Rowiński i basta

Agnieszka Janas
02-07-2007, 00:00

Szyją futra od 127 lat. Czy z mapy miasta zniknie adres jednego z najstarszych zakładów rzemieślniczych stolicy?

Saska Kępa. Dzielnica prawobrzeżnej Warszawy, rozsławiona w przeboju „Małgośka” przez jej mieszkankę Agnieszkę Osiecką. Przedwojenne wille w ogródkach sprawiają, że panuje tu senny klimat miasteczka. Już od progu w stojącym przy ul. Francuskiej sklepie Hanny Różańskiej wita nas zapach skóry, wabią torby i torebki w każdym możliwym do wyobrażenia kolorze i fasonie. Kuszą jakością i metką słynnej włoskiej marki Furla. Jednak największym skarbem w sklepie są futra i nieprzerwana od 127 lat tradycja ich wytwarzania.

Śluby z pracownikami

Feliks Rowiński, pradziadek właścicielki, w 1880 r. założył przy Nowym Świecie pracownię kuśnierską. Niewiele o nim wiemy, poza tym, że doczekał się dwojga dzieci: Stanisławy i Romana. I jeszcze że był człowiekiem pozbawionym przesądów.

— W pracowni ojca Stanisława poznała Teofila Domańskiego, zdolnego kuśnierza. Wyszła za niego za mąż. W życiu zawodowym i prywatnym nie brakowało im sukcesów. Po ślubie otworzyli własny zakład przy ul. Focha (dziś Moliera), naprzeciw Teatru Wielkiego. Wówczas region nazywano salonem Warszawy. Wychowali syna Tadeusza, mojego ojca — opowiada Hanna Różańska, obecna właścicielka firmy.

Roman, syn Feliksa Rowińskiego, także został w zawodzie. Przejął zakład ojca. Pracownię przy Nowym Świecie zamknął potomek założyciela Feliksa Rowińskiego około 10 lat temu.

Teofil i Stanisława Domańscy dorobili się dużego majątku. Zakład zatrudniał 20 osób. W piwnicach domu działała przechowalnia na tysiąc futer. Na parterze był sklep i pracownia. Piętro zajmowało piękne mieszkanie właścicieli. Oprócz tego przed wojną mieli jeszcze dwie kamienice.

Czy tak zlokalizowany zakład miał znanych klientów. Wszak z teatru było tu tylko kilka kroków.

— Nie potrafię powiedzieć. To mógłby przekazać nam dziadek, ale zginął w gmachu Teatru Wielkiego, rozstrzelany przez Niemców w czasie powstania warszawskiego. Tata albo nie pamiętał, albo nie chciał wracać wspomnieniami do tamtych wydarzeń — tłumaczy Hanna Różańska.

Zanim doszło do tych tragicznych wydarzeń, u Domańskich odbył się ślub syna.

— Ojciec mój poznał pracownicę dziadka Eugenię. I ożenił się z nią w 1940 r. Był dobrze przygotowany do tego, aby zapewnić byt swojej rodzinie. Po skończeniu gimnazjum Górskiego uczył się zawodu w pracowni ojca. Zaczynał od posady gońca i taką też dostawał pensję. Dziadek był przekonany, że nawet w tak trudnych czasach dadzą sobie radę. W prezencie ślubnym otworzył im pracownię, dał 10 futer „na rozruch” i powiedział: „No, to teraz jesteście na swoim” — Hanna Różańska nie kryje wzruszenia. — Gdyby przeżył wojnę, byłby dumny z moich rodziców.

Z ludzką pomocą

Z powstania Domańscy wyszli z synem na ręku i biżuterią ukrytą w licznych kieszeniach robotniczych spodni Tadeusza. Reszta majątku spłonęła w mieście.

— Błyskotki uratowały im życie. W obozie w Pruszkowie ojciec spotkał folksdojcza, byłego klienta. Za klejnoty wypuścił ich z obozu. Obiecał jeszcze, że następnego dnia wyprowadzi teściową Tadeusza. Nie zdążył. Na szczęście babcia przeżyła obóz i wróciła do domu — opowiada Hanna Różańska.

Po powrocie do Warszawy rodzice i brat znaleźli schronienie na Pradze. Na Stalowej Tadeusz wypatrzył pusty sklep.

— Odnalazł właścicielkę. Okazało się, że mieszka w domu należącym przed wojną do mojego dziadka. Lubiła dziadka i jego rodzinę. Pozwoliła mu otworzyć sklep w swoim lokalu. Powiedziała, że poczeka na czynsz, aż ojciec zacznie zarabiać — spadkobierczyni wspomina kolejny start rodziców.

Szklarz wstawił szyby, ktoś przyniósł zachowane maszyny, inny meble. I każdy mówił, że poczeka z zapłatą. Wtedy było ważne, aby miasto zaczęło znów żyć, stąd ta solidarność. W czerwcu 1945 r. ruszył zakład.

Ze Stalowej przeniósł się na Marszałkowską 62. Stąd Domańskich przepędziła władza komunistyczna.

— Ojciec spotkał wtedy Kazimierza Filipczaka, właściciela starej warszawskiej firmy obuwniczej. Miał sklep na Chmielnej i przygarnął do niego zakład rodziców. W zgodzie pracowali razem ponad 50 lat — dodaje Hanna Różańska.

