Bankowy egzamin był zbyt łatwy

Marek Wierciszewski
opublikowano: 2011-07-19 00:00

W poniedziałek od rana na europejskich parkietach mocno wyprzedawano akcje sektora finansowego.

Zamiast uspokoić inwestorów, wyniki testów wytrzymałości banków zasiały na rynkach dodatkową niepewność

W poniedziałek od rana na europejskich parkietach mocno wyprzedawano akcje sektora finansowego.

Nadzieje, że publikacja oficjalnych wyników testów przywróci zaufanie inwestorów do sektora, zawiodły. Było odwrotnie. Na podstawie upublicznionych danych swoje, mniej różowe, scenariusze rozrysowali analitycy banków inwestycyjnych. Europejskiemu Nadzorowi Bankowemu (EBA), twórcy oficjalnego raportu, zarzucano zbytnią pobłażliwość dla instytucji.

Fala wyprzedaży

Spokojna piątkowa reakcja rynków finansowych na wyniki stress-testów okazała się ciszą przed burzą. Już w poniedziałek poranna gwałtowna wyprzedaż sprowadziła kursy banków należących do paneuropejskiego indeksu STOXX 600 w dół o 1,9 proc.

Choć napór niedźwiedzi później nieco zelżał, to jednak spadki sprowadziły notowania banków najniżej od kwietnia 2009 r. To sprawiło, że straty na akcjach europejskich pożyczkodawców sięgnęły od lutowego szczytu 26 proc. Ostrożnie o możliwości poprawy nastrojów wypowiadali się analitycy.

— Rynki w dalszym ciągu powinny skupiać się na wypłacalności krajów europejskich. Dopóki nic się nie wyjaśni w tej sprawie, dopóty — naszym zdaniem — nie ma większych szans na poprawę sytuacji w sektorze — komentował Carlo Mareels, analityk kredytowy banku inwestycyjnego RBC Capital Markets.

Wysokie wymagania

Negatywna reakcja rynków szczególnie rzucała się w oczy na tle pozytywnego wydźwięku raportu EBA. Testom nie sprostało zaledwie osiem banków. Będą one musiały podnieść kapitały o jedyne 2,5 mld EUR, kwotę, która jest drobnostką na tle oczekiwań niektórych analityków.

Nerwowa reakcja rynku wywołana została przez analityków niezależnych instytucji, którzy wzięli pod lupę dane udostępnione przez nadzór. Wynikało z nich czarno na białym, że założenia przyjęte przez nadzór są zbyt łagodne.

"Testy nie odzwierciedlają rzeczywistości" — napisali w raporcie analitycy banku Societe Generale pod przewodnictwem Hanka Calenti’ego.

Głównym zarzutem było to, że sprawdziany nie uwzględniły skutków restrukturyzacji zadłużenia zagrożonych krajów. Pesymiści zwracali uwagę na podobieństwo do zeszłorocznych testów. Wówczas nakazano bankom podniesienie kapitałów o jedyne 3,5 mld EUR. Zaledwie kilka miesięcy później do nacjonalizacji dużej części sektora bankowego zmuszona została Irlandia.

Analizy straszą

Analitycy prześcigali się w szacunkach wartości koniecznego dofinansowania instytucji. Ponurą wizję roztoczył przed inwestorami bank Goldman Sachs, który w swoim scenariuszu założył restrukturyzację długu włoskiego i hiszpańskiego.

— Przy 10-procentowej redukcji zadłużenia Włoch i Hiszpanii poniżej 5-proc. progu spadłby kapitał podstawowy 27 banków — wynika z raportu amerykańskiego banku inwestycyjnego.

Gdyby tak liczna grupa instytucji finansowych znalazła się w tarapatach, rynki odczułyby to bardzo mocno. Według scenariusza Goldman Sachs banki musiałyby szukać kapitałów wartych 30 mld EUR, ponad 10-krotnie więcej, niż wynikałoby z analizy Europejskiego Nadzoru Bankowego.

"Znacznie bardziej prawdopodobna od emisji nowych akcji jest wyprzedaż należących aktywów" — piszą w raporcie analitycy banku Societe Generale.

Miliardowe braki

Jeszcze bardziej krytyczny od Goldman Sachs okazał się bank JP Morgan, który zbadał odporność 27 instytucji. Z tej grupy wyznaczony na 7 proc. próg kapitału podstawowego pokonała zaledwie co czwarta instytucja finansowa. Dlatego bank zalecił inwestorom przeważanie banków amerykańskich kosztem europejskich.

Nastroje dodatkowo podgrzał HSBC, który zalecił inwestorom kupowanie zabezpieczenia przed niewypłacalnością czołowych banków Europy: niemieckiego Deutsche Banku, szwajcarskich UBS oraz Credit Suisse. Jak ponadto zauważają analitycy banku, testy obnażyły słabą kondycję Societe Generale, Commerzbanku oraz Unicredit.

Z analityków najważniejszych instytucji powszechnemu pesymizmowi nie poddali się jedynie specjaliści Bank of America. Ich zdaniem ostatnia przecena sprawiła, że wyceny w sektorze bankowym stały się atrakcyjne. Bank pozytywnie ocenił zwłaszcza banki skandynawskie, które w testach wypadły relatywnie najlepiej.

Frank buduje siłę na kryzysie

Notowania franka z hukiem przebiły wczoraj 3,5 zł. Kurs EUR/CHF dąży do parytetu.

Obawy, że kryzys w strefie euro będzie się rozszerzać, sprawiły, że w poniedziałek inwestorzy znów kupowali masowo franki szwajcarskie, walutę uważaną za najbezpieczniejszą lokatę kapitału.

— Frank jeszcze długo pozostanie silną walutą, bo kryzys nie skończy się z dnia na dzień — twierdzi Sebastian Galy, strateg walutowy banku Societe Generale.

Do lokowania funduszy w walucie Szwajcarii zachęca nadwyżka na rachunku bieżącym tego kraju. Oznacza ona, że Helweci nie tylko nie muszą polegać na obcym kapitale, by finansować deficyt, ale to na nich muszą polegać kraje znajdujące się w mniej korzystnej sytuacji. Na korzyść franka przemawiają także zaledwie 3-procentowe bezrobocie oraz bliskie więzi z Niemcami, które odbierają 20 proc. eksportu.

W ciągu ostatnich 12 miesięcy frank był najmocniejszą z głównych walut. Względem koszyka umocnił się o prawie 17 proc. Dzięki temu szwajcarska waluta jest już najdroższa ze wszystkich głównych walut na świecie. Jak wylicza OECD, pod względem parytetu siły nabywczej wartość jest zawyżona w stosunku do euro o 38 proc., podczas gdy względem dolara waluta alpejskiego kraju jest przewartościowana aż o 46 proc. Część ekspertów obawia się, że to nie koniec rajdu franka.

— Wygląda na to, że frank zrówna się pod względem wartości z euro — ocenia John Taylor, amerykańskiej firmy doradczej FX Concepts.