Czy ktoś z eurourzędników wie coś o Chociulach w Lubuskiem? To nieważne. Ważne, że unijne pieniądze ciekną strugą do firmy ze wsi „na krańcu świata”.
Lech Janek i Bronisław Makowski — pierwsze pokolenie przedsiębiorców polskiej transformacji ustrojowej. Przed „epoką Balcerowicza” Bronisław Makowski dyrektorował w tajnych zakładach zbrojeniowych. Lech Janek pracował zaś w zakładach meblarskich, później prowadził pijalnię piwa. W połowie lat 90. wspólnie zajęli się produkcją budek dla ptaków. Kiedy pomysł spalił na panewce, wzięli się za wytwarzanie gryzaków dla zwierząt. Czyli przysmaków, bo po odpowiednim zutylizowaniu odpady z zakładów mięsnych stają się dla psów i kotów rarytasem.
Trafili. Rychło znaleźli w Niemczech stałych i solidnych odbiorców. Właściciele Zootexu zaczęli inwestować w zakład i park maszynowy. I tu pojawił się problem.
Kłopot na kołach
— Wielkimi krokami zbliżała się akcesja Polski do Unii. Dla nas nie była to okoliczność sprzyjająca, bo musieliśmy przyjąć unijne przepisy weterynaryjne, obligujące do przewożenia towaru do Niemiec wyłącznie samochodami z instalacją izotermiczną. Nie mieliśmy takiego samochodu! — opowiada Lech Janek, współwłaściciel firmy.
Kłopot nie lada, tym bardziej gdyż projektowaną przez Zootex inwestycję trudno było zakwalifikować do jakiegokolwiek programu przedakcesyjnych dotacji.
— Zachodziliśmy w głowę, co z tym fantem zrobić... 100 procent naszych klientów pochodzi z Niemiec, więc bez zakupu właściwego środka transportu groziło nam wypadnięcie z rynku. I to na trwałe — wspomina Lech Janek.
U fachowców
Szefowie Zootexu poszli po radę do Zachodniego Centrum Konsultingowego „Euro-Invest” z Gorzowa Wielkopolskiego — firmy doradczej, zatrudniającej speców od unijnych środków pomocowych.
— Bardzo nam pomogli — sumuje Lech Janek.
Gorzowscy doradcy wskazali, by skorzystać z jednej z autoryzowanych przez Ministerstwo Rolnictwa linii programu SAPARD. I pomogli w wypełnianiu dokumentów.
— Mój Boże, ile godzin Bronek Makowski musiał się naślęczeć, by umotywować ten wniosek... Pisał i pisał... — wspomina Lech Janek.
Wniosek był gotowy jesienią 2003 roku.
— W marcu 2004 r. doszło do wymarzonego zakupu: ciężarówki Iveco Euro Cargo z instalacją izotermiczną i nowoczesngo wózka widłowego, niezbędnego w magazynie. Wydaliśmy prawie 360 tys. zł — opowiada współwłaściciel Zootexu.
A gdzie surowiec?
Już bez obaw dało się sprzedawać gryzaki za zachodnią granicą.
— Trochę to irytujące, że od firm z nowych krajów Unii wymaga się tak dużo... Poza tym na własne oczy widziałem, jak w niemieckim zakładzie mięsnym latały całe roje much — śmieje się z lekkim przekąsem Janek.
Tak czy siak — 28 czerwca 2004 roku SAPARD zwrócił Zootexowi 167,5 tys. zł, co odpowiadało 50 procentom kosztów poniesionej przez spółkę inwestycji.
— No, ostatecznie wyszło trochę mniej niż obiecana połowa, ale to efekt spadku wartości euro do złotego... — zastrzega Lech Janek.
Myślą o innych dotacjach?
— Na razie jeszcze nie. Wysyłamy teraz gryzaki już nie tylko do Niemiec, ale i do Szwecji, lecz z powodu Unii mamy nielichy problem — frasuje się Lech Janek.
Czyżby znowu ciężarówka?
— A gdzie tam... Nie ciężarówka, ale świńskie uszy... Po akcesji Niemcy, Belgowie, Holendrzy wykupili w Polsce tyle świń, że nie mamy surowca na przerób. Zna pan kogoś, kto sprzeda 100 ton świńskich uszu? Chętnie kupię... — mówi właściciel Zootexu.