Tymczasem Hanna skończyła liceum w 1967 r. Nie dostała się na romanistykę na Uniwersytet Warszawski. Na przeszkodzie stanęło „burżuazyjne” pochodzenie.

— Rodzice wysłali mnie na studia do Lozanny. Wróciłam w 1970 r. Udało mi się dostać na Uniwersytet Warszawski i skończyć Wyższe Studium Języków Obcych. Po dyplomie dostałam pracę we francuskiej firmie. Budowała zakłady chemiczne w Policach. Później pracowałam w kolejnej firmie francuskiej. Miałam samochód, sekretarkę, wysoką pensję. I nagle rodzice mówią, że są zmęczeni pracą — tata pracował 56, a mama 53 lata. Zapytali, czy nie mogłabym przejąć zakładu. To był szok — śmieje się właścicielka.

Mogła nie zgodzić się, ale miała poczucie wdzięczności, chciała odpłacić rodzicom za szkołę i szczęśliwe dzieciństwo. Po trzech latach nauki zawodu przejęła zakład ojca. Pozwolenie na działalność dostała w czerwcu 1988 r.

Kiedy odnalazł się właściciel kamienicy przy Chmielnej, przeniosła działalność do swojego domu rodzinnego przy Francuskiej. Zakład zatrudnia kuśnierza i wykańczarkę. To mało. W okresie świetności w zakładzie pracowało trzech kuśnierzy i cztery wykańczarki. Nie załamuje rąk. Szycie futer nie jest jedynym źródłem utrzymania firmy. Kiedy przejęła zakład, zaczęła sprzedawać także dodatki do futer, np. rękawiczki we wszystkich kolorach tęczy. Naturalne więc było nawiązanie kontaktów z renomowanymi producentami galanterii skórzanej. Od 1994 r. współpracuje na polskim rynku z Furlą. Jest współwłaścicielka dwóch salonów w Warszawie w pierwszorzędnych lokalizacjach, w Galerii Mokotów oraz przy placu Trzech Krzyży. W sklepie na Saskiej Kępie urządziła też outlet z niesprzedanymi w salonach firmowych produktami Furli.

Ostatnia z rodu

Hanna jest żoną kardiochirurga i matką dwóch synów. Ma też siedmioletniego wnuka. A zatem ma dziedziców.

— Chyba nie — spadkobierczyni nie ma złudzeń. — Starszy ma swoją firmę. Młodszy za rok zdaje maturę. Nie interesuje ich prowadzenie zakładu rzemieślniczego. Myślę, że co najwyżej zainteresowaliby się handlem luksusowymi markami.

Smutne. Ale póki zakład działa, wszystko się może zdarzyć. n

Praktyczne norki

W świecie następuje odradzanie się sztuki kuśnierskiej, wbrew modzie na ekologię i potępianiu noszenia futer przez znane osobistości ze świata mody czy show-businessu (w tym Brigitte Bardot i Pamelę Anderson). Nastąpiły duże zmiany w kroju i szyciu futer. Modne stały się futra krótkie, umożliwiające właścicielce np. prowadzenie auta. Fason coraz częściej przypomina klasyczne modele płaszczy z tkanin. Szczególnym powodzeniem cieszą się futra-trencze. Minęła moda na lisy. Zastąpiły je norki. Można z ich skórek uszyć trencz, poza tym ich wygląd i waga pozwalają w naszej strefie klimatycznej chodzić w nich od listopada do marca. Zatem jest szansa na powrót tradycji wkładania futra na Wszystkich Świętych.

Futro lubi mgłę

Płaszcz uszytyz naturalnego futra musi oddychać. Trzymany w suchym pomieszczeniu szybko zaczyna pękać. Wtedy raczej nie ma dla niego ratunku. Włos lubi wilgoć, ale nie można dopuścić do przemoczenia skóry. Dlatego idealne warunki dla niego panują w czasie mgieł. Wtedy należy ubrać się w futro i pójść na daleki spacer.

Siostrzane imperium

Słynący z futer, butów i torebek włoski dom mody Fendi rozwinęły córki Adele Casagrande i Edoardo Fendi. Franca, Carla Anna, Alda i Paola w 1965 r. zaczęły współpracę z Karlem Lagerfeldem. Zaprojektował logo firmy i odświeżył jej wizerunek. Dziś Fendi jest częścią koncernu LVMH Mo¨et Hennessy Louis Vuitton. Na słynny model torebki trzeba czekać trzy lata.

Rymarz cesarzy i gwiazd

Hermes, marka legenda, kojarzy się z wyrobami skórzanymi, torbami, a także z jedwabnymi fularami. Jej historia rozpoczęła się w 1837 r., gdy do Paryża przybył wytwórca siodeł Thierry Hermes. W 1879 r. jego syn przeniósł siedzibę firmy na ul. Faubourg Saint-Honore 24. Taką też nazwę noszą najsłynniejsze damskie perfumy firmy. Pięć pokoleń, aż do czasów współczesnych, rozwijało znaczenie marki. Sakwojaże Hermesa mieli m.in. królowie brytyjscy i carowie rosyjscy. A także słynne aktorki. Kult marki trwa do dziś. Przedmiotem uwielbienia są zwłaszcza dwa modele toreb: Birkin oraz Kelly. Polska supermodelka Małgorzata Bela jest twarzą Hermesa w sezonie 2007. Ta sama, która zagrała Hanię Kowalską w filmie „Karol, człowiek, który został papieżem”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Janas

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / Rowiński i basta