Wstręt do zginania karku

Anna Popek
opublikowano: 27-10-2006, 00:00

Przeraża, ilu fajnych ludzi nie jest w stanie się dopchać i pokazać światu, bo zależy to od jednego człowieka, który wpisuje cię na grafik albo nie.

Jakie miałeś oceny na maturze?

Szymon Majewski: Fatalne. Czwórkę z polskiego i dwóję z matematyki. Kiedy po roku maturę zdawałem w wieczorowej, to już z bardzo dobrymi ocenami. I tam po raz pierwszy w życiu czułem się asem z matematyki. Nawet ode mnie ściągali na maturze. Pełno było tam takich agregatów jak ja. Sympatycznie się czułem, aczkolwiek poziom był umiarkowany.

A dlaczego nie chciałeś iść do wojska?

Sz.M.: Nie, nie nadaję się do wojska! Wtedy, za czasów komuny, gdyby tam zobaczyli chłopaka z inteligenckiej rodziny z długimi włosami, to pewnie wysłaliby mnie gdzieś do Orzysza. Albo znalazłbym się w jednostce z ludźmi nieakceptującymi mego poczucia humoru czy wyglądu. I miałbym przerąbane. Jeśli ktoś za bardzo fikał albo nie przystawał do reszty — pchano go gdzieś do kafarów. Codzienność armijna dla kompletnie nieprzyzwyczajonego dzieciaka, z jakąś sferą wolności w domu, w życiu i z otwartym łbem jest straszna. Mam wstręt do zginania karku i podobnego typu dyscypliny.

Jakieś kółko teatralne po drodze?

Sz.M.: Teatralne nie, ale jak 18-latek niecały rok byłem w zespole pantomimy Studio Kineo, prowadzonym przez ucznia Tomaszewskiego. Tyle że kiedy trzeba ćwiczyć, trenować, szybko się zniechęcam. Zdobywanie tytułów szeregowca pantomimy, a potem kaprala? Nie. Wysługa lat to kompletnie nie dla mnie.

Kiedy poczułeś, że twoje dowcipy „zaskoczyły”?

Sz.M.: Byłem zaszufladkowany w kategorię: humor abstrakcyjny, niszowy, zerojedynkowy, zrozumiały tylko przez studentów IV roku polonistyki albo prawa. Grepsy w Radiu Zet miały inny charakter niż to, co robię teraz: minuta na antenie — dowcip musiał być bardzo skondensowany, wyrafinowany. To była raczej zabawa językiem. W telewizji żarty stały się dosadniejsze. Myślę też, że dorosła moja widownia. 17-latkowie, oglądający mnie 8 lat temu w Dwójce, zajmują teraz stanowiska, stali się opiniotwórczym odbiorcą, którego wybory ktoś bada. Poza tym... Ludzie myślą skrótem: jeśli ktoś ma włosy, jest wysoki i szczupły, no to proponuje humor dla inteligentów. A kiedy jest krępy i z brzuszkiem — no to dla reszty społeczeństwa.

Może wcześniej byłeś zbyt kontrowersyjny?

Sz.M.: Ciągle słyszałem, pracując w publicznej TV, że są o mnie boje, że trzeba na siłę coś forsować... Kiedyś podczas nagrania programu realizator na głos powiedział przy całej ekipie, że w takiej szmirze nie będzie brał udziału... Kierownikami w każdej telewizji winni być menedżerowie, których podstawowym zadaniem pozostaje wyszukiwanie talentów i ich szlifowanie. Tymczasem często stanowisko takie zajmuje np. sfrustrowany reżyser, co nic nie osiągnął. I jaka jest jego reakcja, kiedy przychodzi ktoś młody z dobrym scenariuszem? Przeraża, ilu fajnych ludzi nie jest w stanie się dopchać i pokazać światu, bo zależy to od jednego człowieka, który wpisuje cię na grafik albo nie. W Zetce, dostając minutę, byłem niszowy, w Dwójce — dla „studenterii”. A ja ciągle dawałem sygnały, że mogę więcej. I inaczej.

TVN był pierwszą stacją, gdzie mogłeś więcej...

Sz.M.: Bo ludzie stamtąd nie boją się ryzyka, dużo w ciebie inwestują. Jak przynosisz pomysł, to się go omawia, ćwiczy; masz duży zespół, który gra z tobą w jednej drużynie, a nie wbrew tobie. Masz wrażenie, że wszyscy idą do tego samego celu.

Jak wygląda twoja redakcja?

