Beztroska na nieznanym terenie

Małgorzata Ziębińska
27-03-2009, 00:00

Znam osobę, która wciąż diagnozowała u siebie nowotwór. Oczywiście, sama diagnozowała i oczywiście na podstawie wiedzy internetowej. Szczęśliwie, wiedziona strachem, trafiła do onkologa, który wykluczył nowotwór, za to zalecił kontakt z psychiatrą.

Zaczęłam przyglądać się temu zjawisku dokładniej, kiedy córka mojej znajomej poczuła się gorzej. Pojawiały się różne niepokojące objawy fizyczne i w dość krótkim czasie jej stan się pogorszył. Pierwsze, co nastolatka zrobiła, to przeszukała wszelkie internetowe fora dyskusyjne w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, co jej właściwie jest. Zidentyfikowała objawy poważnej choroby, co przestraszyło ją na tyle, że te się nasiliły. I choć przeprowadzone wkrótce badania wykluczały chorobę, jaką sobie "znalazła", to fora podawały informacje o wyjątkach od wyjątków, ukrytych objawach, wczesnych stadiach uniemożliwiających potwierdzenie choroby w konkretnych badaniach.

Dziewczyna czuła się coraz gorzej, wpadając w pętlę paniki. Jej mama i ja prosiłyśmy, żeby przestała opierać się na takich źródłach informacji, skoro żaden lekarz nie potwierdził niczego z jej przypuszczeń. Bez skutku.

Minęło trochę czasu, kiedy znajomy zaniepokojony stanem swojej żony zapytał mnie, na co wskazują objawy i czy to może być zaburzenie określane mianem zespołu maniakalno-depresyjnego. Kiedy powiedziałam, że nie można nikogo diagnozować na odległość, odparł, że w takim razie zaopatrzy się w książki i zapisze do forum dyskusyjnego dotyczącego tego zaburzenia. Odradzałam, podkreślając rolę psychiatry w diagnozowaniu i manowce, na jakie może zejść osoba niekompetentna. Usłyszałam, że przecież lekarze też uczą się z książek...

Niedawno — w związku z projektem nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie — ponownie rozszalała dyskusja o stosowaniu kar cielesnych wobec dzieci. Dało mi to kolejną możliwość obejrzenia tego samego zjawiska pod jeszcze innym kątem.

Wszystkie te sytuacje mają, mimo różnic, wspólny mianownik. Z jednej strony, dostęp do informacji jest właściwie nieograniczony, a w ich poszukiwaniu nie ma ani niczego złego, ani niewłaściwego. Wręcz przeciwnie. Tylko że bezkrytyczne korzystanie z tych informacji może być niebezpieczne. Z drugiej strony — przywołane historie dowodzą, według mnie, braku zaufania do specjalistów, marginalizowania ich roli, kompetencji, umiejętności. Obiegowe opinie, choćby o lekarzach, prawnikach, terapeutach, i pow-tarzane nieustannie przykłady pomyłek, porażek i nadużyć kreują obraz dość przerażający dla odbiorcy.

Pozostaje pytanie, czy rzeczywiście patologia stała się normą, czy raczej mamy do czynienia z pewną niesymetrycznością przekazu? Nie umiem na nie udzielić miarodajnej odpowiedzi, ponieważ potrzeba tu czegoś więcej niż jedynie moich obserwacji. Ale to, co widzę, budzi mój niepokój. O konsekwencje. Wiem, ile czasu trzeba poświęcić, by uznać się za osobę kompetentną w swojej dziedzinie. Wie to każdy, kto jest profesjonalistą. Wiem, jakie mogą być skutki niefrasobliwego i pozbawionego podstaw merytorycznych korzystania z dostępnych informacji. Znam osobę, która wciąż diagnozowała u siebie nowotwór. Oczywiście, sama diagnozowała i oczywiście na podstawie wiedzy internetowej. Szczęśliwie, wiedziona strachem, trafiła do onkologa, który wykluczył nowotwór, za to zalecił kontakt z psychiatrą.

Kiedy o tym myślę, dochodzę do wniosku, że beztroskim wchodzeniem na nieznany teren można sobie wyrządzić więcej szkody, niż pożytku. Spirala stresu, napięcia i lęku nakręca się sama. Naprawdę trudno poczuć się od tego lepiej. Chcąc sobie pomóc, osiągamy przeciwny rezultat, a ostatecznie często i tak musimy skorzystać z profesjonalnej porady. Choćby po to, żeby się uspokoić albo wyjść z zak-lętego kręgu narastających wątpliwości.

Wiele razy miałam do czynienia z ludźmi, którzy — kiedy już przemogli wewnętrzny opór czy nieufność w kontaktowaniu się ze specjalistą — doznali ulgi i spokoju. Może zatem warto jednak zaufać. Uznać, że lekarz, prawnik, terapeuta czy ktokolwiek, kogo potrzebujemy, zna się na swojej pracy lepiej niż nieprofesjonalni doradcy rozsiani w internecie. Uznać, że nie każdą wiedzę czerpie się wyłącznie z książek. Może warto to zrobić, żeby sobie realnie pomóc, zamiast zaszkodzić. l

Małgorzata Ziębińska:

Może warto jednak uznać, że lekarz, prawnik, terapeuta zna się na swej pracy lepiej niż nieprofesjonalni doradcy rozsiani w internecie. Uznać, że nie każdą wiedzę czerpie się wyłącznie z książek.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Małgorzata Ziębińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Beztroska na nieznanym terenie