Zagłębiem w biznes

Rafał Kerger
opublikowano: 2007-07-27 00:00

SYLWETKAWszechpolakopisowiec? Karierowicz? Sprawny menedżer? Gwiazda Roberta Pietryszyna, prezesa piłkarskiego mistrza Polski, świeci coraz jaśniej.

est wyborczy rok 2005. 26-letni Robert Pietryszyn, dziś prezes Zagłębia Lubin, piłkarskiego mistrza Polski i przewodniczący rady nadzorczej giełdowego Ruchu, rozdaje na ulicach Opola biało-czerwone flagi. Daje dobry przykład kolegom. W końcu szefuje opolskim Młodym Konserwatystom, młodzieżówce Prawa i Sprawiedliwości.

W Radiu Opole mówi potem: „Dla mnie patriotyzm to (…) szacunek dla własnego państwa, szacunek dla władzy, szacunek dla prawa, szacunek dla obywateli, szacunek dla kolegów, koleżanek (…) to, co robi Młodzież Wszechpolska, nie jest patriotyzmem, lecz szowinizmem”.

Dziś, ze względu na koalicję, jaką zawarli jego starsi koledzy, nazywają go wszechpolakopisowcem. Roberta Pietryszyna bardzo to boli. Pewnie nawet bardziej, niż może powiedzieć.

Kim jest człowiek, któremu udało się — kosztem Legii i Wisły — wprowadzić na salony klub z 70-tysięcznego Lubina? Człowiek, któremu prezes wielkiego KGHM Krzysztof Skóra dał wolną rękę? Człowiek, który niebawem zmierzy się z widmem strajku w Ruchu?

Kapelusz polityczny

Robert Pietryszyn urodził się w 1979 r. pod Opolem. Osiem lat temu wyjechał na studia prawnicze do Wrocławia. Poważne, dorosłe rozterki dopadły 20-latka na pierwszym roku. Okazało się, że w nowym miejscu nie może liczyć na wsparcie rodziców — ich prywatna firma nie przynosiła zysków. Stanął przed poważnym wyborem: powrót na Opolszczyznę albo zarabianie na swoje utrzymanie. Wybrał to drugie. Imał się różnych zajęć, dość szybko znalazł stabilną pracę w firmie konsultingowej i czym prędzej rozpoczął kolejne studia — marketing i zarządzanie.

Ciągle, trochę zaocznie (z odległości 100 km), kierował też opolską młodzieżówką PiS.

Dzięki wczesnym zawodowym początkom pierwszą poważną biznesową funkcję Pietryszyn otrzymał jako 22-latek. Został dyrektorem handlowym w zatrudniającej około 150 osób spółce produkującej stal szybkotnącą. Za wyzwaniem większego kalibru zaczął się rozglądać dopiero trzy lata później — pojawiła się na to szansa, bo PiS wygrał wybory 2005 r.

— Firma mojego ówczesnego pracodawcy okazała się obrzydliwie stabilna. Tak poukładana, że prawie nie było wyzwań. Trzech, czterech stałych odbiorców. Administrowanie, nie zarządzanie. A ja mam taki temperament, że chciałem czegoś więcej — opowiada Robert Pietryszyn.

Jan Tymowski, ówczesny szef Młodych Demokratów, młodzieżówki Platformy Obywatelskiej, poznał Pietryszyna na międzynarodowej konferencji w Warszawie, tuż przed wyborami w 2005 r.

— Wydał się kontaktowym facetem, który potrafi zrobić dobre pierwsze wrażenie. Widać było, że zabawa w młodzieżówkę coraz mniej go pociąga, że woli „dorosłe sprawy”. Nie sprawiał wrażenia tytana pracy, raczej showmana ukierunkowanego na efektowne zagrania i działania — opowiada Jan Tymowski, dziś szef stowarzyszenia Obywatele dla Warszawy.

Co sprawiło, że Pietryszyn w krótkim czasie osiągnął szczyty?

— Talent, co udowodnił w Zagłębiu, i potężne plecy polityczne — kwituje Jan Tymowski.

