Trzy doliczone minuty

Dawid Tokarz, Dortmund
opublikowano: 16-06-2006, 00:00

1:0 w Dortmundzie. W 180 końcowych sekundach zogniskował się zawód polskich fanów. Znów przyszło pięknie przegrać.

Słychać:

— Ale atmosfera! Mamy szczęście! Wreszcie to my, a nie Niemcy, mamy szczęście!

Słychać:

— Patrzę na drugi mecz i wreszcie chcę naprawdę poczuć, że jestem na mundialu! Po spotkaniu z Ekwadorem — zamiast świętować w centrum Gelsenkirchen — musieliśmy wsiadać do samochodu i szybko wracać do domu. Teraz będzie inaczej. Dortmund będzie nasz!

Słychać:

— Jeśli utrzymamy ten wynik, daję wszystkim 20 proc. zniżki w moim sklepie w warszawskim Klifie!

Trzy zdania od trzech polskich kibiców z meczu Niemcy-Polska na Westfalenstadion w Dortmundzie. Wypowiedziane w dziewięćdziesiątej minucie gry. Przed trzema doliczonymi…

Komórki? W szatni

Polscy zawodnicy wyszli „zapoznać się z murawą” jakieś 1,5 godziny przed meczem. Krytyka zrobiła swoje. W przeciwieństwie do spotkania z Ekwadorem, nie mieli już z sobą telefonów komórkowych do robienia zdjęć najbliższym (głównie narzeczonym/żonom), siedzącym na trybunach. Już nie irytowali kibiców. A ci to docenili, rozpoczynając żywiołowy doping.

„Polska, biało-czerwoni, Polska, biało-czerwoni”, „Jesteśmy z Wami, Polacy, jesteśmy z Wami”, „Polska, la la la la la la la la”, „Biało-czerwone to barwy niezwyciężone…”. Wiązanka piłkarskich przebojów skończyła się skandowaniem: „Jesteśmy u siebie”. I rzeczywiście. Wtedy można było odnieść wrażenie, że to Polska jest gospodarzem tego meczu. Niemcy dopiero zaczynali zajmować swoje miejsca. A ci, którzy już to zrobili, siedzieli dziwnie spokojni — jakby pewni tego, co się wydarzy. W trzech doliczonych minutach…

Polskie tłumy w Dortmundzie. Większe niż się można było spodziewać. Po słabym meczu z Ekwadorem, media definiowały rzeczywistość jasno i czytelnie: „Hańba”, „Kompromitacja”, „Żenada”. Mnożyły się zarzuty i pogłoski o dymisji trenera Janasa oraz skierowanym przeciwko niemu buncie piłkarzy. W tabloidach pojawiły się nawet głosy, że lepiej by było gdyby piłkarze do Polski nie wracali. Niepamięć... Te same media już kilka dni później, przed meczem z Niemcami, zagrzewały Polaków do zwycięstwa.

Duma narodu

A kibice? Jeszcze na kilka godzin przed meczem grupki Polaków, choć widoczne na ulicach Dortmundu, zachowywały się inaczej niż zwykle. Trąbki były bezgłośne, a czapki, flagi i szaliki w biało-czerwonych barwach wydawały się być nie kibicowskimi akcesoriami, a jedynie noszonymi jakby bez specjalnego przekonania elementami zwyczajowego stroju. Co rusz dało się słyszeć rozpamiętywanie spotkania z Ekwadorem i mniej lub bardziej niekorzystne prognozy na mecz z Niemcami. Im bliżej jednak pierwszego gwizdka hiszpańskiego arbitra, tym robiło się głośniej i coraz bardziej biało-czerwono…

Poza przyjezdnymi z Polski (z Warszawy do Dortmundu — 1050 km) licznie zjawili się rodacy zamieszkali w Niemczech. Dla nich ten mecz miał szczególne znaczenie. Niektórych dręczyły resentymenty i żale.

