Akcje, obligacje czy złoto? Decyduje PESEL

Partnerem publikacji jest UniCredit
opublikowano: 2026-07-23 20:06

Pierwsze rynkowe doświadczenia i kontekst gospodarczy z czasów wchodzenia w dorosłość kształtują nasze podejście do ryzyka na całe życie, tworząc trwale różniące się generacje graczy giełdowych.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Choć w długim terminie inwestowanie jest rachunkiem prawdopodobieństwa, a teoria finansów traktuje inwestorów jako racjonalnych, analizy pokazują głęboką zależność między momentem wejścia na rynek a percepcją ryzyka. Data urodzenia i okres wchodzenia w dorosłość nie przesądzają wprost o wynikach, ale trwale ustawiają pierwszy odruch wobec rynkowej zmienności. Pierwsze doświadczenia zostają z inwestorem dłużej niż same wykresy i wskaźniki.

– Rok wejścia na rynek zmienia język rozmowy o ryzyku. Osoba, która zaczęła inwestować w latach 2005-2007, inaczej interpretuje słowo „akcje” niż ktoś, kto zaczynał po 2012 r. albo po pandemicznym odbiciu. Historia rynku jest ta sama, ale punkt emocjonalnego odniesienia zupełnie inny – mówi Szymon Karaś zarządzający portfelami w UniCredit.

Matematyka kontra emocje

Z czysto matematycznego punktu widzenia słaby początek może sprzyjać osobie regularnie oszczędzającej, bo niższe ceny pozwalają kupować więcej jednostek. Psychologicznie jednak bolesny start zniechęca do rynku kapitałowego, a wczesna strata przestaje być cyfrą w portfelu – staje się podstawowym skojarzeniem z giełdą.

Symulacje wyraźnie pokazują, jak wielką rolę odgrywa sekwencja zdarzeń. Kto zainwestuje jednorazowo 100 tys. zł na 30 lat, zarobi tyle samo niezależnie od momentu załamania rynku. Spadek o 40 proc. na początku i coroczne wzrosty o 8 proc. przez kolejne 29 lat dają identyczny wynik jak lata wzrostów zakończone tąpnięciem na końcu – w obu przypadkach portfel osiągnie ok. 559 tys. zł.

Sytuacja zmienia się jednak przy regularnych wpłatach. Inwestor wpłacający 12 tys. zł rocznie przez 30 lat (przy średniej stopie 8 proc.) powinien zgromadzić ok. 1,47 mln zł. Jeśli spadek o 40 proc. pojawi się w pierwszym roku, końcowy wynik skurczy się do ok. 1,41 mln zł. Gdyby analogiczny kryzys uderzył w ostatnim roku, w portfelu pozostanie jedynie ok. 816 tys. zł. Mechanizm ten działa jeszcze silniej przy wypłacie środków na emeryturze. Przy portfelu 1 mln zł i wypłatach 50 tys. zł rocznie silny spadek na początku potrafi wyczerpać oszczędności przed upływem trzech dekad, podczas gdy ten sam krach na końcu okresu pozostawia ponad 2 mln zł. Średnia stopa zwrotu nie wystarcza do opisu ryzyka – kluczowa jest kolejność zdarzeń.

– Dla młodego inwestora spadki na początku mogą być bardziej problemem psychologicznym niż finansowym. Dla osoby blisko emerytury ten sam spadek procentowy może istotnie namieszać w planach emerytalnych – mówi Szymon Karaś.

Historia tworzy filtry percepcyjne

Polska giełda narodziła się w 1991 r. wraz z transformacją ustrojową, wymuszając na kolejnych generacjach odmienne lekcje ekonomiczne. Pokolenie urodzone w latach 1955–1965 wchodziło w dojrzałość w świecie kilkusetprocentowej inflacji, co zakorzeniło w nich przekonanie, że bezpieczny portfel opiera się na aktywach realnych: nieruchomościach, ziemi czy złocie.

Roczniki 1966–1975 obserwowały rajd indeksu WIG od 1000 pkt do szczytu na poziomie 67 568 pkt w lipcu 2007 r. (ponad 67-krotny wzrost w 16 lat). Z jednej strony budowało to zaufanie do rynku, z drugiej – euforia na szczytach cyklu kończyła się bolesną weryfikacją wycen. Dla roczników 1976–1985 formującym doświadczeniem stał się kryzys z 2008 r., gdy WIG stracił od szczytu z 2007 r. do dołka w 2009 r. aż 68 proc. Ich pierwsza lekcja pokazała, że w kilka kwartałów można stracić połowę oszczędności.

– W Polsce rozmowa o inwestycjach bardzo często zaczyna się od pierwszych doświadczeń. Ktoś pamięta bankructwo PRL-u, ktoś inflację z początku lat 90., ktoś gorączkę funduszy akcyjnych kupionych w 2007 r., ktoś zamieszanie wokół OFE. To nie są anegdoty. To są filtry, przez które inwestor czyta ryzyko – mówi Szymon Karaś.

Roczniki 1986–1995 wchodziły na rynek po kryzysie, w erze niskich stóp i cyfryzacji finansów. Zwykłe lokaty dawały niewiele, a technologia otworzyła dostęp do ETF-ów i spółek z USA, przesuwając punkt ciężkości z Warszawy do Nowego Jorku. Najmłodsze pokolenie (1996–2005) otrzymało natomiast rynek w wersji przyspieszonej: krach pandemiczny w 2020 r., skok inflacji, przecenę obligacji w 2022 r., hossę sztucznej inteligencji oraz kryptowaluty. Młodzi gracze w kilka lat zobaczyli zjawiska, na których poznanie starsze generacje potrzebowały dekad.

– To jeden z najtrudniejszych błędów: pomylić własne pierwsze doświadczenie z prawem rynku. Kto wszedł w dołku, może przecenić łatwość inwestowania. Kto wszedł na szczycie, może przez lata omijać akcje. Kto pierwszy raz zarobił na modnym sektorze, może uznać koncentrację za strategię. Kto pierwszy raz stracił na funduszu akcji, może uznać dywersyfikację za pusty slogan – mówi Szymon Karaś.

Traumatyczne zakotwiczenie

To zjawisko znajduje silne uzasadnienie w finansach behawioralnych. Ulrike Malmendier i Stefan Nagel w badaniu „Depression Babies” wykazali, że rynkowe szoki z młodości trwale obniżają późniejszą skłonność do ryzyka. Inwestorzy wchodzący na rynek podczas głębokich bess przez resztę życia trzymają mniej akcji, ignorując premię za ryzyko. Wpisuje się to w teorię perspektywy Kahnemana i Tverskiego – strata boli przeciętnego człowieka od 2 do 2,5 raza mocniej niż analogiczny zysk. Jeśli zdarzy się na początku drogi, wywołuje traumatyczne zakotwiczenie, odcinające od giełdy na lata. Dodatkowo, jak pokazali Greenwood i Shleifer (2014), oczekiwania inwestorów są silnie procykliczne i bazują na ostatnich kilku latach, co potęguje bańki spekulacyjne i rozchwianie wyników.

Partnerem publikacji jest UniCredit