Telefonia stacjonarna: wciąż
brakuje realnej konkurencji
n Liberalizacja rynku powinna przyspieszyć jego rozwój i zdecydować o obniżeniu cen
Zostało tylko dziewięć miesięcy do pełnego otwarcia sektora telefonicznych połączeń krajowych w Polsce. Rezultatem uwolnienia rynku powinny być inwestycje kilku nowych telekomów, które ożywią konkurencję cenową oraz przyspieszą konsolidację małych operatorów. Takie są oczekiwania, ale rezultaty tego procesu — tak jak w przypadku zakończonych etapów liberalizacji — nie muszą być tak pomyślne. Poza tym kuleje wprowadzanie w życie nowego prawa telekomunikacyjnego.
Od 1 stycznia 2002 r. każdy operator telekomunikacyjny, który uzna polski rynek za atrakcyjny, może rozpocząć świadczenie usług telefonicznych. Potencjalni zainteresowani przez pierwszy rok z konieczności muszą ograniczyć swoją aktywność do telefonicznych połączeń świadczonych w obrębie Polski. Od 2003 r. zyskają także możliwość świadczenia połączeń międzynarodowych.
— Na najbardziej atrakcyjnych terenach dojdzie do ostrej rywalizacji o klienta, a narzędziem w ręku operatorów muszą być: oferta i ceny. Niewiele zyskają natomiast klienci w małych miastach i na wsi. Nowi inwestorzy nie będą tam chcieli inwestować — przypuszcza Krzysztof Lato, dyrekor operacyjny Pilickiej Telefonii.
— Uwolnienie rynku powinno przynieść dużo pozytywnych zmian. Zyskają przede wszystkim odbiorcy usług, którzy będą mieli większy wybór ofert, a przez to również niższe ceny — uważa Krzysztof Heller, prezes El-Netu.
Tak działa schemat, ale jest jeden podstawowy warunek. Na polski rynek muszą wejść nowi operatorzy i to najlepiej firmy ze światowej czołówki, które podejmą otwartą walkę z Telekomunikacją Polską. Wcale nie jest natomiast przesądzone, że tak się właśnie stanie.
Odbiorcy usług telefonicznych w Polsce aż nazbyt dobitnie przekonali się już, że efektem liberalizacji rynku wcale nie muszą być niższe ceny, korzystniejsza oferta i większy wybór. Pierwszy etap demonopolizacji rynku połączeń lokalnych ruszył na początku lat 90., a zakończył się ponad dwa lata temu. Jego rezultaty są jednak żałosne. Telekomunikacja Polska wciąż kontroluje około 94 proc. tego rynku i w dużej mierze jest to zasługa przyjętej metody liberalizacji rynku oraz słabości lokalnych graczy, a nie siły narodowego operatora.
— Liberalizacja w Polsce ciągle jest pozorna i przebiega zdecydowanie wolniej niż zaplanowano. Dodatkowo odwrócenie kolejności działań — większość państw rozpoczęła ten proces od połączeń międzynarodowych i międzymiastowych, aby skończyć na rynku lokalnym — może się okazać katastrofalne dla całego procesu — uważa Jarosław M. Janiszewski, prezes Telefonii Lokalnej.
— Dotychczas w Polsce mieliśmy do czynienia z powolnym otwieraniem rynku na wybrane usługi, przy jednoczesnej ochronie monopolisty. Być może pełne otwarcie rynku umożliwi realną konkurencję i spowoduje zrównanie szans wszystkich graczy — mówi Jolanta Ciesielska, rzecznik Netii.
W każdym z 49 byłych województw TP SA powinna mieć jednego silnego rywala. W kilku, m.in. olsztyńskim, kieleckim, częstochowskim, suwalskim, słupskim, koszalińskim jest nadal monopolistą, a w większości pozostałych konkurencja jest na tyle słaba, że odbiorcy usług praktycznie nie odczuli jej obecności.
— Nasz rozwój byłby teraz o wiele łatwiejszy, gdyby istniały akty wykonawcze do nowego prawa telekomunikacyjnego. Regulator powinien też wymusić na operatorze dominującym udostępnienie — oczywiście na warunkach komercyjnych — własnej infrastruktury — uważa Krzysztof Heller.
