Z impetem w głąb

Adam Sofuł
opublikowano: 2009-01-23 00:00

Na Księżycu stanęło kilkanaście osób. Od prawie pół wieku Rów Mariański ma tylko dwóch zdobywców.

Na Księżycu stanęło kilkanaście osób. Od prawie pół wieku Rów Mariański ma tylko dwóch zdobywców.

Osiągnięcie było rezultatem idealnej kombinacji geniuszu i entuzjazmu dwóch Szwajcarów oraz potęgi i organizacji marynarki amerykańskiej. W 1958 r. kupiła ona od Augusta Piccarda i jego syna Jacques’a batyskaf Trieste, którym przedtem dotarli na dno Morza Śródziemnego, osiągając imponującą wówczas głębokość 3 tys. metrów. Ale Morze Śródziemne okazało się zbyt płytkie jak na ambicje Szwajcarów. A marynarka USA marzyła o prestiżowym rekordzie — osiągnąć największą oceaniczną głębię, czyli Rów Mariański.

W tym celu powstała grupa Necton, której Piccard został jednym z najważniejszych członków. Znakomity układ. "Marynarka amerykańska była perfekcyjna. Mogliśmy poprosić o jakiekolwiek urządzenie, jakiekolwiek narzędzie, zawsze padała odpowiedź tak, choć nie miano jeszcze pojęcia o jego cenie" — wspominał Jacques Piccard.

Na dnie

Po kilkumiesięcznych próbach u wybrzeży Kalifornii batyskaf przeniesiono w październiku 1959 r. na wyspę Guam. Stamtąd 19 stycznia holownik Wandank z Trieste i z grupą Necton na pokładzie ruszył w stronę celu — najgłębszego miejsca Rowu Mariańskiego, tzw. głębi Challenger (od brytyjskiego statku, który w latach 30. pierwszy zmierzył jej głębokość).

23 stycznia rano Jacques Piccard i oficer marynarki Donald Walsh (obaj na zdjęciu u góry) usadowili się w ciasnym wnętrzu Trieste (średnica batyskafu wynosiła ledwie nieco ponad 2 m). O 8.30 rozpoczęli zanurzanie. Pomiary dokonane trzy lata wcześniej przez radziecki statek Witaź oszacowały głębokość w tym miejscu na 11 034 m.

Upływały minuty, robiło się bardziej ciemno i bardziej zimno (w batyskafie nie było miejsca na jakiekolwiek ogrzewanie). Po ponad trzech godzinach coraz wolniejszego opadania o 12.56 na sondzie ukazała się linia dna. Po dziesięciu kolejnych minutach batyskaf wzbił kłęby mułu. Piccard i Walsh osiągnęli cel. Głębiej się nie da. Okazało się, że nawet na tej głębokości, mimo zimna, ciemności i morderczego ciśnienia (ponad tonę na centymetr kwadratowy), istnieje życie. Badacze obserwowali niewielką krewetkę oraz podobną do soli rybę z dużymi czarnymi oczami. Piccard i Wlash popatrzyli na rybę, ryba na nich, a poddawany gigantycznemu ciśnieniu batyskaf zaczynał trzeszczeć. Pora wracać. Tuż przed 17.00 Trieste wypłynął na powierzchnię.

Zwariowana rodzinka

Jacques Piccard nie był pierwszym ani ostatnim szalonym odkrywcą w rodzinie. Jego ojciec Auguste (skądinąd konstruktor batyskafu) zasłynął dzięki swoim wyczynom na balonach stratosferycznych. W maju 1931 r. pobił rekord wysokości 15 571 m. Dwa lata później jego brat bliźniak, mieszkający w USA Jean, poszybował wraz z żoną na ponad 17 km. Czyż można się dziwić, że Jacques, syn Auguste, musiał zostać rekordzistą?

"Jeden z ostatnich wielkich odkrywców XX wieku, prawdziwy kapitan Nemo, Jacques Piccard zmarł 1 listopada nad brzegami Jeziora Genewskiego, które tak bardzo ukochał" — napisał w komunikacie jego syn Bertrand.

Właśnie, Bertrand. Ten z kolei poszedł w ślady dziadka. Przed dziesięcioma laty wygrał rywalizację ze Stevem Fossetem oraz Richardem Bransonem i pierwszy obleciał ziemię balonem. I nie spoczywa na laurach. W planach ma przelot nad Atlantykiem samolotem Solra Impulse, napędzanym energią słoneczną. No, a potem znowu dookoła świata.