Mało kto wie, że Robert Pietryszyn jest bliskim przyjacielem Adama Hofmana, byłego szefa Młodych Konserwatystów, dziś posła Prawa i Sprawiedliwości oraz szefa bankowej komisji śledczej. Obaj z Hofmanem należą zaś do stajni Adama Lipińskiego, wpływowego szefa politycznego gabinetu premiera Jarosława Kaczyńskiego. Gdyby tego było mało, jest też radnym we Wrocławiu, w klubie znanego z 85 proc. głosów w wyborach prezydenta Rafała Dutkiewicza (popierają go PiS i PO). Właśnie ta grupa rozpuściła wieść, że młody Pietryszyn czegoś nowego szuka.

Prezes Zagłębia Lubin przyjaciół się nie wstydzi.

— Po krótkim czasie spotkałem się z prezesem KGHM. Powiedział, że potrzebują wykształconych, dynamicznych i sprawnych menedżerów. „Masz do wyboru: dyrektor finansowy któregoś z oddziałów spółki albo prezes Zagłębia” — usłyszałem — wspomina Robert Pietryszyn.

Odcinek: Zagłębie

Kiedyś Pietryszyn, pracując we Wrocławiu w firmie konsultingowej, doradzał Wiktorowi Marconiemu, właścicielowi giełdowego Polcoloritu. Obaj się polubili. Na początku ubiegłego roku Marconi mu się odwdzięczył.

Pytany przez Pietryszyna o radę powiedział: „Na stanowisku dyrektora finansowego znikniesz. Popatrz na Silvio Berlusconiego. W Zagłębiu możesz zacząć powtarzać jego drogę, tylko na odwrót. Najpierw zostaniesz prezesem klubu, potem miliarderem”.

— Obaj sobie przy tej okazji trochę pożartowaliśmy. Choć rzeczywiście, między innymi za namową Wiktora, wybrałem Zagłębie. Na początku, jak zobaczyłem, w co się wpakowałem, nawet przez chwilę tego żałowałem — uśmiecha się dziś Pietryszyn, przyznając, że nim trafił do Zagłębia, piłką nie interesował się zupełnie.

Czyszczenie Zagłębia młody prezes zaczął od swojego gabinetu i siedziby spółki.

— Pierwszy dzień: wchodzę do biura jak z lat 80. Rosyjski telewizor, dywany, boazeria. Do siedziby klubu przychodzą jacyś ludzie, mówią o jakichś współpracach i przesiadują na kawie w klubie — załatwiają interesy. Byłem zszokowany — ta sytuacja przypominała mi „Misia” Barei — opowiada Pietryszyn.

Poszedł więc do prezesa Skóry z wiadomością, że tak się nie da. On mu na to: czyść. Zwolnił większość ludzi, zatrudnił nowych. Zmienił wygląd szatni, korytarze, biura pomalowali. Zamontowali klimatyzację, wprowadzili karty chipowe.

— Pokazaliśmy tym samym, że spółka jest czymś nowym. Przyszedł potem nawet do mnie jeden z pracowników technicznych i powiedział, że jak znikły lamperie, od razu poczuł, że znów jest dumny z miejsca, w którym pracuje — dodaje Pietryszyn.

Opolanin natychmiast po objęciu fotela w Lubinie odciął się także od swoich poprzedników i domniemanej korupcji w Zagłębiu.

— Uważam, że należy karać bezwzględnie ludzi związanych z tym procederem, jednak nie mogą na tym cierpieć kibice i zawodnicy. Tylko że my do dziś nie dostaliśmy żadnych zarzutów ani z prokuratury, ani z PZPN. Do mojego przyjścia tutaj klub miał jednak inny, przedłużający się i poważniejszy problem. Był przechowalnią dla trenerów i działaczy sportowych, którym nie udało się w Warszawie. Strejlau, Piechniczek to ciekawe osoby, ale postanowiłem to uciąć, zatrudniając młodego i ambitnego Czesława Michniewicza. Wtedy ryzykowałem, ale dziś wiem, że podjąłem trafną decyzję — mówi Pietryszyn.

Odcinek: ludzie piłki

Dzięki takim i innym stwierdzeniom „młody” wzbudził wśród tuzów branży spore kontrowersje. Potrzeba było sporo czasu, by część środowiska przekonała się do niego. Niemniej, na Zagłębiu nadal notorycznie wiesza psy były znany bramkarz Jan Tomaszewski. Zbigniew Koźmiński, rzecznik prasowy PZPN, też nie zostawia na Pietryszynie suchej nitki.

— To typ z charakterystycznego dla obecnych czasów pokolenia wszechpolakopisowców, którzy wchodzą w różne dziedziny — nie tylko w piłkę — nie mając szacunku dla doświadczonych kolegów i żadnej pokory. Ich kariery nie wynikają z fachowości, tylko z przynależności partyjnej — uważa Koźmiński.

Jego zdaniem, najgorsze jest to, że Pietryszyn wszedł w środowisko piłkarskie, zaczynając od idiotycznych ocen i propozycji badania działaczy wariografem, nie mając zielonego pojęcia o niczym.

— Świadczy to o jego bucie. Zresztą życie pokazało, że nie tędy droga. Takie same deklaracje składał minister Lipiec i już go nie ma — wyjaśnia Koźmiński.

Za Pietryszynem przemawiają jednak wyniki. Klub pod jego kierunkiem zdobył pierwsze od 17 lat mistrzostwo Polski. Jego Lubin zagra w eliminacjach Ligi Mistrzów ze Steuą Bukareszt dowodzoną przez sławnego Gheorghe Hagiego, której właścicielem jest multimilioner i czołowy rumuński polityk, kandydat na prezydenta Gigi Becali. Jak Lubin wygra, będzie rozstawiony w kolejnych eliminacjach, co stwarza szansę na grę polskiej drużyny w najbardziej lukratywnej lidze świata.

— Że zrobił wynik? Na razie wydał tylko państwowe pieniądze. Każdy to potrafi. Niech pokaże, że umie zdobyć inne pieniądze dla Zagłębia. Wtedy się wykaże — dorzuca Koźmiński.

Pietryszyn z docinków Koźmińskiego niewiele sobie robi. Nie czuje się członkiem koalicyjnej watahy młodych działaczy, którzy obsadzają stanowiska w spółkach, instytucjach i w mediach publicznych. Mówi nawet, że nie zamierza wracać do polityki, bo jest tam zbyt wiele dwulicowości.

— Tym większy jesteś, im mocniejszych masz wrogów. Rzeczywiście, na razie pokazałem tylko, że potrafię rozsądnie zarządzać i wydawać pieniądze. Zapewniam jednak, że mamy w Zagłębiu 25 proc. pieniędzy spoza KGHM. Nie powiem, że prezesem Zagłębia jestem z politycznego nadania. Po prostu ktoś mnie zauważył, docenił moje możliwości. Tak działa się w biznesie — mówi prezes.

Nie da się jednak ukryć, że polityczne doświadczenie Robertowi Pietryszynowi przydaje się także w piłce. Młody prezes wie, że nie można mieć samych wrogów. Dlatego przy okazji przygotowywania budowy (za 100 mln zł) nowego stadionu w Lubinie zgłosił się do wpływowego Andrzeja Placzyńskiego ze Sportfive (ten sam, który przyjaźni się ze Zbigniewem Bońkiem). Placzyński doradzi klubowi, jak wybudowany obiekt skomercjalizować, by przynosił zyski, a nie straty.

Na przełomie czerwca i lipca Pietryszyn został też po raz pierwszy zaproszony do Warszawy na spotkanie w cztery oczy z Michałem Listkiewiczem, co potwierdza teorię, że środowisko uznało, że skoro nie można go pokonać, to trzeba z nim rozmawiać. Na ulicach Dolnego Śląska za sprawą Roberta Pietryszyna niedawno pojawiły się też billboardy zachęcające do kibicowania Zagłębiu, są też reklamy w radiu i w telewizji. Publicity u mas też umie sobie zrobić.

Za sprawne i dynamiczne wejście w piłkę polubił prezesa Zagłębia Andrzej Rusko, szef Orange Ekstraklasy. Sprzyja mu nie tylko dlatego, że sam jest z Wrocławia, gdzie Pietryszyn mieszka.

— Z punktu widzenia Orange Ekstraklasy prezes jest niewątpliwie człowiekiem sukcesu. Myśli pozytywnie i pracuje profesjonalnie — rzuca Rusko.

Przyznaje, że nie ze wszystkimi poglądami Pietryszyna może się zgodzić. Prezes Zagłębia uważa na przykład, że za korupcję w klubie przed jego przyjściem powinien odpowiadać nie klub, lecz ludzie zaangażowani w proceder. Rusko myśli odwrotnie.

— Nie da się ukryć, że Zagłębie zyskało sportowo i finansowo dzięki korupcji. Różnice między nami nie wpływają oczywiście na moją ogólną ocenę. Pietryszyn wszedł w zupełnie nowe środowisko, pokazał, że potrafi się szybko uczyć. Wprowadził w Zagłębiu nowoczesny styl zarządzania — dodaje szef Orange Ekstraklasy.

Odcinek: Ruch

30 marca, pewnie ze względu na posuchę na fachowców w koalicji, Ministerstwo Skarbu Państwa rzuciło absolwenta prawa i zarządzania także do rady nadzorczej dystrybuującego prasę Ruchu (miliard złotych przychodu kwartalnie). Przy okazji warto nadmienić, że Pietryszyn ma ponoć świetny kontakt z prezesem spółki Adamem Pawłowiczem — panowie znali się wcześniej. Na pierwszym posiedzeniu prezes Zagłębia został przewodniczącym rady nadzorczej Ruchu. Od tego czasu jej członkowie obradowali jeszcze dwa razy.

— Na razie wygląda to wszystko dobrze, choć pierwszy poważny sprawdzian dopiero przed Robertem Pietryszynem — mówi Tomasz Lisiecki, od połowy 2005 r. rekomendowany przez pracowników członek rady nadzorczej spółki.

Rada nadzorcza Ruchu niebawem będzie obradować między innymi na temat postawy załogi usługodawcy — ta w ogólnym referendum opowiedziała się za strajkiem, jeśli zarząd spółki nie podniesie pensji w firmie.

— Sprawa jest delikatna, tym bardziej że w tym roku prywatyzujemy do końca Ruch przez giełdę — mówi Pietryszyn.

Przyznaje, że od czasu pracy w Ruchu żyje trochę w rozkroku.

— Raz nawet musiałem na radę jechać pięć godzin samochodem, bo grzeczna pani poinformowała mnie na lotnisku we Wrocławiu o 6.00, że samolot o 6.20 do Warszawy odleci dopiero o 11.00 — tłumaczy prezes Zagłębia.

Odcinek: przyszłość

Na jaki odcinek po Zagłębiu i Ruchu zostanie rzucony Robert Piertyszyn? A może sam się rzuci?

Po headhunterskim rynku krąży wieść, że młody menedżer ma dwie nowe propozycje pracy z dużych spółek — także idzie o prezesowanie. Pierwszą ze spółki z dominującym kapitałem państwowym. Drugą z firmy prywatnej, co tylko świadczy, że mimo politycznego nadania jest w biznesie ceniony.

Pietryszyn potwierdza nasze informacje, ale szczegółów zdradzić nie chce.

— W Zagłębiu postawiłem sobie trzy cele: mistrzostwo Polski, rozpoczęcie budowy nowego stadionu oraz zmodernizowanie sposobu zarządzania spółką. Wszystkie już niemal zrealizowałem. Nie wiem, ile jeszcze będę w klubie. Może pół roku, może rok. Nowe propozycje są intratne i odpowiadają moim zawodowym ambicjom — zapewnia.

Marzeniem i celem 28-latka — od co najmniej dwóch lat — jest fotel szefa poważnej, dużej firmy. Do tego dąży — politykę zamierza szybko porzucić tak, by przestać być z nią kojarzony. Piłkę też. Dlaczego? Boi się syndromu Hansa Klossa.

— Boję się bycia długo w jednej firmie i bycia postrzeganym tylko przez pracę na jednym stanowisku, stąd pewnie zmienię pracę — przyznaje Robert Pietryszyn.

Po chwili wyjawia, że jest kilka takich wymarzonych firm w Polsce, w których chciałoby się pracować: Orlen, Unilever, Cersanit, Opoczno.

Jest też Polcolorit Wiktora Marconiego. Pytanie, czy dla showmana nie jest on za mały? n