Czerwone cegły opuszczonych fabryk pamiętają czasy Grohmanów, Geyerów, Scheiblerów i Poznańskich, gdy w Łodzi robiło się wielkie geszefty, borgowało, zbijało fortuny, balowało też.
Było-minęło. Po bruku Piotrkowskiej terkotały powozy niemieckich, żydowskich, rosyjskich, angielskich i polskich fabrykantów. Z tamtych czasów pozostały ruiny fabryk, z którymi nie bardzo wiadomo, co zrobić, nagrobki fabrykantów na najstarszym łódzkim cmentarzu przy ul. Ogrodowej i filmowe wspomnienia.
I choć dziś miasto nadal żyje od wypłaty do wypłaty, frustracja powoli zmienia się w nadzieję. Od 2 lat miasto mozolnie zmienia wizerunek — z „czerwonego” i „włókienniczego” na ośrodek nowoczesnych technologii.
Duch lodzermensza
Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic. Razem mamy tyle, w sam raz tyle, żeby zbudować fabrykę — to słynna dewiza z „Ziemi obiecanej” i dziś pasuje do Łodzi, w której duch lodzermensza wciąż żyje. To właśnie owo XIX-wieczne przekonanie, że nie można poddawać się trudnym sytuacjom i ograniczeniom, lecz szukać poprawy w rozwoju przedsiębiorczości, sprawiło, że Łódź raz jeszcze próbuje wykorzystać swą szansę. Według niektórych — ostatnią. Od niedawna widać ożywienie inwestycji, o jakim jeszcze dwa, trzy lata temu nikt nie marzył. Powstają nowe fabryki, montownie, centra logistyczne, call center i infolinie, centra księgowe... Wiele firm właśnie w Łodzi lokuje swe działy informatyczne.
Włoski Merloni chce tu zbudować jedną z najnowocześniejszych w Europie fabryk lodówek i rozbudować fabrykę kuchenek. Giuseppe Parma, dyrektor generalny Merloni Indesit w Polsce sądzi, że niebawem Łódź stanie się największym w Europie Środkowej centrum produkcji sprzętu AGD. Podobnie Bosch Siemens: zapowiedział, że do fabryki pralek i zmywarek dobuduje kolejną. Gillette wyłożyła 10 mln euro w fabrykę golarek (zatrudnia 300 osób). Zamierza zamknąć dwa spore zakłady w Wielkiej Brytanii oraz część w Niemczech i — kosztem 120 mln euro — wybudować nowe w Łodzi.
Centra telefoniczne i infolinie ulokowały w Łodzi banki i firmy telekomunikacyjne. MBank i MultiBank zatrudniają tu prawie tysiąc osób. Call center i infolinie zbudowały Plus GSM, Era, TP, Bank Pekao; AMG.net, Softbank i CK ZETO umieściły zaś swoje działy informatyczne. Niemiecki Holmuller produkuje automaty do wytwarzania płytek drukowanych. Holenderski Royal Philips Electronics otworzył centrum usług księgowych obsługujące ponad 100 jednostek Philipsa w 20 europejskich krajach. I General Electric stworzył tu centrum księgowe. Słoweński Cablex uruchomił montownię akcesoriów elektronicznych do sprzętu AGD. Rossmann — centrum logistyczne. Belgowie z Dossche wybudowali zakład produkcji pieczywa i wyrobów cukierniczych. Zatrudnienie znalazło 60 osób. Duński Amocor Flexibles i francuski Cebal Tuba wytwarzają opakowania.
Jeszcze dłuższa jest lista firm, które planują inwestycje w Łodzi. To firmy angielskie, amerykańskie, włoskie, hiszpańskie, szwedzkie, nawet pakistańska.
W 2003 roku przedsiębiorstwa zagraniczne zainwestowały w Łodzi ponad 150 mln zł i stworzyły ponad 1100 miejsc pracy (planują zatrudnić jeszcze co najmniej 1300 osób). Kilkanaście wielkich firm nabyło w Łodzi ziemię lub postanowiło rozszerzyć działalność — co gwarantuje, że w najbliższym czasie powstanie ponad 5 tys. miejsc pracy.
Nowy tor
Miasto, o którym mówiło się, że jest skazane na ekonomiczną anemię i powolne umieranie, pretenduje do miana atrakcyjnego gospodarczego centrum?