Polski rynek operatorów lokalnych okazał się też zupełnie nieatrakcyjny dla zagranicznych telekomów, bo dotychczas tylko Telia (większościowy akcjonariusz Netii) jest na nim obecna. Sytuacja jest o tyle dziwna, że rynek o tak dużym potencjale i tak niskich wskaźnikach gęstości linii telefonicznych powinien być prawdziwym eldorado dla gigantów telekomunikacyjnych, a nie jest.
Rozwiązanie tej zagadki tkwi głównie w kwestiach regulacyjnych. Konkurenci TP SA nie mają zbyt wielu możliwości prowadzenia równej walki. Obecnie tylko trzej lokalni operatorzy (Netia, Grupa Elektrim oraz Telefonia Lokalna) mogą próbować choć trochę naruszyć pozycję TP SA.
Podstawowa broń, stosowana zwykle w walce o klienta, czyli rywalizacja cenowa, wciąż nie odgrywa jednak na polskim rynku żadnej roli.
— Nie jesteśmy w stanie samodzielnie kreować polityki cenowej, a to chociażby dlatego, że wciąż obowiązuje archaiczny system rozliczeń międzyoperatorskich, który preferuje narodowego operatora — uważa Jarosław M. Janiszewski.
Jego zdaniem, to właśnie narodowy operator utrudnia liberalizację. Przeciąga prowadzone negocjacje i uniemożliwia ustalenie stawek rozliczeń na bazie kosztów, by w ten sposób nadal dyktować ceny usług.
Operatorzy próbują zatem konkurować niższą ceną abonamentu, tańszym i o wiele szybszym przyłączeniem do sieci, lepszą obsługą klientów i szybszym serwisem. Za swój atut uważają również większą elastyczność w negocjacjach z klientami i lepszy merketing. W wielu przypadkach te atuty nie wystarczają jednak, aby skutecznie rywalizować z TP SA, a szczególnie by przejmować jej klientów.
W tej sytuacji trudno raczej oczekiwać, że po uwolnieniu rynku w 2002 r. nowi gracze przeprowadzą zmasowaną ekspansję na rynki lokalne, chociaż ich sytuacja jest o tyle lepsza, że nie będą obciążeni wysokimi opłatami koncesyjnymi.
Sytuacja lokalnych operatorów może się nieco poprawić po 2003 r. Wtedy ma zostać zakończony proces równoważenia taryf, który spowoduje, że cena abonamentu i połączeń lokalnych zdecydowanie wzrośnie.
Nieco inaczej może wyglądać sytuacja na rynku operatorów long-distance. Wprawdzie i w tym przypadku liberalizacja została opóźniona, bo zgodnie z założeniami Ministerstwa Łączności trzech konkurentów TP SA miało rozpocząć działalność w lipcu 2000 roku, a dotychczas nie uruchomili usług. Ale jeśli już to zrobią, mają szansę na bardziej skuteczne rywalizowanie z TP SA.
Paweł Rzepka, szef narodowego operatora, szacuje, że jego firma w ciągu trzech lat może stracić nawet około połowy z tortu long-distance na rzecz konkurencji. Należy też oczekiwać obniżki cen za połączenia międzymiastowe. Zdaniem prezesa TP SA, mogą one spaść nawet o 50 proc. w ciągu trzech lat. Zatem na rynku long-distance wybór operatora powinien mieć o wiele większe znaczenie. Nowi gracze będą bowiem zmuszeni do oferowania usług po stawkach konkurencyjnych wobec TP SA i co więcej — będą mieli taką możliwość.
W tym przypadku również konieczne są jednak działania regulatora. Musi m.in. wyznaczyć datę, od której każdy klient przed uzyskaniem połączenia long-distance będzie musiał wybrać prefix (czterocyfrowy kod), by w ten sposób wybrać operatora, którego z usług chce skorzystać.
Tylko wtedy konkurenci będą mogli podjąć równą walkę z Telekomunikacją Polską.
Tomasz Siemieniec
[email protected] tel. (22) 611-62-56