Rynek hazardowy do poprawki

Materiał partnera: Totalizatora Sportowego
opublikowano: 14-01-2016, 22:00

Branża mówi jednym głosem: trzeba w końcu skutecznie walczyć z nielegalnymi podmiotami

Dominacja szarej strefy na polskim rynku hazardowym to grube pieniądze, które omijają z daleka skarb państwa. Branża mówi jednym głosem: trzeba w końcu skutecznie walczyć z nielegalnymi podmiotami

Od lewej zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Tomasz Chalimoniuk, Grzegorz Sołtysiński, Adam Lamentowicz, Marek Prokurat, Tomasz Manicki, Leszek Haba, Philippe Vlaeminck.
Zobacz więcej

UCZESTNICY DEBATY:

Od lewej zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Tomasz Chalimoniuk, Grzegorz Sołtysiński, Adam Lamentowicz, Marek Prokurat, Tomasz Manicki, Leszek Haba, Philippe Vlaeminck. Marek Wiśniewski

Jak uzdrowić polski rynek hazardowy? Na to pytanie próbowali odpowiedzieć uczestnicy debaty zorganizowanej przez „Puls Biznesu” i Totalizator Sportowy w Warszawie 11 stycznia 2016 r. Dyskutowali: Tomasz Chalimoniuk, przewodniczący rady Polskiego Klubu Wyścigów Konnych (PKWK), Grzegorz Sołtysiński, członek zarządu Totalizatora Sportowego, Adam Lamentowicz, prezes Totolotka, Leszek Haba, dyrektor do spraw rozwoju w zakładach online Fortuna, Marek Prokurat, prezes Zakładów Bukmacherskich Milenium, Tomasz Manicki, adwokat Linklaters, oraz Philippe Vlaeminck, prawnik, ekspert europejskiego rynku hazardowego i doradca rządu Belgii.

Rynek paradoksów

Szara strefa na polskim rynku hazardowym to dzisiaj paradoksalnie jego większa część. Cały rynek jest w tej chwili wart 5,7 mld zł, z czego według szacunków nawet 80 proc. należy do firm działających w naszym kraju w sposób nielegalny. — Ten rynek obfituje w tego typu anomalia. Innym przykładem jest fenomen istnienia automatów do gry w Polsce. Jest ich w tej chwili 40 tys., a żaden nie jest legalny — mówił Adam Lamentowicz. Jak to się dzieje, że gigantycznej liczbie spółek, które nie spełniają warunków prawnych, by w ogóle funkcjonować na terenie naszego kraju, udaje się działać i osiągać łączne obroty rzędu prawie 5 mld zł?

— Nie od dzisiaj wiadomo, że zasadnicza część tej branży działa nielegalnie, mówi się o tym ciągle. Rzadko mówi się jednak, z czego to wynika. A trzeba podkreślić, że problem leży u samej podstawy, a więc w regulacjach. Firmy, które chcą działać legalnie, muszą spełnić szereg warunków, które dotyczą bardzo wielu sfer działalności, np. reklamy, która pod żadnym pozorem nie może docierać do osób nieletnich. Tymczasem firmy, które nie działają na polskiej koncesji, nie przejmują się tutejszymi regulacjami i zarówno z reklamą, jak i z innymi treściami docierają, i to docierają skutecznie, do większej liczby odbiorców — komentował Marek Prokurat.

Z punktu widzenia prawa nie ma najmniejszych wątpliwości, która firma działa na polskim rynku w sposób legalny, a która nie. Legalnie działające podmioty to te, które posiadają zezwolenie Ministerstwa Finansów.

— Nasza ustawa o grach hazardowych nie powinna budzić wątpliwości z punktu widzenia zgodności z prawem europejskim. Rynek hazardowy jest wyłączony spod ogólnej zasady swobody przepływu usług — tutaj nie działa zasada jednolitego paszportu europejskiego. A zatem każda firma zagraniczna, aby rozpocząć legalne działanie na terenie Polski, musi uzyskać koncesję i spełniać wymagania lokalnego prawa.

Mamy prawo oczekiwać, że każda taka spółka przynajmniej zarejestruje działalność, aby móc w zgodny z prawem sposób konkurować z rodzimymi podmiotami. W innych krajach UE takie wymagania nikogo nie dziwią — powszechną praktyką jest wymuszanie na podmiotach zagranicznych dostosowywania się do lokalnych zasad działania na rynku gier hazardowych, bo jest to związane z interesem skarbu każdego państwa — tłumaczył Tomasz Manicki.

Kowalski oskarżony

Problem słabej ochrony rynku przed nieuczciwymi graczami i nielegalnymi działaniami dotyka nie tylko samych operatorów, lecz także użytkowników. — Osoba chcąca skorzystać z usług strony internetowej nie ma pojęcia, czy to spółka działająca legalnie, czy nie.

Ba, często nawet nie wie, że na polskim rynku nielegalne działania to codzienność, jeśli akurat jest przypadkowym czy początkowym graczem. A jest narażona na różnego typu sankcje, związane z korzystaniem z nielegalnych zakładów. Jest wiele takich przypadków, że ktoś zostaje pociągnięty do odpowiedzialności za granie na nielegalnej stronie. Przy tym wiele takich osób zarzeka się, że nie miało pojęcia o tym, jak działał ów operator — podkreślał Tomasz Manicki. Trudno również mówić o tym, by karanie graczy przynosiło jakiekolwiek uzdrawiające rynek rezultaty.

— Trzeba sobie powiedzieć, że akcja karania graczy, korzystających z nielegalnych stron, ma tak naprawdę na celu jedynie poprawienie statystyk. Zamiast prowadzić walkę z nielegalnym hazardem, łatwiej jest stworzyć statystyki złapanych graczy, które dobrze prezentują się w mediach. Ale prawda jest taka, że karanie gracza to ostatnia rzecz, jaka pomoże tej branży, bo po prostu zniechęci go do grania w ogóle — stwierdził Tomasz Chalimoniuk. Gracz, świadomy czy nieświadomy dominacji szarej strefy, kieruje się w wyborze operatora możliwością uzyskania jak największych korzyści, za co trudno go winić.

— W momencie, kiedy klient decyduje o zrobieniu zakładu, kalkuluje sobie, gdzie ugra najwięcej. I prawda jest taka, że natychmiast okazuje się, że wszystkie nasze legalne firmy stoją na przegranej pozycji. O atrakcyjności operatora decyduje jego wypłacalność, czyli to, jaki procent pieniędzy zainwestowanych przez grających wraca do nich w formie wygranej. Wiadomo, że jeśli legalny operator musi zapłacić 12-procentowy podatek od przychodu, to wypłaci graczowi mniej niż nielegalny, który nie zapłacił żadnego podatku — wyjaśniał Grzegorz Sołtysiński, członek zarządu Totalizatora Sportowego.

— Proponowałbym zmianę w regulacjach podatkowych, która wyrównałaby szanse legalnym działaczom w kwestii konkurencyjności. A mianowicie, podatek powinien być pobierany od wygranych, ewentualnie od różnicy między przychodem a wypłaconymi wygranymi (tzw. GGR), a nie od przychodu. To o wiele bardziej atrakcyjne dla graczy — łatwiej zapłacić podatek od wygranej niż od samego zainwestowania w grę, kiedy jeszcze nie wiemy, czy uda nam się cokolwiek wygrać.

Rachunek jest prosty — każdy wybierze nielegalną grę, bo tam będzie miał większy zysk. Przykładowo, niedawno zwiększyliśmy wypłacalność w jednej naszej grze o 10 proc. Obroty wzrosły o ponad 160 proc. A warto wspomnieć, że stale przekazujemy część naszych obrotów na państwowe fundusze celowe — 77 proc. na sport, 20 proc. na kulturę i 3 proc. na walkę z uzależnieniami od hazardu. W ubiegłym roku był to prawie 1 mld zł — dodawał Grzegorz Sołtysiński.

