Witaj, lenistwo w biurze

Mirosław Konkel
opublikowano: 25-07-2008, 00:00

Można się w pracy obijać, a jednocześnie zbierać laury. Zobacz, jak to robią mistrzowie.

Jak udawać zapracowanego

Można się w pracy obijać, a jednocześnie zbierać laury. Zobacz, jak to robią mistrzowie.

Skoro nie nazywasz się Hilton, prawdopodobnie musisz zarabiać na życie. Jak się łatwo domyślić, nienawidzisz pracy nudnej, monotonnej, za biurkiem. Jest na to rada. Spróbuj sił w Dieslu jako junior lucky bastard. Twoim jedynym obowiązkiem będzie odwiedzanie modnych klubów na całym świecie i zabawa do białego rana. Sęk w tym, że tegoroczny nabór jest już zamknięty.

Mimo to nadal nie grozi ci korporacyjny kierat. Musisz jedynie wykazać się odrobiną inwencji. Albo wziąć przykład z tych, którzy sztukę nicnierobienia opanowali do perfekcji.

Na urok osobisty

Andrzej, urzędnik w jednym z pomorskich „pośredniaków”. W swoim dziale jest jedynym mężczyzną, a potrafi oczarowywać kobiety jak mało kto. Przystojny, szarmancki, inteligentny, kulturalny i dowcipny. Panie wprost rozpływają się w pochwałach młodszego kolegi. I wyręczają go we wszystkim. W jego imieniu odbierają telefony i przyjmują interesantów. Nawet wypełniają za niego raporty. W końcu o taki skarb trzeba się troszczyć.

Dzięki uczynnym koleżankom Andrzej ma opinię sumiennego pracownika. Niedawno dostał nawet propozycję awansu. Ale odmówił, wymawiając się krótkim stażem. Pani dyrektor pochwaliła go za skromność. Prawda jest jednak taka, że sprytny urzędnik jak ognia wystrzega się stanowisk operacyjnych, bo na nich najłatwiej zmierzyć wydajność.

Pomysł z dekowaniem się podsunęła mu Corinne Maier, autorka książki „Witaj, lenistwo!”.

— Człowiek wybije się, to mu inni zaraz zaczynają patrzeć na ręce, rozliczać z wyników, zazdrościć. Lepiej siedzieć w kącie i się nie wychylać — wykłada swoje zasady Andrzej.

Na dwie marynarki

Jednym wystarczy święty spokój, inni rwą się do zaszczytów i władzy. Tak jak Artur, szef komórki IT w firmie farmaceutycznej. Jest aktywny. Ale tylko na zebraniach z udziałem prezesa. Zgłasza wtedy jako własne pomysły podwładnych. Wykorzystuje ich zresztą na każdym kroku. Każe im np. pisać korporacyjnego bloga, który opatruje swoim nazwiskiem i zdjęciem. Nazywa to delegowaniem obowiązków. Podwładni — spychologią.

Artur nie lubi przebywać w biurze. Ale wszyscy mają myśleć, że nie opuszcza go nawet na chwilę. Jego popisowy numer: gdy zjawia się w pracy, wiesza na krześle marynarkę, przerzuci branżową prasę, wyśle parę e-maili, zadzwoni tu i tam. Potem wyjmuje z szafy inne okrycie i wychodzi na miasto.

— Nasze duże biuro mieści się na dwóch kondygnacjach, więc zawsze można powiedzieć, że załatwiałem coś na innym piętrze — śmieje się Artur.

Co robi, gdy nie ma go w firmie? Uprawia networking, czyli spotyka się z menedżerami z innych firm. Bo jak mówi, gdy pracodawca kiedyś mu podziękuje, będzie miał do kogo zadzwonić w sprawie nowej posady.

Na plik dokumentów

W udawaniu zapracowanego świetny był też Max Suski. Dziś jest dziennikarzem, tzw. wolnym strzelcem, ale ma za sobą czteroletni epizod korporacyjny w koreańskim przedsiębiorstwie. Czuł się przez nie wykorzystywany, więc brał odwet, leniąc się na potęgę.

Znikał z pracy na długie godziny. Kiedy przychodził do biura, najpierw witał się ze wszystkimi, a już zwłaszcza z recepcjonistką i szefem. Potem włączał komputer, otwierał parę dokumentów w Excelu, aby wszyscy myśleli, że analizuje tabelki. Następnie szedł zrobić sobie kawę. Obowiązkowo z plikiem dokumentów w ręce.

— Po korytarzu trzeba maszerować zdecydowanym krokiem, z zaaferowaną miną, dźwigając zawsze papiery i teczki. Wtedy pracownik wygląda na wiecznie zajętego — tłumaczy były marketingowiec w azjatyckim koncernie.

Przed każdym dłuższym wypadem z firmy robił na biurku twórczy bałagan. Kładł na nim niezliczoną liczbę kolorowych folderów, którymi zasypywani są ludzie od reklamy i marketingu. Za każdym razem musiała to być jednak zupełnie inna dekoracja.

Jednym z grzechów Maksa było spóźnialstwo. Aby zatrzeć złe wrażenie, siedział w firmie dłużej niż inni. Dzięki temu punktował u szefa.

Na dłuższą metę lenistwo męczy

Jacek Karaczewski, psycholog biznesu i trener, zapytał niedawno uczestników szkolenia, w jaki sposób lenią się w pracy. Jeden z młodych menedżerów przyznał, że zgłasza się do nowych projektów, których zakończenie jest oddalone w czasie. Kiedy zwierzchnik chce go zaprząc do innej roboty, tłumaczy, że ma już przydział służbowy i nie wie, w co ręce włożyć. Z kolei specjalistka HR wyznała, że lubi dzwonić do koleżanek. Aby jednak wyglądało to na rozmowę służbową, a nie zwyczajne ploty, skrzętnie coś notuje lub rysuje w zeszycie.

— Ludzie podawali wiele patentów na obijanie się w biurze. Niektórzy podkreślali, że zamierzają z tym skończyć, bo na udawanie zużywają więcej energii niż na pracę — mówi Jacek Karaczewski.

Mirosław

Konkel

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy