Przyjemność codzienności

19-04-2011, 12:07

Przed mniej więcej dwudziestu laty miałem okazję porozmawiać prywatnie z ówczesnym ambasadorem Chin w naszym kraju. Proszę nie posądzać mnie o znajomość chińskiego. I nie musieliśmy też posługiwać się angielskim lub francuskim — ambasador władał polskim swobodnie.

W toku rozmowy wyraziłem swój zachwyt dla taoizmu, jak mi się on objawił w dziele mistrza Czuang Tsy. Ambasador wszakże ku memu zdziwieniu pokręcił głową: „Taoizm to w istocie ucieczka od życia. Co innego konfucjonizm. Wpaja poczucie obowiązku wobec rodziny i społeczeństwa, szacunek dla tradycji, obyczaju, osób starszych, rzetelność i umiar”.

Mamy dobry polski przekład rozmów Konfucjusza z jego uczniami, pióra trojga naszych znakomitych sinologów, ładnie wydany w 1976 r. pod tytułem „Dialogi konfucjańskie”. To niewielka książeczka. Pobudzony uwagą ambasadora zacząłem do niej częściej zaglądać. Także z ciekawości. Co jest tak niezwykłego w życiu, naukach i poglądach Konfucjusza? Dlaczego właśnie on i jego słowa przez dwa i pół tysiąca lat wywierały i chyba wciąż wywierają tak przemożny wpływ na mentalność największego liczebnie narodu świata?

W świecie ówczesnych księstw chińskich, rozbitych, skłóconych i wiecznie wojujących — jak greckie państewka w tej samej epoce — Konfucjusz nie odniósł żadnych znaczących sukcesów politycznych, nawet jako doradca władców. Pod tym względem można by więc uznać, że było to życie zmarnowanych ambicji; nie udało mu się zrealizować zasad, które głosił. Coś podobnego zdarzyć się miało w Grecji w jakieś sto lat później Platonowi. A ten gotów był nawet tyranów pouczać, byle tylko zyskać szansę budowy państwa idealnego. Lektura zaś „Dialogów konfucjańskich” nie może swą formą i treścią tak zachwycać zachodniego czytelnika, zwłaszcza współczesnego, jak zachwyca wspomniany Czuang Tsy. Brak nam tu taoistycznej obrazowości, niezwykłych skojarzeń, polotu wyobraźni. To przeważnie zwięzłe uwagi i refleksje związane z konkretnymi sytuacjami i z zachowaniem się w danych okolicznościach pewnych osób, zwłaszcza samego Konfucjusza. Były niewątpliwie trafne i celne, można je uogólniać, odnoszą się jednak do spraw, pojęć, wydarzeń odległych, obcych nam, wymagających komentarzy. Podobnie zresztą, jak sądzę, czytelnikowi chińskiemu trudno w pełni pojąć osobowość i znaczenie Sokratesa, młodszego od Konfucjusza zaledwie o lat kilkadziesiąt.

Jednakże przy uważnej lekturze słowa Mistrza wydają się bliższe i zrozumialsze. Choćby te pierwsze, o radości, jaką daje stałe uczenie się i ćwiczenie. I o tym, że kogoś prawdziwie szlachetnego nie martwi, jeśli ludzie się na nim nie poznają... Napotykamy tu sceny i myśli ponadczasowe, zawsze aktualne, w każdym kraju. Oto Mistrz zachęca czterech swych ulubionych uczniów, by szczerze powiedzieli, co by uczynili, gdyby ktoś wreszcie poznał się na ich umiejętnościach. Pierwszy stwierdził, że już w ciągu trzech lat potrafiłby umocnić państwo, nawet gdyby leżało między dwoma potęgami i zostało najechane. Drugi chciałby zająć się podniesieniem dobrobytu mieszkańców niewielkiego kraju. Trzeci zaś byłby zadowolony, gdyby mógł, odziany w odpowiednie szaty, spełniać choćby tylko pomocnicze funkcje w świątyni lub w czasie spotkań władców. Krótko mówiąc: objawił się militarysta, gospodarz, wielbiciel ceremonii świątynnych i dyplomatycznych.

Pozostał wszakże czwarty. Przez czas rozmowy grał na lutni. Grę przerwał, lecz struny jeszcze wibrowały. Przyznał — zapewne nieśmiało — że ma zupełnie odmienne upodobania. Mistrz zachęcił, by jednak je wyjawił. — Chciałbym u schyłku wiosny, kiedy już nosi się lekkie odzienie, kąpać się w rzece z kolegami i chłopcami. Chciałbym rozkoszować się potem chłodnym powiewem tam, gdzie się modli o deszcz letni. I wreszcie śpiewając, wrócić do domu. Konfucjusz westchnął głęboko i rzekł: — Ja bym też tego pragnął...

Przyznajmy: a któż z nas nie marzy w gruncie rzeczy właśnie o podobnych, prostych radościach? Wszystko, co czynimy i o co zabiegamy, ma cel jeden: zapewnić sobie środki materialne i czas wolny na tego rodzaju chwile. Kąpiel w rzece, przyjaciele, wspólne śpiewanie, powrót do domu wieczorną porą. Potem jednak, w trakcie walki o byt, zapominamy o tym. Jeśli jednak ktoś, kto całe swe życie poświęcił zabiegom o realizacje ambicji politycznych, przyznaje w chwili szczerości, doświadczony przez los, że tak naprawdę również dla niego ważne byłyby te najzwyklejsze sprawy, to chyba czas i nam odpocząć od polityki. Zwłaszcza tej, jaką obserwujemy obecnie. Przestańmy — tego zdaje się uczyć Konfucjusz — myśleć o tym, jak uszczęśliwiać innych. Pomyślmy o tym, jak uszczęśliwić siebie samych i przyjaciół. Uszczęśliwić dostępnymi, nic niekosztującymi przyjemnościami dnia codziennego. Tym bardziej że dni powoli przybywa, zbliża się wiosna. Może nie okaże się tak mroźna jak łagodna jest — dotychczas — zima?

Swoją zaś drogą, gdybym wtedy, rozmawiając z ambasadorem, znał ów rozdział „Dialogów”, mógłbym odpowiedzieć na jego zarzut, przypominając: przecież i sam Konfucjusz bywał w pewnych chwilach taoistą!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Świat / Przyjemność codzienności