— Nie mamy nic do stracenia, wszystko do zyskania. Dlatego postawiliśmy na radykalną zmianę wizerunku Łodzi — z miasta „tanich tkaczek”, w którym nic się nie udaje w Dolinę Krzemową — miasta przyjaznego inwestorom i sprzyjającego rozwojowi firm z branży najnowszych technologii — mówi obrazowo, choć z pewną przesadą, Jerzy Kropiwnicki, prezydent Łodzi.
Nie tak dawno dziennikarze szacownego „The Times” oglądali stare fabryki, podziwiali robotnicze miasto, zerkali na nowe fabryki. Potem — wspomina Kropiwnicki — zaproponowali prezydentowi wywiad, bo — jak mówili — miastem interesują się zachodni inwestorzy.
— Dwie godziny opowiadałem o mieście, o możliwościach inwestycji, o zapleczu naukowym — licząc, że tym samym zachęcę zagranicznych biznesmenów. Zakończyło się na propozycji reklamy, która miała być — zachęcali — okazją dla miasta, a okazała się zwykłym wyciąganiem pieniędzy. Wywiad się nie ukazał, a brytyjscy dziennikarze pojechali bodajże do Pragi... — mówi Kropiwnicki.
Kropiwnicki, choć uważany za kontrowersyjnego politycznie, jest skuteczny. Za kadencji jego poprzedników w Łodzi powstawały jedynie hipermarkety i stacje benzynowe.
— To dopiero początek — zapowiada Kropiwnicki.
Idzie nowe, stare czeka
— Łodzi jeszcze daleko do krainy mlekiem i miodem płynącej. Nadal jeszcze żyje się tu od wypłaty do wypłaty, choć o pracę trochę łatwiej — studzi nastroje Joanna Ciesielska, która wciąż jeszcze codziennie dojeżdża pociągiem do Warszawy, by o 8.00 zacząć prace w jednym z biur.
Takich jak ona jest w Łodzi wielu. Bezrobocie to przekleństwo miasta, które wiele lat było jedyną dużą polską aglomeracją z tak dużym odsetkiem ludzi bez pracy. To się zmienia, ale i tak co piąty mieszkaniec bezskutecznie szuka zatrudnienia. Z dawnych odzieżowo-włókienniczych sentymentów pozostało niewiele — ot, na przykład nieliczni szyją koszule i spodnie w fabrykach Tatuum, Cottonfield i Olimpii. Inni handlują ciuchami w pobliskim Tuszynie lub prowadzą skromne interesy. Kilkudziesięciu pracuje jako konduktorzy w miejskich tramwajach w ramach programu „Reaktywacja zawodu konduktora — nowym miejscem pracy”. Wielu co miesiąc staje w kolejce po zasiłek. No i Łódź się starzeje. Już dzisiaj ma najniższy w Polsce przyrost naturalny — jeszcze trochę, a przestanie być drugim — po Warszawie — z najliczebniejszych miast w Polsce.
— Pewnie dlatego tu tyle aptek — żartuje Ewa Batnicka, aptekarka.
Rzeczywiście, w Łodzi jest aptek więcej nawet niż w stolicy.
No i politycy, którzy uparli się, by Łódź była „czerwona”... Wielu z tych, którzy kariery tu zaczynali i zasiadają w rządzie lub piastują wysokie stanowiska państwowe, zapomniało o swoim mieście. Łodzianie mają żal — zwłaszcza do Leszka Millera, który kiedyś obiecywał, że wyciągnie Łódź z zapaści, a zamiast tego wpadał przecinać wstęgi i ściskać dłonie.
— Ilekroć miastem zaczynało rządzić nowe ugrupowanie polityczne, tylekroć szukało własnych, spektakularnych rozwiązań, wyrzucając do kosza plany i pomysły poprzedników. I tak wiele lat staliśmy w miejscu — mówi lokalny polityk prawicy.
Przez ostatnią dekadę w urzędzie miasta powstało co najmniej 6 koncepcji rozwoju miasta. Był pomysł, by z Łodzi zrobić sypialnię Warszawy, potem, by Łódź stała się konkurencją dla stolicy, a gdy to nie wypaliło — SLD zaczęło forsować ideę duopolis (oba miasta połączone szybką koleją, drogami i wielkim lotniskiem pomiędzy). Od 2003 roku Łódź wybrała własną drogę.
— Czas zerwać z romantyczną przeszłością i pokazać nową twarz — dodaje Małgorzata Brzezińska, prezes Łódzkiego Klubu Biznesu.
Tym bardziej, że raport międzynarodowej firmy doradczej McKinsey nie pozostawia wątpliwości: w najbliższej przyszłości Polska stanie się kluczowym obszarem dla przedsiębiorstw, przenoszących centra usługowe z krajów Europy Zachodniej, a Łódź — jedną z najlepszych w Polsce okolic do inwestowania.
Wady na zalety
— Bo Łódź ma potencjał, którego próżno szukać w Warszawie. Ludzi. W stolicy nie ma tak wielu młodych, ambitnych, dla których praca w moim banku byłaby wyzwaniem życia, a nie tylko odskocznią w drodze do kariery. Tu, w Łodzi ludzie inaczej traktują pracę, nie ma wyścigu szczurów, są dumni z tego, że robią internetowy bank — tak, jak ich rówieśnicy w Sillicon Valley — opowiada Sławomir Lachowski, twórca banku internetowego mBank.
Cztery lata temu postanowił stworzyć go od podstaw — w Łodzi właśnie. 90 procent pracowników mBanku ma wyższe wykształcenie, średnia wieku to 28 lat.
— Jest ich wielu: młodych, zmotywowanych, znających języki. Przecież Łódź to nie tylko dawne fabryki włókiennicze, lecz jeden z największych w Polsce ośrodków akademickich — zauważa Piotr Ambroziak z agencji interaktywnej Energe21 (2 lata temu przeniosła się z Warszawy do Łodzi).
Fakt, na 10 państwowych i kilku prywatnych studiuje 100 tys. młodych ludzi. Nie bez powodu miasto stało się polską stolicą clubbingu... Gdyby w Palo Alto w Kalifornii nie było Stanford University, może nigdy nie usłyszelibyśmy o Silicon Valley.
— Łódź? Wymarzone miejsce dla logistyki, zwłaszcza po wejściu Polski do Unii. Na mapie to niemal centralny punkt Polski, na przecięciu dwóch strategicznych szlaków komunikacyjnych w Strykowie, z autostradami w Piotrkowie i Tomaszowie, z własnym lotniskiem i szybkim połączeniem z Warszawą — przypomina Krzysztof Apostolidis, prezes zarządu Partner Center, zatrudniającego w centrum logistycznym 58 osób. Właśnie dlatego magazyny i centra logistyczne zbudowały tu szwedzka Ikea (największy w Europie magazyn pod Piotrkowem), francuski Auchan czy niemiecki Rossmann. Rozbudowę sortowni paczek zapowiada firma kurierska Masterlink.
Cokolwiek by mówić: samorządowcy z Łodzi też stanęli na wysokości zadania, potrafiąc dostrzec zalety i szansę miasta i stwarzając dobry klimat dla inwestycji.
— Władze Łodzi bardzo chciały, żeby Philips tu był, zabiegały o inwestycje. I dziś to się czuje. Urzędnicy są otwarci i zaangażowani emocjonalnie w stwarzanie dobrego klimatu dla nowych inwestycji. To dobrze rokuje na przyszłość — mówi Bogdan Rogala, prezes Philips Polska.
Łódź ma opinię miasta, w którym od uściśnięcia ręki prezydenta do inwestycji mija jedna trzecia normy krajowej, czyli kilka miesięcy — a nie kilkanaście.
— Widać, że władza się stara, choć gdy jeszcze ożywienia nie było, raczej nie pomagała... Teraz samorząd robi, co może: obniża stawki podatku od nieruchomości, upraszcza procedury, działa szybko. Oby tylko wykorzystał dobrą passę i nie zmarnował szansy, bo kto wie, czy będzie druga — mówi Wojciech Grabiński z CERI.
Łódź zyskuje również również na „efekcie śnieżnej kuli”.
— Obecność dużych korporacji w Łodzi jest dla miasta najlepszą reklamą. Zdarza się, że niektóre firmy pytają nas o atmosferę do inwestycji w Łodzi. Dajemy jej dobre, bardzo dobre rekomendacje — mówi Rogala.
Piotrkowska, najdłuższy pasaż handlowy Europy. Nie widać łódzkich kompleksów. Schowane są za fasadami świeżo wyremontowanych kamienic. Czerwona Łódź to już mit. Jan Paweł II powiedział kiedyś o niej, że jest jak rzodkiewka — z wierzchu czerwona, wewnątrz biała.
No fakt, kolor całkiem zblakł.
