Od kultowej wyborczej niedzieli 4 czerwca 1989 r. upłynęło już/dopiero 37 lat. Taka rocznica to liczba pierwsza, żaden jubileusz, chociaż w tym roku wypada akurat w Boże Ciało, zatem w kalendarzu trafia się kartka czerwona. Zapożyczając frazę od Jana Pawła II — tamtego dnia naprawdę we współczesnej Polsce wszystko się zaczęło. W kontraktowych wyborach parlamentarnych zdumiewające zwycięstwo odniosła drużyna Komitetu Obywatelskiego Solidarność przy Lechu Wałęsie — czarno-białe zdjęcie kandydata z legendarnym noblistą dawało mandat. Jego drużyna zdobyła — w dwóch turach, jako że 18 czerwca odbyła się w części jednomandatowych okręgów dogrywka — komplet 161 mandatów wolnorynkowych w 460-osobowym Sejmie (pozostałe 299 na mocy kontraktu trafiły do partii PRL-owskich) oraz aż 99 foteli w odtworzonym i rzuconym w pełni na polityczny rynek 100-osobowym Senacie. Głębokim szokiem dla dotychczasowych władców stał się upadek 35-osobowej tzw. listy krajowej do Sejmu, czyli wierchuszki PRL, z której weszło dość szczęśliwie tylko dwóch kandydatów, notabene profesorów.
W następstwie czerwcowych wyborów upadła Polska Rzeczpospolita Ludowa. Co prawda Wojciech Jaruzelski jeszcze został wybrany przez kontraktowe Zgromadzenie Narodowe na prezydenta PRL (jako jedyny w dziejach z takim tytułem), ale po pół roku niemal w biegu podpisywał przywrócenie od sylwestra 1989 r. nazwy Rzeczpospolita Polska, zaś kilka miesięcy później ogłosił rezygnację. Staliśmy się w naszej części Europy pierwszą kostką domina, która od lata 1989 r. uruchomiła przewracanie się kolejnych i podczas tzw. jesieni ludów szybko rozsypał się cały obóz moskiewski. Dlatego 4 czerwca 1989 r. to niekwestionowana data powtórnego odzyskania przez Polskę niepodległości, powojenny odpowiednik równie symbolicznego 11 listopada 1918 r.
Trudno pojąć, dlaczego taki przełom nie uzyskał ustawowo statusu święta państwowego. Absolutnie nie chodzi o jeszcze jeden dzień wolny od pracy. W Polsce laby już wystarczy. Pozostając dniami roboczymi, rangę ustawową mają np. Narodowy Dzień Zwycięstwa 8 maja, Narodowy Dzień Powstań Śląskich 20 czerwca czy Narodowy Dzień Pamięci Zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego 27 grudnia. Niestety, 4 czerwca tylko niską prawnie uchwałą Sejmu uhonorowany został w 2013 r. jako Dzień Wolności i Praw Obywatelskich. Wtedy wszystkie karty w grze trzymali Donald Tusk z Bronisławem Komorowskim i nie da się wytłumaczyć nieprzeprowadzenia przez nich tak prostej ustawy. Tym bardziej że panowała ogólna zgoda i uchwałowy produkt zastępczy przeszedł w Sejmie stosunkiem 405:0 przy 25 wstrzymujących się posłach SLD oraz 30 nieobecnych. Notabene później, w epoce PiS, kultowa data 4 czerwca 1989 r. była demonstracyjnie lekceważona i poniżana, tamta władza, czyli obecna opozycja sztucznie nagłaśnia i czci… upadek najsłabszego w III RP rządu Jana Olszewskiego, który nastąpił również 4 czerwca, tyle że w 1992 r.
Wybory sprzed 37 lat miały gigantyczne znaczenie dla gospodarczych losów Polski. Już od 1 stycznia 1989 r. obowiązywała przełomowa ustawa o działalności gospodarczej autorstwa ministra Mieczysława Wilczka, będąca rzutem na taśmę ostatniego rządu PRL, czyli premiera Mieczysława Rakowskiego. Wspominana do dzisiaj przez biznes z nostalgią przejrzysta ustawa była na początku martwa, dopiero po 4 czerwca powszechne poczucie ponownego odzyskania przez Polaków wolności spowodowało ustawową eksplozję narodowej przedsiębiorczości. W pierwszych latach było bardzo ciężko — szokująca terapia finansowa wicepremiera Leszka Balcerowicza od 1 stycznia 1990 r. rzuciła na głęboką wodę bez kół ratunkowych całe branże i grupy społeczne, które nie umiały pływać. PKB spadł na kilka lat nawet poniżej poziomu z siermiężnej końcówki PRL. Gospodarczego dna sięgnęliśmy podczas krótkich rządów premiera Jana Olszewskiego, który nie był w stanie nawet wnieść do Sejmu projektu budżetu państwa na rok 1992. Jedyny raz uchwalono wtedy na pierwszy kwartał prowizorium, a dopiero po upadku fatalnego rządu udało się przegłosować budżet na cały rok. Na szczęście jednak Polska nie zapukała w dno od spodu — poczynając od 1993 r. rozpoczęło się bardzo mozolne i stopniowe odbijanie się, które pozwoliło realnie myśleć o akcesji do Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) sfinalizowanej w 1999 r., a później o znacznie trudniejszym przystąpieniu w 2004 r. do Unii Europejskiej. Dlatego tytuł tego tekstu należy powtarzać tym głośniej, im częściej dziejowa prawda sprzed 37 lat chowana jest pod dywan i zagłuszana przez bieżący zgiełk polityczny.

