Własne złoża ropy to priorytet dla państwa i polskich firm. Orlen i Lotos pracują nad strategiami wydobywczymi. Czy nie za późno?
To, czego próbuje Ryszard Krauze, do tej pory nie wyszło ani PKN Orlen, ani Lotosowi. Gdyby jednak polskie spółki miały dostęp do tego surowca, mogłoby być spokojniej. Szczególnie że ceny ropy rosną, o nowe złoża coraz trudniej, a konkurencja nie śpi. Węgierski MOL czy austriacki OMV już kilka lat temu wywalczyły sobie dostęp do złóż.
Tymczasem Polska i krajowe spółki mają spore opóźnienie. Wiele obiecywano sobie po Iraku. Kilka lat temu z inicjatywy Orlenu i Polimeksu powstała dedykowana m.in. projektom wydobywczym spółka Poilen. Podobne cele przyświecały konsorcjum Nafta, Gaz i Chemia, gdzie prym wiodły Nafta Polska i Grupa Lotos. Po obu nie ma już śladu. Polskim surowcowym eldorado miała też być Libia.
Jedyną polska firmą posiadającą własne złoża jest Lotos. Wchodząca w skład grupy spółka Petrobaltic (zresztą prezent dla Lotosu od skarbu państwa) dostarcza rocznie 250-300 tys. ropy naftowej na potrzeby gdańskiej rafinerii. To tylko kropla w morzu potrzeb. Polskie rafinerie przerabiają bowiem kilkanaście milionów ton surowca rocznie.
Polskie firmy dopiero niedawno zapowiedziały przyspieszenie prac wydobywczych. Jako pierwszy zrobił to Orlen. W styczniu przedstawił strategię, a Igor Chalupec, prezes spółki, informował, że Orlen zamierza przeznaczyć w ciągu 10 lat minimum 10 mld zł na wydobycie ropy naftowej. W 2015 r. ma ono wynosić około 4,3 mln ton rocznie. Do pierwszego wydobycia miałoby dojść w przyszłym roku.
Lotos strategię dopiero przedstawi — najpewniej na początku lipca. Na razie deklaruje jedynie, że docelowo z jego własnego wydobycia lub ze wspólnych przedsięwzięć z innymi firmami będzie pochodzić około 50 proc. przerabianej przez firmę ropy.