- Mam inwestorów z całego kraju i świata. Jedna Litwinka właśnie
kupiła drugi dom – mówi reporterowi CNN jeden z założycieli Urban Detroit
Wholesalers, spółki kupującej hurtem tanie domy, by je odsprzedać lub wynająć.
Dużo bardziej rozrzutny był pewien Kalifornijczyk, który kupił w Detroit 178 nieruchomości. Wiele nie wydał, bo za większość domów zapłacił niespełna 10 tys. USD. Ogólnie, średnia cena domu w Detroit spadła już od szczytu o jedną trzecią do 80 tys. USD, ale to właśnie sprzedaż najtańszych radykalnie rośnie (ilościowo, o jedną czwartą w ciągu roku).
Kupcy inwestują długoterminowo – na 5-10 lat. Liczą na przyzwoite wpływy z najmu i odbicie cen za kilka lat. Wielu kupuje domy i celowo wynajmuje je najbiedniejszym. Tych ostatnich obejmuje federalny program pomocy. Rząd finansuje cześć czynszu i w ten sposób właściciel może spokojnie liczyć nawet na 1200 USD miesięcznie za dom z trzema sypialniami. Zakup nieruchomości może się więc szybko zwrócić.
Wielu Amerykanów, którzy kilka lat temu kupowali domy, teraz może pozwolić sobie jedynie na wynajem. Stawki czynszu więc rosną. W ten sposób rynek stopniowo powraca do równowagi. Sygnały powrotu do rozsądnych wycen nieruchomości płyną m.in. z prostego wskaźnika, który przypomina giełdowy cena/zysk. Oto, jak wygląda historyczna średnia relacja ceny nieruchomości do rocznego dochodu brutto z jej wynajmu, przedstawiona na stronie businessinsider.com.

Domy są więc, w oparciu o ten wskaźnik, najtańsze od początku dekady. Oczywiście, nie gwarantuje to, że na rynku nieruchomości mamy już dno. Rynki lubią bowiem przesadzać także przy niedowartościowaniu aktywów.
Innym sygnałem, że najgorsze już za USA, jest wskaźnik przedstawiający, na jakie wydatki mieszkaniowe Amerykanie mogą sobie pozwolić (uwzględniając zarobki i ceny). Jest on najwyższy od 40 lat. Niestety, relacja przedstawiona na wykresie jest trochę myląca, bo część potencjalnych kupców ma kłopoty ze spłatą obecnych kredytów hipotecznych (zaciągniętych przy wyższych niż obecnie cenach).

Nie wszystkie grafy uzasadniają jednak optymizm Amerykanów. Spójrzmy na wykres przygotowany przez Roberta Shillera z Pragmatic Capitalist. Przyrównał on załamanie branży w USA do sytuacji w Japonii, gdzie załamanie trwało 15 lat. Wykresy są bardzo podobne (gruba, niebieska linia to indeks cen nieruchomości w 10 największych miastach USA; róż dotyczy Tokio w latach 1977-1998, a zieleń Osaki w tym samym okresie).

Wniosek? Rynkowi, od którego zaczął się globalny kryzys, ciągle jeszcze daleko do normalności.
