Wulkan nad jeziorem

Karol Jedliński
opublikowano: 2006-09-01 00:00

Plaże, jachty w marinach i restauratorzy z całego świata. Do tego gigantyczna szklana fasola i spiczaste wieżowce — trudno tu o nudę.

Windy City — wietrzne miasto. To określenie przylgnęło do Chicago. Ale czy jest prawdziwe? Niekoniecznie. Jak dowiedli miejscowi meteorolodzy, podobnie — a nawet bardziej — wieje w Dallas, Detroit czy Minneapolis. Warto więc spojrzeć na Chicago od innej strony. To nowoczesne 3-milionowe miasto rozpostarte nad wielkim jeziorem i „zalesione” drapaczami chmur. Czyli Working City — drugi przydomek tej metropolii. Co ciekawe, leży ona na podobnej szerokości geograficznej co Rzym. Oznacza to, że od maja do końca września można zrzucić po pracy garnitur i wylegiwać się na jednej z dziesiątek okolicznych plaż, wysypanych złotym piaskiem. Albo popłynąć motorówką do innego stanu, choćby na wydmy w Indianie. Wśród takich kontrastów nie sposób narzekać na monotonię. Może więc dodać kolejne pseudo — Relax City?

Miasto na wodzie

Kiedy pierwszy nieindiański osadnik — czarnoskóry Jean Baptiste Point du Sable — osiedlał się w przyszłym Chicago 235 lat temu, zapewne skusiła go obfitość słodkiej wody, bogactwo ryb w rzece i zwierzyny w lasach. Problemem były okoliczne bagna, a także indiańskie zapędy do skalpowania nieproszonych gości. Obecnie Indianie muszą zadowolić się zarządzaniem kasynami przy granicy z Kanadą, a Chicago River i Michigan Lake — to przede wszystkim atrakcje turystyczne.

— Podziwianie miasta ze statku chyba nigdy mi się nie znudzi — zapewnia Wioletta Gumieniak-Buszta, generalny menedżer linii lotniczych LOT na środkowy wschód USA, wsiadając na pokład wysłużonej Mary.

Rejs zaczyna się wpłynięciem na Chicago River spod mostu Michigan Avenue, w głąb ruchliwego Downtown. Dopiero z tej wysokości widać, jak bardzo przydał się miastu katastrofalny pożar w 1871 r. Zręby Chicago powstałe na jego zgliszczach do dziś pozostają wzorem nowatorskich rozwiązań urbanistycznych. I tak, wzdłuż rzeki, kilkanaście metrów pod powierzchnią eleganckiej, spacerowej alei Wacker Drive, przytulonej do strzelistych wieżowców, pędzą samochody po Lower Wacker Drive. Poniżej jeżdżą jeszcze szybciej, po tzw. Lowest Wackest. Ten cały system podziemnych dróg jest konsekwentnie udoskonalany od ponad 80 lat.

— Ograniczono w ten sposób ruch na górze, a paradoksalnie, na poziomie pierwszego piętra, przez miasto przedziera się słynna „L”, czyli miejska kolejka — mówi Michał Czarliński, od lat oprowadzający po mieście grupy turystów.

Skansen XXI wieku

Współcześni mieszkańcy Chicago nie traktują wielkiego pożaru jako traumy — dostrzegają w nim raczej drugą szansę dla miasta. Wykorzystaną szansę. Po obu stronach rzeki aż roi się od słynnych budynków. Joey, nasz przewodnik na statku, nie nadąża z ich wymienianiem: Sears Tower — trzeci najwyższy budynek na świecie, Wrigley Building, Tribune Tower czy Merchandise Mart — największe biurowice na świecie. To te najbardziej charakterystyczne w tej części miasta. Co ćwierć mili nad naszymi głowami rozpościerają się identyczne, żelazne, zwodzone mosty. W całym Chicago jest ich kilkadziesiąt, niektóre jeszcze z końca XIX w.

— Zapewne zdziwi was, że wypływając na jezioro, musimy jeszcze przepłynąć przez śluzę. Po prostu po pożarze, kiedy zapaliła się także zanieczyszczona rzeka, odwrócono jej bieg — tłumaczy Joey.

Tym samym nieczystości nie wpadają do jeziora, ale płyną na południe, w stronę pól kukurydzianych i Missisipi. Kosztowało to więcej niż budowa Kanału Sueskiego, ale było warto. Miasto ponownie polubiło się z rzeką, która przestała być cuchnącym utrapieniem.

Wypływamy na jezioro — wreszcie czuć chłodniejszy powiew, który usprawiedliwiałby „wietrzny” przydomek Chicago. Mijamy Navy Pier, czyli betonowe molo usiane restauracjami i sklepami, tętniące życiem o każdej porze. Leniwie kręci się tam olbrzymi diabelski młyn, stojący na miejscu jeszcze większego poprzednika.

— To miasto do cna amerykańskie. Z jednej strony, atrakcje niczym w skansenie, czyli fontanna Buckingham czy diabelski młyn, a zaraz obok futurystyczna architektura — podkreśla Michał Czarliński.

