Wybrałem się na spacer warszawską ulicą Puławską. W butach narciarskich. Po co? Zagrać w tenisa i windykować należności.
Pikapom niełatwo się odnaleźć w polskich realiach. Zawiłości świata ekonomii sprawiły, że te potężne rolnicze auta muszą się wcielać w rolę potulnych samochodów miejskich. I tylko śnią o bezdrożach do pokonania i ciężarach do przewiezienia. Bo największa przeszkoda, z jaką przychodzi im się mierzyć w mieście, to krawężnik, z ciężarów zaś przypada im w udziale jedynie fotelik dziecięcy.
Też mi…
Według definicji, pikap (ang. pick-up: zabrać, podwieźć) to typ nadwozia samochodu osobowego dostawczego lub terenowego, charakteryzujący się skrzynią ładunkową tuż za kabiną pasażerską. Po co takie rozwiązanie? By łatwo przewozić ciężkie towary, nie będąc ograniczonym gabarytami nadwozia. Dodatkowo nadwozia typu pikap często są łączone z podwoziem terenowym. I tak powstaje wół roboczy. A tu nagle pomysł, by wołu zaprzęgać do karety — i to w bogato zdobionej uprzęży. Powariowali?
To żadne odkrycie, że sprzęt skonstruowany z myślą o konkretnych zadaniach w nich właśnie sprawdza się najlepiej. Okulary przeciwsłoneczne chronią przed światłem, a nie mrokiem, stroje wieczorowe nie nadają się do gry w tenisa, buty narciarskie doskonale spisują się na stoku, lecz nie na chodniku. Tymczasem ktoś proponuje, by w ciemną i mroźną noc grać w tenisa w surducie i okularach przeciwsłonecznych oraz — dla ułatwienia — w butach narciarskich. Hm…
Ładne cacko
W Stanach Zjednoczonych ford F150 (pikap, a jakże!) jest najlepiej sprzedającym się autem. Od wielu lat. Również w Europie Zachodniej „paka” nie dziwi. Jak zwykle, moda — z pewnym opóźnieniem — dotarła i nad Wisłę. Coraz więcej tego typu samochodów jeździ po polskich drogach, a nawet centrach dużych miast. A wzrost sprzedaży pikapów u niektórych producentów wynosi niekiedy ponad 100 proc.! Mało? To dodam, że pikap — L200 — jest najbardziej popularnym modelem w polskiej ofercie firmy Mitsubishi. Czyżby rolnicy dostawali dopłaty? Co jest? Dręczony tym pytaniem pojechałem po testowy egzemplarz mitsubishi L200.
Stał w pełnym słońcu. Sylwetka ciekawa, udane stylistycznie połączenie paki z resztą karoserii. Nastał koniec ery topornych półciężarówek — pomyślałem. Może to ma sens? Na polach i leśnych duktach powieje stylistycznym przepychem. Jedno nie dawało mi spokoju. Dużo jeżdżę po Polsce, a pikapy na wsiach jakoś nie rzucały mi się w oczy. Mnóstwo ich natomiast w miastach. Czas poszukać przyczyn.
Otwieram drzwi. No nie… Skórzana tapicerka, podgrzewane siedzenia, automatyczna klimatyzacja i pełno innych „gadżetów”, owszem — przyjemnych, ale nijak nie przystających do roli roboczego wołu. Przekręcam kluczyk w stacyjce — jak w ciężarówce. Cóż, przynajmniej hurgot dieslowskiego silnika przypomina to, co kojarzyć się może z tego typu samochodem.
L200 u nogi
Prawda bywa bolesna. Rolnicy pozostaną w ursusach C330, bo pikapy takie jak L200 w znakomitej większości zostają w miastach. W polskich realiach spore zainteresowanie tym modelem wynika m.in. z kwestii podatkowych. Zarejestrowanie L200 na firmę pozwala na pełne odliczenie podatku VAT przy zakupie i eksploatacji pojazdu. Ot, powód! Wiele L200 może więc tylko pomarzyć o ciężkiej pracy w błocku. Realia podatkowe tłumaczą też bogate wyposażenie i skórzaną tapicerkę. Skoro ciężarówka, to przynajmniej wypasiona. Sprawdźmy zatem, na co skazani są biznesmeni, którzy postanowili do niej wsiąść.
Producent mówi: „Mitsubishi L200 to auto, którego konstrukcja jest owocem 25 lat doświadczeń w najcięższym terenowym maratonie świata — Rajdzie Dakar. Ma na koncie wiele startów w tych zawodach, a podczas każdej edycji Dakaru pełni także rolę nieodzownego auta serwisowego”. Co to oznacza w mieście? Ano nic.