Wszystkie ręce na pokład

Ogrom działalności nielegalnych operatorów sprawia, że rodzi się pytanie, czy istnieją skuteczne narzędzia do walki z nimi. — Komisja Europejska jasno zdefiniowała, kim jest nielegalny operator. To ten, który działa na danym rynku, a nie ma zezwolenia. Trudno tutaj o nieporozumienia interpretacyjne.

Dodatkowo Komisja wskazała cztery rekomendowane sposoby kontrolowania rynku hazardowego, więc i tutaj nie ma mowy o nieporozumieniach. Są to: blokowanie nielegalnych stron, kontrola promocji prowadzonej przez podmioty, blokowanie nielegalnych czy podejrzanych płatności i edukowanie graczy — zauważył Tomasz Manicki. Zdaniem większości uczestników debaty, problemem nie jest złe prawo, ale brak chęci do jego egzekwowania.

— Macie mnóstwo narzędzi do tego, by kontrolować rynek hazardowy, potrzeba jednak, by były one używane w sposób spójny. Warto brać przykład z innych krajów, które już sobie z tym problemem poradziły. To nie jest tak, że Polska jest jedynym krajem, który zmaga się z szarą strefą, każde państwo ma ten kłopot.

Ale radzą sobie z tym zarówno kraje UE, jak i azjatyckie czy USA, prowadząc spójne działania, które kontroluje rząd — stwierdził Philippe Vlaeminck. Zdania co do tego, czy prawo powinno pozostać bez zmian, bo jest wystarczające, tylko należy pilnować jego przestrzegania, czy jednak przydałyby się pewne nowe regulacje, były mimo wszystko podzielone.

— Tutaj chodzi o wyrównanie szans legalnych działaczy. A to zależy w dużej mierze od kwestii podatkowej — mówił Grzegorz Sołtysiński. Inni stawiają na system blokowania nielegalnych stron, czyli rozwiązanie, które jest dopuszczane przez polskie prawo, ale się z niego nie korzysta, choć w wielu krajach odniosło sukces.

— 13 z 20 państw członkowskich UE w 2014 r. wprowadziło system blokowania nielegalnych stron hazardowych. Były to m.in. Francja, Słowenia, Dania, Grecja i Włochy. Nasze ministerstwo skontaktowało się z ich przedstawicielami i uzyskało informację, że mechanizm jest dość skuteczny, a przede wszystkim zwiększa świadomość graczy, którzy często po raz pierwszy stykają się z informacją, że strona, z której korzystają, nie jest legalna. Przy tym nikt nie mówi, że blokowanie jest w 100 proc. skuteczne, ale edukacja graczy może przynieść spore rezultaty — podkreślał Leszek Haba.

Istnieją mimo wszystko obawy, że przy dzisiejszym postępie technicznym systemy blokowania szybko staną się za mało skuteczne. Grzegorz Sołtysiński kładł nacisk na kluczową pozycję rządu w całej sprawie. Dopóki decyzje prawodawców nie sprawią, że działalność legalna będzie atrakcyjna dla graczy, niewiele uda się zdziałać na dłuższą metę.

Ekspert z perspektywą europejską, Philippe Vlaeminck, wróżył nam sukces podobny jak w krajach, w których udało się ograniczyć działalność szarej strefy, ale dopiero, kiedy uda się uspójnić wszystkie działania temu służące. — Rynek hazardowy to jedno z kluczowych źródeł finansowania sportu, kultury i ważnych spraw socjalnych. Bardzo ważne jest, by ochronić je na przyszłość, a w tym celu potrzeba zintegrowanych wszystkich wymienionych działań — podsumował Philippe Vlaeminck.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Materiał partnera: Totalizatora Sportowego

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy