Na Księżycu stanęło kilkanaście osób. Od prawie pół wieku Rów Mariański ma tylko dwóch zdobywców.
Osiągnięcie było rezultatem idealnej kombinacji geniuszu i entuzjazmu dwóch Szwajcarów oraz potęgi i organizacji marynarki amerykańskiej. W 1958 r. kupiła ona od Augusta Piccarda i jego syna Jacques’a batyskaf Trieste, którym przedtem dotarli na dno Morza Śródziemnego, osiągając imponującą wówczas głębokość 3 tys. metrów. Ale Morze Śródziemne okazało się zbyt płytkie jak na ambicje Szwajcarów. A marynarka USA marzyła o prestiżowym rekordzie — osiągnąć największą oceaniczną głębię, czyli Rów Mariański.
W tym celu powstała grupa Necton, której Piccard został jednym z najważniejszych członków. Znakomity układ. "Marynarka amerykańska była perfekcyjna. Mogliśmy poprosić o jakiekolwiek urządzenie, jakiekolwiek narzędzie, zawsze padała odpowiedź tak, choć nie miano jeszcze pojęcia o jego cenie" — wspominał Jacques Piccard.
Na dnie
Po kilkumiesięcznych próbach u wybrzeży Kalifornii batyskaf przeniesiono w październiku 1959 r. na wyspę Guam. Stamtąd 19 stycznia holownik Wandank z Trieste i z grupą Necton na pokładzie ruszył w stronę celu — najgłębszego miejsca Rowu Mariańskiego, tzw. głębi Challenger (od brytyjskiego statku, który w latach 30. pierwszy zmierzył jej głębokość).
23 stycznia rano Jacques Piccard i oficer marynarki Donald Walsh (obaj na zdjęciu u góry) usadowili się w ciasnym wnętrzu Trieste (średnica batyskafu wynosiła ledwie nieco ponad 2 m). O 8.30 rozpoczęli zanurzanie. Pomiary dokonane trzy lata wcześniej przez radziecki statek Witaź oszacowały głębokość w tym miejscu na 11 034 m.
Upływały minuty, robiło się bardziej ciemno i bardziej zimno (w batyskafie nie było miejsca na jakiekolwiek ogrzewanie). Po ponad trzech godzinach coraz wolniejszego opadania o 12.56 na sondzie ukazała się linia dna. Po dziesięciu kolejnych minutach batyskaf wzbił kłęby mułu. Piccard i Walsh osiągnęli cel. Głębiej się nie da. Okazało się, że nawet na tej głębokości, mimo zimna, ciemności i morderczego ciśnienia (ponad tonę na centymetr kwadratowy), istnieje życie. Badacze obserwowali niewielką krewetkę oraz podobną do soli rybę z dużymi czarnymi oczami. Piccard i Wlash popatrzyli na rybę, ryba na nich, a poddawany gigantycznemu ciśnieniu batyskaf zaczynał trzeszczeć. Pora wracać. Tuż przed 17.00 Trieste wypłynął na powierzchnię.
Zwariowana rodzinka
Jacques Piccard nie był pierwszym ani ostatnim szalonym odkrywcą w rodzinie. Jego ojciec Auguste (skądinąd konstruktor batyskafu) zasłynął dzięki swoim wyczynom na balonach stratosferycznych. W maju 1931 r. pobił rekord wysokości 15 571 m. Dwa lata później jego brat bliźniak, mieszkający w USA Jean, poszybował wraz z żoną na ponad 17 km. Czyż można się dziwić, że Jacques, syn Auguste, musiał zostać rekordzistą?
"Jeden z ostatnich wielkich odkrywców XX wieku, prawdziwy kapitan Nemo, Jacques Piccard zmarł 1 listopada nad brzegami Jeziora Genewskiego, które tak bardzo ukochał" — napisał w komunikacie jego syn Bertrand.
Właśnie, Bertrand. Ten z kolei poszedł w ślady dziadka. Przed dziesięcioma laty wygrał rywalizację ze Stevem Fossetem oraz Richardem Bransonem i pierwszy obleciał ziemię balonem. I nie spoczywa na laurach. W planach ma przelot nad Atlantykiem samolotem Solra Impulse, napędzanym energią słoneczną. No, a potem znowu dookoła świata.