Pod maską kryje się — jedynie słuszny w aucie tego typu — wysokoprężny silnik o pojemności 2,5 litra, legitymujący się mocą 136 KM i momentem obrotowym o wartości 314 Nm. Komu to nie wystarczy, może — za dopłatą 4 tys. zł — zaaplikować swemu pikapowi kurację wzmacniającą — fabryczny tuning. W takim przypadku moc rośnie do 160 KM. I takie auto „na sterydach” miałem przyjemność testować.
Już po pierwszych kilometrach przekonałem się, że użytkowanie tego pojazdu w gęstym ruchu miejskim nie zawsze jest łatwe i przyjemne. Co prawda, inni kierujący jakby rzadziej zajeżdżają drogę czy wymuszają pierwszeństwo, żaden krawężnik nam niestraszny, a wysoka pozycja kierowcy ułatwia obserwację drogi, ale już parkowanie na wąskich i krótkich miejscach parkingowych bywa poważnie utrudnione. Również spory promień zawracania nie ułatwia manewrów. A do tego ograniczona widoczność do tyłu...
Sztywna tylna oś z resorem piórowym, połączona z niezależnym, opartym na wahaczach, zawieszeniem przednim, tworzy konstrukcję bardzo wytrzymałą i trwałą — w terenie. Ale poza nim ta sama całość dyskwalifikuje auto na szybkich zakrętach. Również dynamika pasuje bardziej na leśne dukty niż na asfaltowe drogi.
Warto się męczyć dla VAT-u? Wygląda na to, że tak. Ekonomia nie zna litości. Gotowa wygnać dzikie zwierzę z lasu, by przekonać je, że jest potulnym, kanapowym kotkiem. Wystarczy jednak przestrzegać kilku zasad, by jazda L200 dawała dużo radości.
Zasady L200
Po pierwsze: nie wymagaj od tego samochodu, by stał się rodzinnym kombi. L200 to udomowiona bestia. Sam charakter zawieszenia powoduje, że dziecięce twarze wykrzywią nie uśmiechy, lecz torsje. Nurkowanie, kołysanie i bujanie będzie ci towarzyszyć na dobre i złe. Po drugie: nie ścigaj się na światłach — przegrasz. Sprint do setki zajmuje L200 (po tuningu) równe 13 s. Wolno? Jeśli tak uważasz, nie kupuj pikapa — one już tak mają. Po trzecie: zapomnij o lewym pasie na niemieckich autostradach.
L200 wolno, ale równo przyspiesza do 165 km/h, potem zaczyna się zastanawiać, czy warto dalej. Nie jest idealnym autem do przemierzania dalekich tras. Szerokie opony dość głośno hałasują, a przy wyższych prędkościach samochód wymaga silniejszego trzymania kierownicy.
Po kolejne: spalanie. W mieście wychodzi jakieś 13 l. Masa i napędy robią swoje. Następne: hałas. Tembr „głosu” tego auta potrafi irytować. I najważniejsza zasada — musisz dać swojemu L200 poczuć zew krwi, zabierając go — od czasu do czasu — na leśne wypady.
Uwięziony w mieście pikap może tylko śnić o przeprawach w trudnym terenie, przewozie ciężkich towarów czy holowaniu przyczep. Ale choć solidne L200 nie zapewni podobnego komfortu jak pseudoterenowe SUV-y, to — pamiętając o wspomnianych przed chwilą zasadach — można się nim cieszyć. Na bocznych, polnych czy leśnych drogach szybko potwierdzi swe prawdziwe przeznaczenie i nie zawiedzie użytkownika. Solidna konstrukcja podwozia, załączany napęd na wszystkie koła z reduktorem i blokadą mechanizmu różnicowego sprawiają, że mitsubishi L200 nie boi się zapuścić poza ubite dukty czy pokonać podmokłą łąkę. Do tego za plecami pasażerów udźwignie niemal tonę ładunku.
Aha, jeszcze jedno. Dopuszczalna masa całkowita — 2,85 t — może uniemożliwić legalny wjazd w niektóre obszary śródmiejskie (część ulic ma ograniczenie do 2,5 tony). Trzeba też pamiętać, że zgodnie z obowiązującym kodeksem drogowym samochód, także osobowy, powyżej tego ciężaru nie może parkować na chodniku nieoznaczonym jako parking.
I jeszcze jedna uwaga… Menedżer, który zdecyduje się podjeżdżać na spotkania biznesowe L200, musi być świadom, że wybór pikapa na auto służbowe to manifest niezależnego stylu. Ten typ samochodu daje też sygnał negocjatorom: rozmówca nie podda się żadnej perswazji. Idealne auto dla firm windykacyjnych!
Marcin Bołtryk
Foto: ARC