Fasola i gotyk

To właśnie rozległe parki humanizują widoczne ze statku szklano-betonowe oblicze miasta. Najbardziej oblegany jest najnowszy — Millenium Park. Niczym nie przypomina choćby warszawskiego Pola Mokotowskiego. Po pierwsze, przylega do ścisłego centrum miasta, a jednak nie ma tam żadnych barów czy sklepów. Po drugie, egzotyczne ogrody i rozległe trawniki (cały park ma powierzchnię 10 km kw.) sąsiadują z wyrafinowaną architekturą i technologią.

— Główną atrakcją są dwie cyberfontanny, kilkunastometrowe szklane ściany stojące naprzeciwko, a przedstawiające olbrzymie ludzkie twarze w różnym wieku i różnych narodowości. Osoby te uśmiechają się, mrugają oczami, a kaskady wody spadają na rozradowany tłum — opisuje Wioletta Gumieniak-Buszta.

Nieco dalej, w pobliżu jeziora, wyłaniają się futurystycznie pofałdowane srebrne blachy — zadaszenie amfiteatru. Obie atrakcje rozdziela monumentalna rzeźba lustro przedstawiająca... wielkie ziarno fasoli, w której — niczym w krzywym zwierciadle — obijają się okoliczne wieżowce.

— Mój ulubiony budynek to Tribune Tower, oddany do użytku w 1925 r. Podoba mi się elewacja, dźwigary nawiązujące do gotyku, elementy znane z piramidy Cheopsa czy Panteonu — wyjaśnia Wioletta Gumieniak-Buszta.

Najciekawsze chicagowskie drapacze chmur to punkt obowiązkowy. W końcu tu zbudowano pierwszy taki obiekt na świecie. Budynki najlepiej oglądać z pokładu statku albo idąc tzw. Magnificent Mile, czyli prawie dwukilometrowym odcinkiem ruchliwej i gwarnej Michigan Avenue, przecinającej serce Downtown. A jeśli ktoś chce oszczędzić sobie bólu szyi, może po prostu wjechać na platformy widokowe Sears Tower lub Hancock Center.

— Na sto najwyższych budynków świata dziesięć stoi w Chicago — podkreśla Michał Czarliński.

Dynamika i smak

Prawdopodobnie w klasyfikacji najlepszych sklepów, muzeów i restauracji Wietrzne Miasto też plasuje się w czołówce. Według Wioletty Gumieniak-Buszty, najpopularniejszy cel zakupów to trio: Filene’s Basement, Marshall’s Field i Water Tower. Starczy na co najmniej kilka godzin konsumpcyjnego szału. Na turystów lubujących się w bardziej wyszukanych rozrywkach czeka ponad 40 muzeów — jednak żadne z nich nie kojarzy się z widokiem ziewającego biletera. Wystawy w Field Museum czy w The Art Institute zachwycają nie tylko cennymi eksponatami, ale także przebogatą, dynamiczną scenografią oraz pomysłowością organizacyjną. I choć czasem ociera się to o kicz, nikogo nie pozostawia obojętnym. Niezwykłym przeżyciem dla dzieci jest wizyta w Children’s Museum, gdzie same mogą wykopać kości dinozaura czy wynaleźć nową maszynę. Ale punktem szczytowym wędrówki po mieście pozostaje, dla wszystkich grup turystów, wybór restauracji.

— W samym centrum jest ich kilka tysięcy. Podają najlepsze potrawy z całego świata. W takich chwilach błogosławi się miliony imigrantów, którzy osiedlili się w tych okolicach — zachwyca się Michał Czarliński.

Na spragnionych amerykańskich smaków czekają Houlihan’s przy Wacker Dr. czy Cheesecake u podnóża Hancock Center — w obu miejscach można wybierać spośród kilkunastu rodzajów hamburgerów oraz wariacji na temat kurczaka.

Duch Capone

Typowa amerykańska kuchnia to także szansa na sprawdzenie objętości żołądka — już sama wielkość porcji przytłacza, a próby zjedzenia dań w całości zwykle kończą się fiaskiem.

— Obowiązkowo trzeba zajrzeć do Parthenona przy Halsted St., gdzie Grecy podają doskonałą baraninę i wino Ritzina. Smakoszom polecam też China Grill na North Michigan, gdzie warto spróbować sałatki z kaczką — radzi Wioletta Gumieniak-Buszta.

Na początku lipca miasto przeżywa najazd smakoszy, bo właśnie wtedy organizowany jest festiwal kulinarny Taste of Chicago. Kilka tysięcy restauracji promuje swoje dania pod gołym niebem Grant Parku — tętniącym muzyką i gwarem tłumu niczym wulkan. Po kolacji przychodzi pora na spacer wzdłuż brzegu jeziora, gdzie w marinach monotonnie bujają się maszty jachtów, a zachodzące słońce odbija się w opływowych szybach motorówek. Po zmierzchu na Navy Pier rozpocznie się codzienny pokaz sztucznych ogni. Potem tłum rozjedzie się — część obejrzy mecz którejś z pierwszoligowych miejscowych drużyn bejsbolowych, hokejowych, koszykarskich czy futbolowych. Jeszcze inni, z głośną muzyką i piskiem opon, będą kluczyć po ulicach Downtown, jakby przypominając zaskoczonym turystom, że zanim pomyślano o Sears Tower w Chicago, narodziła się legenda Ala Capone i jazzu.