— Wiem, wiem, że nigdy nie wygraliśmy z Niemcami... Ale niech choć będzie remis. Może wreszcie przestaną nas wyśmiewać. Zarabiamy więcej niż w kraju, ale pan nie wie, jak nam się tu ciężko żyje. Nie mają dla nas szacunku! — narzekał Adam, budowlaniec od kilkunastu miesięcy pracujący (jak mówi — czasem nawet legalnie) u naszego zachodniego sąsiada.

Na mecz zjechali też Polacy z Holandii, Belgii, Wielkiej Brytanii.

— Byliśmy na Ekwadorze, jesteśmy i dziś. Nadzieja u kibica umiera ostatnia — uzasadniała swą obecność piątka warszawiaków, od kilku lat mieszkańców Londynu (pracują w „biurach i bankach”).

W przyjeździe nie przeszkodziło im nawet to, że tylko dwóch z nich ma bilety na stadion. Większość Polaków przyjechała zresztą w takich właśnie grupkach, składających się ze szczęśliwców z zielonymi biletami i z całej reszty — bez nich. Nic dziwnego, że poza niemal 15 tys. kibiców na stadionie, rzesze oglądały mecz na telebimach, rozstawionych w całym mieście i w halach w obrębie stadionu. Jedni z drugimi mieli się spotkać w sercu Dortmundu, by świętować dobry wynik. I pewnie by tak było, gdyby nie trzy doliczone minuty…

Grzecznie

Dystrybucja biletów poprzez serię losowań sprawiła też, że — przynajmniej na razie — w Niemczech nie ma, tak głośnego w mediach przed mistrzostwami, problemu chuliganów z Polski, którzy mieli wykorzystać mecze mundialu do wszczynania burd.

— Najgroźniejsze z grup pseudokibiców nie dostały biletów i na stadiony najzwyczajniej w świecie nie wejdą. Robimy przy tym wszystko, by w ogóle się w Niemczech nie pojawiły — mówi jeden z kilkudziesięciu polskich policjantów, oddelegowanych na mistrzostwa.

Jego niemieccy koledzy potwierdzają, że jest spokojnie. Przyznają, że choć na parkingach przy autostradzie przed Dortmundem wszyscy zjeżdżający tam Polacy byli skrupulatnie sprawdzani, w zdecydowanej większości okazali się zupełnie „czyści”. Zapowiadane w mediach pałki, siekiery, kastety? Brak.

Przed meczem niemiecka policja prewencyjnie zatrzymała 80 polskich fanów. I 260 swoich rodaków — ale tych za to, że wzięli się do rękoczynów. I po meczu, nocą w Dortmundzie doszło do niewielkich zamieszek. Nerwy jednak puściły.

Ebi, Ebi!

Po pół godzinie od „zapoznania z murawą” — rozgrzewka. Polskich graczy znów przywitał doping, tym razem już wymieszany: polsko-niemiecki. Z polskich gardeł, poza standardowymi przyśpiewkami wydobywało się głośne: „Ebi, Ebi, Ebi”. Po słabej grze w pierwszym meczu Macieja Żurawskiego, to w Euzebiuszu Smolarku kibice pokładali największe nadzieje. Podobnie jak czytelnicy „PB”. Bo w naszej sondzie przed mundialem, tych właśnie dwóch piłkarzy polscy menedżerowie i biznesmeni uznali za najlepszych w kadrze. A skoro Żurawski był bez formy, to zostawał Ebi, który — w zgodnej opinii komentatorów — jako chyba jedyny nie zawiódł w meczu z Ekwadorem. Tym bardziej, że rzeczywiście grał „u siebie”: na co dzień jest przecież zawodnikiem Borussi Dortmund.

Kiedy do meczu zostało mniej niż 30 minut, a stadion wypełnił się do ostatniego miejsca, przez trybuny przelała się polsko-niemiecka meksykańska fala. Towarzyszyły jej dźwięki światowych standardów muzyki pop, wśród których królowało „I will survive”, po polsku „przetrwam”. Polscy fani liczyli, że słowa te się sprawdzą i Polacy bez bramkowego szwanku zniosą napór drużyny gospodarzy. I tak by się stało, gdyby nie trzy doliczone minuty…

Na razie jednak czuć było atmosferę wielkiego — nie tylko sportowego — święta. Podkreślało ją zachowanie kibiców obu drużyn podczas odgrywania hymnów: brak gwizdów, oklaski dla przeciwników, oraz w czasie meczu: ani razu nie skandowano przekleństw czy wyzwisk. Podobnie ocenił to obecny na trybunach prezydent Lech Kaczyński.

