Bez zmian zyskóww hazardzie nie będzie

Przepisy sprzyjają rozwojowi szarej strefy, a budżet traci na nich miliony — twierdzą bukmacherzy

Rozpoczynające się za dwa tygodnie piłkarskie mistrzostwa świata będą okresem żniw dla firm bukmacherskich na całym świecie — i dla tych hazardzistów, którzy prawidłowo wytypują zwycięzców. Polskie firmy z branży wiedzą jednak, że żniwa nie będą tak obfite, jak mogłyby być — gracze znad Wisły wolą zostawiać pieniądze nie u nich, ale u zagranicznych bukmacherów, oferujących zakłady przez internet.

— Nie jesteśmy w stanie skutecznie konkurować z ich ofertą, bo jako legalni, zarejestrowani w Polsce bukmacherzy płacimy bardzo wysokie podatki i, jeśli mamy wykazywać jakieś zyski, nie możemy oferować tak atrakcyjnych stawek. To tak, jakby obok stacji Orlenu ktoś otworzył konkurencyjny punkt i sprzedawał paliwo dwa razy taniej, nie płacąc żadnych podatków — mówi Mateusz Juroszek, prezes STS.

Wołanie o zmiany

Eksperci branżowi i bukmacherzy w tym tygodniu debatowali w Krajowej Izbie Gospodarczej (KIG) o tym, „jak zwiększyć wpływy do budżetu i zmniejszyć szarą strefę”. Zgodnie z szacunkami firmy konsultingowej Roland Berger, aż 91 proc. pieniędzy, obstawianych przez Polaków u internetowych bukmacherów, trafia do nielegalnych na polskim rynku firm. Cała branża warta jest ok. 5 mld zł, ale jej legalna część — zaledwie 195 mln zł.

— Te statystyki są dowodem daleko posuniętej patologii. Jest dla mnie tajemnicą, dlaczego resort finansów jest tak opieszały w rozwiązywaniu problemu hazardowej szarej strefy, skoro w innych krajach unijnych są przykłady skutecznych rozwiązań. Jeśli mamy do czynienia z ewidentnym przestępstwem, trzeba z tym szybko i radykalnie walczyć — mówi Andrzej Arendarski, prezes KIG.

Przedstawiciele resortu finansów — mimo zaproszenia — nie pojawili się na debacie. Tymczasem eksperci Rolanda Bergera przygotowali nowe scenariusze rozwoju branży do końca dekady, gdyby władze zaakceptowały choć część postulatów branży bukmacherskiej. Oparli je na rozwiązaniach stosowanych w innych krajach Unii Europejskiej.

Dziś bukmacherzy płacą 12-procentowy podatek od obrotu — jeden z najwyższych na kontynencie. Roland Berger szacuje wpływy z niego do 2020 r. na 218 mln zł. Jak można je zwiększyć? Pierwszym sposobem jest wprowadzenie administracyjnych blokad stron zagranicznych bukmacherów.

Takie rozwiązanie funkcjonuje dziś w 13 krajach unijnych, ale Jacek Kapica, wiceminister finansów, jeszcze w lutym mówił, że nie jest ono brane pod uwagę, bo „nie ma przyzwolenia społecznego na blokowanie treści w internecie”. Tymczasem zgodnie ze zleconym przez bukmacherów badaniem Millward Brown akceptuje to ponad 75 proc. badanych. Według Rolanda Bergera, wprowadzenie blokad zwiększyłoby wpływy budżetowe do końca dekady do nawet 738 mln zł.

— Blokowanie nielegalnych stron jest teoretycznie możliwe, choć trzeba pamiętać, że „po drugiej stronie” pracują sztaby ludzi, dla których obejście takich zabezpieczeń nie będzie problemem. Należy jednak próbować i składać w tej sprawie wnioski do UKE — mówi Stefan Kamiński, prezes Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji.

Podatkowy spór

Drugi scenariusz zakłada brak blokad, ale zmniejszenie podatku obrotowego z 12 do 5 proc. Tyle wynosi on na Słowacji. Według szacunków, zwiększyłoby to wpływy do 644-738 mln zł — i radykalnie zmniejszyło szarą strefę, do ok. jednej trzeciej rynku. W trzecim scenariuszu — zamiast obrotu — opodatkowane byłyby realne przychody bukmacherów — tzw. GGR, czyli wpłacone przez klientów stawki pomniejszone o wypłacone im wygrane. Przy podatku od GGR na poziomie 20 proc. wpływy budżetowe do 2020 r. miałyby sięgnąć nawet 997 mln zł.

Nikt nie wróci

Czy wprowadzenie zmian w opodatkowaniu rzeczywiście mogłoby przyciągnąć na polski rynek zagranicznych bukmacherów? Ladbrokes, notowany na giełdzie w Londynie jeden z największych i najstarszych operatorów bukmacherskich na świecie, zapewnia, że chętnie wróciłby na polski rynek, na którym miał epizod tuż przed wprowadzeniem nowych przepisów hazardowych. Teraz jednak nie ma na to szans.

— Dziś to się zupełnie nie kalkuluje — obciążenie podatkowe jest zbyt wysokie, a budować rozpoznawalność i zdobywać klientów można tylko poprzez drogą i trudną budowę sieci stacjonarnej albo przez sponsoring klubów piłkarskich, który jest jeszcze droższy — mówi Michał Kopeć, menedżer ds. rozwoju międzynarodowego w Ladbrokes.

Według niego, sytuacja byłaby inna, gdyby Polska podążyła ścieżką wydeptaną przez Duńczyków, którzy dwa lata temu zmienili stawkę podatkową na 20 proc. od GGR.

— To sprawiło, że większość zagranicznych operatorów postarało się tam o licencję i dziś szara strefa to mniej niż 10 proc. rynku — mówi Michał Kopeć. Eksperci podkreślają, że już dziś państwo mogłoby aktywnie walczyć z szarą strefą, ale się do tego nie kwapi.

— W Czechach niedawno ukarano gracza korzystającego z nielegalnych serwisów grzywną w wysokości — w przeliczeniu — 130 tys. zł. W Polsce użytkowników takich serwisów można karać na podstawie ustawy hazardowej i kodeksu karnego skarbowego, ale w praktyce są oni bezkarni. Nikt nie stosuje u nas kija, nikt nie stosuje też marchewki — czyli ułatwień dla branży, które mogłyby zachęcić firmy z szarej strefy do zalegalizowania działalności — mówi Konrad Łabudek ze Stowarzyszenia Pracodawców i Pracowników Branży Bukmacherskiej, reprezentujący notowaną na GPW Fortunę.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcel Zatoński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Bez zmian zyskóww hazardzie nie będzie