Bałtyckie ryby odpłynęły w siną dal

Rybacy narzekają na chude dorsze, a przetwórcy ryb — na brak surowca i zmarnowane limity. Szacują straty w eksporcie na 30 mln EUR

Przetwórcy apelują do rybaków o większe połowy, a bałtyccy rybacy — zamiast łowić — protestują. W poniedziałek poszło o dorsze. Zdaniem protestujących, obowiązujący w UE system połowów doprowadził do katastrofy ekologicznej w bałtyckiej populacji. Dorszy jest mało i są bardzo chude. — Ze 100 siatek na Aukcji Rybnej w Ustce [lokalne centrum tzw. pierwszej sprzedaży ryb — red.] wyciąga się zaledwie 50 kg dorszy. Taki połów nie pokrywa kosztów wyjścia w morze — twierdzi Bogdan Młyński, prezes Krajowej Izby Producentów Ryb z Ustki (KIPR).

RYBA PO BRUKSELSKU: Parlament Europejski, który niedawno zajmował się rybołówstwem, odrzucił m.in. propozycję wsparcia dla budowy łodzi, przegłosował dopłaty do nowych silników i częściowe zaprzestanie połowów. [FOT. FORUM]
Zobacz więcej

RYBA PO BRUKSELSKU: Parlament Europejski, który niedawno zajmował się rybołówstwem, odrzucił m.in. propozycję wsparcia dla budowy łodzi, przegłosował dopłaty do nowych silników i częściowe zaprzestanie połowów. [FOT. FORUM]

Rybacy twierdzą, że jedną z przyczyn jest niewystarczająca ilość szprotów i śledzi, stanowiących główny pokarm dorszy. Brakuje ich, bo — jak twierdzi branża rybna — są wyławiane na paszę i mączkę rybną. Opinie naukowców na temat tej zależności nie są zgodne — niektórzy twierdzą, że nie występuje. Komunikat w tej sprawie wydał również Kazimierz Plocke, sekretarz stanu w resorcie rolnictwa odpowiedzialny za rybołówstwo. Powołując się na badania naukowe Międzynarodowej Rady Badań Morza (ICES), przyznaje, że szproty, które są naturalnym pokarmem dorszy, przeniosły się w północny rejon morza, dorsze zaś za nimi nie podążyły.

(K)ość niezgody

Protestujący rybacy przedstawili pięć postulatów. Pierwszy — pilne spotkanie z Kazimierzem Plockem, wiceministrem rolnictwa, i Marcinem Korolcem, ministrem środowiska — częściowo został już zrealizowany.

Drugi dotyczy natychmiastowego zaprzestania tzw. połowów paszowych na Bałtyku (czyli wyławiania ryb z przeznaczeniem na paszę). Rybacy domagają się też przeprowadzenia rzetelnych badań dotyczących przyczyn chudnięcia dorszy, wprowadzenia mechanizmów, które zapewnią ekonomiczną opłacalność ich połowu (np. dopłat do paliwa) i ograniczenia wielkości jednostek łowiących na Bałtyku. Rezultat jest taki, że przetwórcom brakuje surowca.

— Z 20 tys. ton limitu połowu dorszy, który przysługuje nam rocznie, w 2012 r. zostawiliśmy w morzu 6 tys. ton, co oznacza utopienie 30 mln zł. W tym roku jest jeszcze gorzej. Po ośmiu miesiącach do wykorzystania pozostaje 14 tys. ton limitu. Rybacy są w stanie wyłowić jeszcze około 4 tys., co oznacza, że zmarnujemy kolejne 10 tys. ton dorszy, czyli 50 mln zł. Tymczasem przetwórcy czekają na surowiec — mówi Jerzy Safader, prezes Polskiego Stowarzyszenia Przetwórców Ryb (PSPR). Jego zdaniem, problemy z surowcem są wynikiem braku urynkowienia sektora i złego zarządzania. Kwoty połowowe przydzielone są nieracjonalnie — właściciele mniejszych kutrów nie są w stanie wykorzystać swoich kwot, a większym ich brakuje.

— Połowy ryb to działalność gospodarcza, a więc musi podlegać prawom ekonomii — podkreśla prezes PSPR. Obecnie — jak zaznacza Bogdan Młyński — przynosi straty. On również narzeka na limity połowowe.

— Moc połowowa naszych jednostek jest dwa razy wyższa niż przyznane limity. Są takie wydajne dzięki modernizacji, która była możliwa dzięki unijnym funduszom. Jednocześnie wskutek polityki UE nie jesteśmy w stanie tego wykorzystać. Branża rybacka niewątpliwie potrzebuje konsolidacji i ograniczenia liczby jednostek połowowych — twierdzi prezes KIPR.

Tymczasem Jerzy Safader apeluje do resortu rolnictwa o zmianę zasad zarządzania zasobami ryb i podejścia — z „politycznego” na „ekonomiczne”. Domaga się też „urynkowienia” działalności rybaków. Na środę w ministerstwie rolnictwa zaplanowano spotkanie z przedstawicielami branży.

Mimo tych problemów jesteśmy siódmym pod względem wielkości przetwórcą ryb w UE.

— Niewykorzystane limity połowowe z lat 2012-13 to na poziomie przetwórstwa 6 tys. ton gotowych produktów, co przekłada się na około 30 mln EUR straty w eksporcie. Zabijamy biznes rybny, bo musimy kupować drogi surowiec z zagranicy. Polscy przetwórcy zaopatrują się poza krajem w 90 proc. surowca — dodaje Jerzy Safader.

Kariera a'la łosoś

W ostatnim roku ryby znacznie podrożały, wzrosły więc również ceny produktów gotowych. W rezultacie Kowalski, który je niewiele ryb, zjadł ich jeszcze mniej. — Statystyczny Polak konsumuje 12 kg ryb rocznie, a Niemiec — 25 kg. Żeby spożycie wzrosło, ryby muszą być tańsze — twierdzi Kazimierz Kustra, prezes Seko.

Jego zdaniem, sytuację przetwórców pogarsza fakt, że po wejściu do UE dużo zainwestowali w unowocześnienie fabryk i budowę mocy. Teraz, jak wynika z danych PSPR, większość mocy jest niewykorzystana. Pomysł Seko na zwiększenie spożycia to kampania reklamowa. W połowie listopada firma zacznie promować śledzie. Długoterminowym rozwiązaniem są, zdaniem Jerzego Safadera, inwestycje w akwakulturę (czyli hodowlę ryb w kontrolowanym środowisku wodnym). Taką hodowlę tilapii prowadzi w Polsce pod Płońskiem spółka Global Fish. Jerzy Safader uważa jednak, że powinniśmy postawić na pstrągi.

— Pstrąg może zrobić w Europie karierę podobną do łososia norweskiego, zwłaszcza że to ryba z rodziny łososiowatych. Dzisiaj produkujemy ich 17 tys. ton w skali roku. Jesteśmy w stanie sprzedać kilka razy więcej. Ponadto zwiększenie produkcji pstrągów w stosunku do łososi spowoduje wzrost podaży, a więc również spadek cen — mówi prezes PSPR. [PAP]

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Rolnictwo / Bałtyckie ryby odpłynęły w siną dal