Swego czasu w popularnej prasie czytelnikowskiej, dzisiaj nazwalibyśmy ją brukową, obowiązywał swoisty algorytm decydujący o tym, czy temat zasługuje na umieszczenie go na pierwszej stronie gazety czy też nie. Ważnym składnikiem tego równania była liczba trupów w katastrofie kolejowej, morskiej, tajfunie czy podczas trzęsienia ziemi. Ważnym, ale nie jedynym. Istotna była narodowość ofiar, rasa, kolor skóry, a przede wszystkim odległość od Warszawy, Polski. Kilka ofiar w Polsce czy w Europie wypierało na drugą kolumnę nawet kilkaset zabitych w dalekiej Azji czy Ameryce Południowej. Inne to były czasy, nie było wszechobecnego i wszechwładnego Internetu, CNN też była inna. Może cały ten proceder nie był zbyt elegancki, ale skuteczny — algorytm funkcjonował i to bardzo skutecznie.
Próba skonstruowania takiego algorytmu w odniesieniu do Wiesława Kaczmarka, ministra skarbu, i jego zainteresowania poszczególnymi spółkami, w których Skarb Państwa posiada jakieś udziały, jest — wbrew pozorom — znacznie bardziej złożona. Na tyle bardziej, że stawia pod znakiem zapytania istnienie takiego algorytmu. Ale jego brak oznaczałby przypadkowość działań ministra, a w to trudno nam uwierzyć. Zastanówmy się wobec tego, co w takim algorytmie musiałoby się znaleźć:
- wielkość spółki liczona obrotami, udziałem w rynku, zdolnością do kreacji zysku. Tu sprawa jest bardzo prosta i łatwa do zidentyfikowania — im większa spółka, tym większy apetyt ministra na wpływanie na jej losy. To oczywiste.
- pakiet akcji czy udziałów pozostający w dyspozycji Skarbu Państwa. W tym przypadku sprawa jest znacznie bardziej złożona: musiałaby zostać ułożona funkcja uwzględniająca zależność między wielkością spółki a wielkością udziału w niej Skarbu Państwa. Założenie graniczne, jak się wydaje, to 10 procent — poniżej tej granicy Skarb Państwa rezygnuje z wpływania na losy spółki, z drugiej strony jest oczywiście pakiet większościowy — ale wtedy sprawa jest prosta. Sprawę komplikują dodatkowo złożone zapisy umów prywatyzacyjnych i statutów poszczególnych spółek oraz stan zintegrowania bądź skupienia w jednej ręce pozostałych akcji i udziałów.
- determinacja ministra Kaczmarka. I ta ma kluczowe znaczenie.
A ta determinacja, w odniesieniu do odwołanego w piątek Andrzeja Modrzejewskiego, prezesa PKN Orlen, była bardzo duża. Minister parokrotnie wykluczał możliwość współpracy z prezesem Modrzejewskim, od wielu tygodni resort skarbu tworzył koalicję małych akcjonariuszy, którzy poparliby jego wniosek o odwołaniu go. Ostrożności nigdy za wiele, a są jeszcze szczęśliwe zbiegi okoliczności, jak określił to minister Kaczmarek — Modrzejewski, w przeddzień wydarzeń, został zatrzymany i przesłuchany przez UOP. Na przesłuchaniu był również w piątek, w czasie gdy rada nadzorcza pozytywnie opiniowała wniosek o jego odwołanie. Mało tego, w gmachu, gdzie obradowała rada, znalazł się akurat Zbigniew Wróbel z bliskiego sercu ministra Kaczmarka studenckiego układu Ordynacka Street. Zapytano więc go, czy podjąłby trud zarządzania tym największym polskim przedsiębiorstwem paliwowym, bo właśnie zwolnił się fotel prezesa. Widocznie zgodził się.
U góry zamieszczamy wyniki internetowej sondy o koincydencję i kontekst przyczynowo-skutkowy zatrzymania prezesa Modrzejewskiego, który powinien mieć wystarczająco oleju w głowie, żeby wiedzieć, kiedy z posady w Orlenie zrezygnować, tym bardziej że prezesem został nie z rekomendacji renomowanego headhuntera, ale AWS-owskich kadrowców. Najwięcej zwolenników zyskała opinia, że Polska staje się republiką bananową. Nie zamierzam z tym polemizować, ale pytam: a kiedy przestała nią być?