Sz.M.: Na co dzień pracuje ze mną ponad 30 osób. Spotykamy się codziennie. I zaczyna się wymyślanie wygłupów. Oglądamy TV, dzienniki, czytamy prasę, rozmawiamy. W grupie szybko powstają dobre grepsy. O realizatorze Superbohaterów i wydawcy śmiesznych sytuacji Piotrze Kumiku, który wcześniej pracował przy „Rozmowach w toku”, powstała legenda, że kiedy z Krakowa jechał do Warszawy, to na dworcu kupił tylko jedną książkę „365 dowcipów na 365 dni w roku”. Ale za to przeczytał ją dokładnie. Teksty do „Rozmów w tłoku” pisze niezastąpiona Ola Wolf. Jolka Szuber zajmuje się sprawami organizacyjnymi, obsługą prasową i zaprasza do programu gości — udało jej się np. ściągnąć Tomka Lisa i Marcina Dańca. Ania Zeman, córka pilota LOT, robi kapitalne kostiumy do Superbohaterów (np.: Tajemniczy Don Pedro). A Paula Celińska — make-up. Rafał Piekoszowski to producent, pierwsze skrzypce programu. Nazywamy go Żuczek, bo jak się wkurza, to pęka mu chitynowy pancerzyk i dzwoni do ludzi po nocach. Z Martą Więch pracuję od czasów „Mamy Cię”. Rozumiemy się bez słów. Marcin Dziedzic pisze teksty piosenek i wstępniaka. Jest precyzyjny i przenikliwy. Michała Zielińskiego — genialnego Leppera — widziałem, kiedy grał nieduże role w Teatrze Powszechnym. Namawiałem go, widząc jego vis comica, by do nas dołączył. Nie chciał, bo w polskim teatrze nie wypada bawić się w kabaret. A ja uważam, że lepiej być błaznem przy pełnej sali niż Hamletem przy pustej.

Twój styl pracy to...

Sz.M.: Główna rzecz: by wszyscy mieli zabawę. Uśmiechnięty operator, dziewczyny od make-upu, które się śmieją, fajne reakcje ekipy... Szybko odbieram sygnały od grupy, miny i spojrzenia potrafią mnie nakręcić albo zgasić. Nawet jak zespół się kłóci, ale idzie w dobrym kierunku, to uważam że jest OK.

Raczej improwizujesz?

Sz.M.: Trzymam się scenariusza, ale nie niewolniczo. Teraz np. jestem Czerwonym Kapturkiem, który najadł się muchomorów, więc ten młody dąb wziąłem za młodą kobietę, wskutek czego strój czerwonego kapturka jest w strzępach.

Czy TVN nie zmienia ci programu i nie wpływa na dobór gości?

Sz.M.: Nie, nigdy nie kazano mi nic zmieniać. Raz musieliśmy coś wyjaśniać, bo do prokuratury wpłynęło doniesienie przeciw nam — podobno obraziliśmy uczucia patriotyczne jednego z widzów. Ale zarzut oddalono, bo cytowaliśmy coś, co było w internecie.

Naciski polityczne?

Sz.M.: Nasz program uważany jest za program antypisowski. To nieprawda, bo kiedy zaczynaliśmy, to trwała jeszcze końcówka rządów SLD i z nich darliśmy „łacha” bardzo intensywnie. Ale fakt, program z popularnością wystrzelił dopiero, gdy do władzy doszła obecna ekipa. Gdyby rządziła Platforma, pewnie też by tak było.

Kiedy nie pracujesz?

Sz.M.: W soboty i niedziele oraz popołudniami. Muszę odpocząć, poleżeć, pomyśleć, odrobić lekcje z dziećmi, pograć z synem w tenisa. W pracy sam chcę wszystkiego dotknąć... Nie chcę naruszyć równowagi: codzienna obecność w domu jest bardzo ważna. I tak planuję pracę, by był czas na jedno i drugie.

Jakie masz stawki za prace poza studiem?

Sz.M.: Wysokie, ale bardzo rzadko to robię. Wybieram, co mi odpowiada. Podczas takich eventów można ćwiczyć warsztat, sprawdzać reakcje na grepsy, wpadki, przejęzyczenia, zachowania. I nabierać pewności siebie.

Niektórzy nazywają to „płatną próbą”.

Sz.M.: Tak, to fajne. I czasem bywa wesoło. Kiedyś np. na imprezie znanego banku jeden z dyrektorów wtargnął na scenę i zapragnął mi zabrać mikrofon. Nie dałem, więc chciał mnie tłuc. Dostałem ochroniarza. Dyrektor był przez cały czas agresywny — wreszcie ochroniarz tak się wkurzył, że chciał mu dołożyć i musiałem go powstrzymywać... Później dyrektora zwolniono, bo się okazało, że po alkoholu w sytuacjach towarzyskich staje się agresywny.

Czy jesteś patriotą?

Sz.M.: Patrząc na moje wygłupy, trudno to stwierdzić. Ale jestem. Uczę moje dzieci historii, opowiadam o powstaniu warszawskim (oczywiście byliśmy w muzeum powstania), o tradycjach wojskowych, bo mój dziadek walczył w AK. Niedawno udało nam się odzyskać jego mundur, który wisiał na wystawie w technikum kolejowym przy Szczęśliwickiej — w izbie pamięci. Na mundurze są jeszcze ślady krwi dziadka, rannego właśnie w powstaniu... A co do patriotyzmu w pracy, to moje programy też mają wyśmiewać głupotę polityków. Także po to, by mądrzej i bardziej odpowiedzialnie rządzili Polską.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Popek

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu