, to czemu konkurencji jak na lekarstwo?

— Bo jest kapitałochłonny. Niewielu stać na kupno żurawia za 600 tys. złotych, i to średniej klasy. A my ich mamy kilkadziesiąt. Większość własnych i w leasingu, ale przy takiej skali nie wystarczy 50 tys. kapitału zakładowego. Nasz wynosi prawie 7 mln złotych — mówi Grzegorz Żółcik.

To sporo. Skąd takie pieniądze? Tym bardziej że firma powstała w 2002 r., gdy na rynku budowlanym panowała dekoniunktura. Kapitał wnieśli udziałowcy. Banki unikały kredytowania firm budowlanych, leasingowe też patrzyły na nie wilkiem.

— Zawierzyły nam dwie instytucje: bank BISE, udzielając nam kredytu obrotowego, i firma leasingowa Franfinance (obecnie SG Equipment), spółka zależna banku Societe Generale). Kontrakt na lotnisko, największy w naszej branży, stał się trampoliną do wielkiego biznesu. Trwa 2,5 roku, a jego wartość przekroczyła 4 mln zł. Normalnie żurawie stoją na budowie od trzech do sześciu miesięcy. Specjalnie pod ten kontrakt kupiliśmy 6 dodatkowych żurawi, koniunktura też się polepsza, doszły inne kontrakty. Zaczęliśmy potwornie inwestować. Dzisiaj pod względem liczby żurawi jesteśmy trzecią może czwartą firmą w kraju — chwali się Grzegorz Żółcik.

Łatwo przeinwestować, bo koniunktura może się zmienić i co wtedy?

— Koniunktura dopiero przed nami. W Hiszpanii na rynku pracuje 18 tys. żurawi, w Polsce raptem około 1300. Poza tym pieniądze na budownictwo infrastrukturalne dopiero zaczną do nas płynąć. Boom budowlany przed nami. Już czujemy jego powiew w zapytaniach ofertowych. W zeszłym roku dostaliśmy ich 138, w tym, do końca marca już 140. I tego nie są w stanie zepsuć nawet politycy — mówi prezes.

Niedawno „Gazeta Wyborcza” sugerowała, że EFH Żurawie Wieżowe są spółką nomenklaturową (patrz ramka).

— Czytałem ten artykuł. Miałem wrażenie, że czytam książkę telefoniczną znanych osobistości. Co tu komentować? Wolę przeglądać komentarze analityków o mojej spółce, nawet jeśli nie są zbyt optymistyczne. Przynajmniej można z nich wyciągnąć jakieś mądre wnioski — kwituje Żółcik.

Czy w budowlanym żurawiu można się zakochać? Pasje są różne. A prezesa Żółcika kręcą właśnie żurawie.

— Zwłaszcza ich montaż. Jak nadarza się okazja, to w wolnej chwili w sobotę czy w niedzielę jadę gdzieś na budowę i się gapię niczym mały chłopiec. Bo to jest jak budowanie z klocków, jeden na drugi, potem trzeci i czwarty, i kolejny — mówi Grzegorz Żółcik.

Cóż, chłopięce pasje nie wygasają. Mimo lat tlą się w każdym z nas.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu