Chociaż wyniki lidera branży ubezpieczeniowej były nieznacznie słabsze od oczekiwań rynkowych, to Andrzej Klesyk, prezes PZU, jest z nich zadowolony.
— Jestem szczęśliwy z realizacji planów sprzedażowych — podkreśla szef spółki. W pierwszym kwartale PZU zebrało ze składek 4,3 mld zł, o 9 proc. więcej niż przed rokiem, i miało 822 mln zł zysku netto (wzrost o 4 proc.).
— Jeśli odejmiemy wydarzenia jednorazowe, które wpłynęły dodatnio na nasz zysk rok temu, to w pierwszym kwartale wynik wzrósł o ponad 30 proc. — podkreśla Andrzej Klesyk.
Jego zdaniem, spółka ma przed sobą dobry rok. Co prawda dynamika wzrostu przypisu składki będzie słabsza od odnotowanej w pierwszym kwartale (wpływ na nią miały m.in. sprzedaż polis dla szpitali oraz dobry początek roku w polisach korporacyjnych), mimo to jednak spółka rośnie nadzwyczaj szybko. Natomiast jeśli chodzi o rentowność, to ma być tylko lepiej.
— Zysk grupy w 2012 r. powinien być nieco lepszy niż w 2011 r., pod warunkiem że nie dojdzie do wybuchu kryzysu finansowego — mówi Przemysław Dąbrowski, członek zarządu PZU ds. finansów.
— Poprawa wyniku przez PZU w pierwszym kwartale była oczekiwana ze względu na dobrą sytuację na giełdzie. Rynek liczy, że wyniki za cały rok będą lepsze od ubiegłorocznych, które popsuło załamanie na rynkach w trzecim kwartale — ocenia Kamil Stolarczyk, analityk Espirito Santo.
W tym kryształowym obrazie jest jednak poważna rysa: ubezpieczenie rolnicze. W pierwszym kwartale tego roku kosztowały one PZU 90 mln zł (o tyle niższy był zysk brutto). To skutek marcowych mrozów, które spowodowały wymrożenie znaczącej części upraw i konieczność wypłaty znaczących odszkodowań. Nie pierwszy raz zakład traci na tej linii biznesowej. Dlatego też Andrzej Klesyk ma dosyć dokładania do nierentownego produktu i grozi jego likwidacją.
— Nie jesteśmy instytucją charytatywną. Obecny kształt systemu obowiązkowych ubezpieczeń upraw nie spełnia naszych wymagań i musi zostać zmieniony. W innym przypadku wycofamy się z tej linii produktowej — twierdzi szef PZU.
Głównym powodem strat jest blokowanie możliwości podniesienia cen przez rządowe dopłaty. Obowiązują one, tylko jeśli stawka polisy nie jest większa niż 6 proc. wartości ubezpieczonych upraw. Wycofanie się PZU, które kontroluje 70-80 proc. rynku obowiązkowych polis rolniczych, mogłoby skończyć się likwidacją tego systemu, bo nie ma firm, które wzięłyby na siebie ciężar sprzedaży nierentownego produktu.
— Od samego początku istnienia systemu obowiązkowych ubezpieczeń upraw, czyli od 2006 r., branża do niego dopłaca. W ubiegłym roku sytuacja była zła, w tym jest krytyczna — mówi Konrad Rojewski, szef podkomisji ubezpieczeń rolnych w Polskiej Izbie Ubezpieczeń.
Obecnie trwają negocjacje z resortem rolnictwa na temat zmian w systemie obowiązkowych polis rolniczych. Wśród rozwiązań, które są brane pod uwagę, jest m.in. uniezależnienie stawek od dopłat czy partycypacja budżetu w odszkodowaniach.
Ten rok w polisach rolniczych jest najgorszy w historii — tak na łamach „Pulsu Biznesu” na początku kwietnia skarżyły się towarzystwa ubezpieczeniowe. Jednak wówczas mówiły o podwyżkach, a nie o wycofywaniu się z tego rynku.