Gratulacje prezydenta

— Był bardzo zadowolony i mile zaskoczony superkulturalnym zachowaniem kibiców — zapewnia jego bliski współpracownik, który towarzyszył prezydentowi w oglądaniu spotkania.

Głowie państwa udzieliły się emocje także po meczu. Mimo tego, co stało się w trzech doliczonych minutach, „urwał się” reszcie oficjalnej polskiej delegacji i zszedł — z własnej inicjatywy — do szatni piłkarzy. Podziękował im, a bramkarzowi Polaków, Arturowi Borucowi — pogratulował dobrej gry.

Z postawy i gry Polaków zadowoleni byli też polityczni oponenci prezydenta. Na stadionie spotkaliśmy m.in. posła Jerzego Szmajdzińskiego z Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Choć narzekał, że „kilkanaście razy z tej samej lewej strony były centry, trzeba było nie dopuścić do tej ostatniej”, to i tak przyznawał, że Polacy zagrali o niebo lepiej niż z Ekwadorem. Ale to widzieli wszyscy.

Wątki polityczne pojawiały się i w wypowiedziach kibiców.

— Przegraliśmy, ale jestem przekonany, że syn, z którym tu jestem, z tych 90 minut wyniósł więcej patriotyzmu, niż minister Giertych jest w stanie go nauczyć przez całą szkołę. A i dla poprawy stosunków polsko-niemieckich ten mecz i towarzysząca mu atmosfera zrobi więcej dobrego niż niejedna wizyta rządowej delegacji — stwierdził już po meczu pan Mateusz (przyjechał z Opola).

Mimo tego, co wydarzyło się w trzech doliczonych minutach gry, i on, i inni polscy kibice opuszczali stadion w dużo lepszych nastrojach niż po kiepskim meczu z Ekwadorem.

A teraz trawka

Nie przynieśli nam wstydu, walczyli — dało się słyszeć w drodze na parkingi, zlokalizowane w pobliskim kampusie dortmundzkiego uniwersytetu.

Były śpiewy. I patriotów: „Czy wygrywasz czy nie, ja i tak kocham Cię. W moim sercu Polska jest na dobre i na złe”. I niepoprawnych optymistów: „Już za cztery lata, już za cztery lata, Polska będzie mistrzem świata”.

A „matematycy” zaczęli, tak znane polskim kibicom, wyliczenia.

— Jeszcze możemy wyjść z grupy! Kostaryka musi wygrać z Ekwadorem co najmniej dwoma bramkami, my z Kostaryką trzema, a Niemcy z Ekwadorem jakąkolwiek różnicą. I jesteśmy w 1/16...

— Przestań, teraz to my możemy już się tylko po polsku upić. Ze smutku... — realizm brał górę.

Proroczo, bo przecież następnego dnia Kostaryka poległa 0:3 w meczu z Ekwadorem.

Pojawiały się też bardziej ekstrawaganckie pomysły.

— Do Amsterdamu jest stąd niewiele ponad 200 km. Jeszcze przed meczem umówiłem się z kumplami, że — jeśli przegramy — to jedziemy tam „wyluzować się” w jednym z „coffee shopów” (Holandia to jedyny kraj w Europie, gdzie legalnie, w barach o takiej nazwie, można spożywać miękkie narkotyki, głównie palić marihuanę — przyp. aut.). Wziąłem tydzień urlopu, coś z tego powinien mieć — mówi Rafał z Warszawy.

I jego, i innych kibiców pocieszali też Niemcy, którzy zaczepiali Polaków wypowiedzianymi po niemiecku słowami „dobry mecz”.

Mógł być lepszy. Gdyby nie trzy doliczone minuty…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dawid Tokarz, Dortmund

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Po godzinach / Trzy doliczone minuty