Stop piratom prasowym w internecie

Karol Jedliński,Jerzy Kowalski,Magdalena Lemańska,Adam Makosz
opublikowano: 25-02-2010, 00:00

Przyszłość prasy zależy od możliwości zarabiania w internecie bez jednoczesnego ograniczania dostępu do informacji. Zajęli się tym uczestnicy debaty zorganizowanej przez walczących z piractwem wydawców prasy.

Ruszyła akcja "Szanuję, nie kopiuję"

Przyszłość prasy zależy od możliwości zarabiania w internecie bez jednoczesnego ograniczania dostępu do informacji. Zajęli się tym uczestnicy debaty zorganizowanej przez walczących z piractwem wydawców prasy.

Ofiarą łamania praw autorskich padają przede wszystkim wydawcy, bo produkowane przez nich treści bardzo łatwo skopiować.

— Jeśli 20 serwisów publikuje w internecie informację skopiowaną ze strony wydawcy w chwilę po jej zamieszczeniu, to należałoby się zastanawiać nie tylko nad łamaniem prawa autorskiego, ale też zasad uczciwej konkurencji — zauważyła Marzena Wojciechowska, radca prawny Izby Wydawców Prasy (IWP).

— Problemem jest też przekraczanie uprawnień przy tzw. dozwolonym użytku utworów. Takim przykładem jest tzw. press clipping. Dlatego firmy korzystające z usług dostawców tzw. prasówek narażają się na ogromne ryzyko prawne — dodała.

— Dla wszystkich, którzy przykładają się do tego procederu, mamy niemiłą niespodziankę, którą wkrótce ujawnimy na sali sądowej — zapowiedział Wiesław Podkański, prezes IWP.

Walka o poszanowanie praw wydawców trwa nie tylko w Polsce. Na świecie wydawcy protestują przeciwko działalności tzw. agregatorów treści w sieci, jak Google News, które automatycznie zamieszczają najnowsze informacje wyszukane w Internecie.

— Belgowie zrobili badanie, z którego wynika, że tylko 10 proc. czytelników witryny Google News klika w stronę wydawcy, żeby przeczytać cały, oryginalny tekst — mówiła Wojciechowska.

Więcej etyki

Ofensywa internetu zrewidowała nadzieje wydawców na utrzymanie dotychczasowego modelu prowadzenia biznesu. A zwłaszcza możliwości kontrolowania całego procesu rozpowszechniania oferowanych przez siebie treści. A biznes, zdaniem Jakuba Bojanowskiego, partnera Deloitte, jest gotowy na to, żeby płacić za korzystanie z treści.

— Ale przy tym oczekuje jakiegoś interesującego rozwiązania ze strony wydawców — zaznaczał Bojanowski.

Wiesław Podkański kontrował:

— Prasa już ma różne sposoby na publikowanie swoich tekstów w sieci. Często są to formuły bardzo otwarte. I problem polega na tym, że druga strona ignoruje prawo. Gdy ktoś, biorąc bez pozwolenia treści z prasy, czyni je elementem swojej działalności biznesowej, to nie ma o czym rozmawiać. To złodziejstwo.

Za przykład skutecznego działania często podaje się wytwórnie muzyczne, coraz efektywniej zarabiające na sprzedaży utworów w internecie.

— Sklep internetowy Apple to dobry przykład na to, że w sieci nieobca jest kultura płacenia za treści — mówił Jarosław Sobolewski, dyrektor generalny Interactive Advertising Bureau Polska.

Czy podobnie jak w fonografii internetowy kiosk, gdzie można byłoby kupić wybrane teksty miałby sens? Wydawcy musieliby wpierw ustalić zasady jej funkcjonowania i akceptowalne opłaty.

— Może byłyby one na tyle niewielkie, że nie opłacałoby się być piratem — oceniał Marcin Fijałkowski, radca prawny w kancelarii BakerMcKenzie.

Tyle, że jak pokazują doświadczenia firmy Plagiat. pl, wiele czołowych firm w Polsce nawet nie bierze pod uwagę takiego rozwiązania.

— Nagminne jest nieuprawnione korzystanie z oryginalnych tekstów — przekonywała Marzena Wojciechowska.

Pomimo trudności z wykryciem takich nielegalnych działań, wydawcy nie stoją na przegranej pozycji. W Anglii wprowadzono specjalne, odpłatne licencje, umożliwiające kserowanie artykułów. Czy w Polsce takie rozwiązanie ma szansę?

— Paradoksalnie, w Polsce biznes wie, że narusza prawo. Ale nie raz wychodzi z założenia, że ewentualne koszty odszkodowania są tak niewielkie, że opłaca się ignorować prawa wydawców — przyznał Marcin Fijałkowski.

Konieczne zmiany prawa

Zdaniem uczestników debaty, aby biznes internetowy można było prowadzić uczciwie i zgodnie z prawem niezbędne są znaczące zmiany w prawie autorskim.

— Największym problemem jest deficyt rozwiązań prawnych, które mogłyby zapobiec bezprawnemu kopiowaniu artykułów prasowych. Czołowe firmy internetowe wykorzystują treści prasowe i nawet nie próbują legalnie uzyskać do nich praw — podnosił Sebastian Kawczyński, prezes serwisu Plagiat.pl.

Jego zdaniem grozi to nieodwracalnymi skutkami.

Wiesław Podkański wierzy natomiast w możliwość koegzystencji prasy i firm internetowych.

— Jeżeli nie chcemy anarchii w biznesie, to muszą funkcjonować ograniczenia formalno-prawne — tłumaczył.

— Model tantiem przestał się dziś sprawdzać. Niezbędne są globalne rozwiązania prawne, a nie lokalne. Marzena Wojciechowska widzi potrzebę stworzenia specjalnych zezwoleń na korzystanie z treści prasowych.

— Nowe prawo musi precyzyjnie wyjaśnić: co jest prostą informacją, a co utworem, czym są zapożyczenia, a czym inspiracje — uważa.

Maciej Hoffman, dyrektor generalny IWP, zwracał uwagę na konieczność posiłkowania się prawem w działalności biznesowej.

— Można je oczywiście zmieniać, ale nie można go burzyć — tłumaczył.

Nadzieja w edukacji

Problemu łamania praw autorskich w internecie nie da się rozwiązać wyłącznie poprzez zmianę obowiązujących przepisów i dopasowanie do nich modeli biznesowych wykorzystywanych przez firmy. W ostatnim dwudziestoleciu wychowało się już całe pokolenie twórców, którzy kładli podwaliny pod wirtualne biznesy. Internet jest dla nich w dalszym ciągu oazą, do której nie sięga ręka Temidy. Dlatego ważna jest także edukacja społeczeństwa.

— Zmiana świadomości jest czymś bardzo trudnym. Wiele osób tkwi w błędzie, że treści znajdujące się w sieci do nikogo nie należą, więc można robić z nimi co się chce — podkreślał Podkański.

Zaznaczył, że zwolennicy wolnego dostępu do chronionych treści nie mogą często zrozumieć, dlaczego prawa autorskie do utworów literackich mają być chronione po śmierci autora. Są jednak zaskoczeni, gdy pyta się ich, czy zgodziliby się na pośmiertne przekazanie swoich dokonań społeczeństwu na własność.

Jarosław Sobolewski zwrócił uwagę, że utwory są obecne zamieszczane w sieci w dwóch przestrzeniach. Pierwsza to przestrzeń komercyjna tworzona przez profesjonalnych wydawców.

— Poza nimi wyłania się cała aktywność społecznościowa, która często inaczej pojmuje prawną ochronę utworów. Z jednej strony przedstawiciele młodego pokolenia sami są konsumentami i poświęcają swój czas na kreowanie różnego rodzaju treści, które bezpłatnie umieszczają w internecie. Z drugiej strony w zamian za swój wkład chcą też korzystać z twórczości innych — podkreśla Sobolewski.

Z takimi poglądami nie do końca zgodził się Marcin Fijałkowski.

— Być może część osób postrzega dostęp do dóbr kultury w internecie w ten sposób, że skoro sami coś dają, to mają też prawo coś brać. Mimo tego większość osób doskonale zdaje sobie sprawę, że narusza prawa osób trzecich, wydawców i nie przejmuje się tym wcale — mówił Marcin Fijałkowski.

Już dzieci w wieku szkolnym powinny być wyczulane na to, że własność w wirtualnym świecie trzeba szanować tak samo, jak w tym realnym.

— Nad tym problemem nie mogą pochylać się wyłącznie prywatne firmy i niezależnie organizacje. To przede wszystkim zadanie polskiego rządu. Już na najwcześniejszych etapach kształcenia szkolnego powinien on położyć nacisk na wychowanie młodych ludzi w poszanowaniu praw własności intelektualnej — podsumował Sebastian Kawczyński.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński,Jerzy Kowalski,Magdalena Lemańska,Adam Makosz

Polecane