Brzydkie, brzydsze, buty

Karol Jedliński
opublikowano: 2008-10-13 00:00

Z widzenia zna je niemal każdy. Do kupienia w Paryżu, w Tokio i Londynie. Są z Krakowa i są nieładne. Takie buty: niepowtarzalne.

Zgoda. W mniemaniu ogółu: Wenus z Milo to nie jest.— Na tysiąc osób przechodzących tu co godzina 999 powie, że im się nie podobają. Nie pasują do miniówki, garnituru i w ogóle jakieś dziwne są — przyznaje Zbigniew Miszczyk.

Siedzimy w jego niewielkim sklepiku z butami w Krakowie przy Floriańskiej. Przewalają się tłumy. Tędy z Rynku Głównego chodzi się na dworzec, no i przede wszystkim do mekki handlu: Galerii Krakowskiej. Mało kto na wystawę spojrzy, a tym bardziej — wejdzie do środka. A tam buty, jakich nigdzie indziej na świecie nie znajdziesz, choć jeśli jesteś z większego miasta, to pewnie je kojarzysz. Treki. Design mają unikalny. Odlotowy wręcz.

— Sam pomysł jest wart uwagi. Pamiętam, jak chodziłem Chmielną w Warszawie, to się zawsze zatrzymywałem przed witryną z trekami. Widziałem kiedyś podobne u znajomego, który jednak przywiózł sobie takie rękodzieło z Tybetu — przyznaje Maciej Kielman, sławny warszawski mistrz obuwniczy.

Choć początkowo nie kojarzył z nazwy, to po paru słowach opisu od razu sobie przypomniał. Bo o trekach można powiedzieć wszystko, ale nie to, że patrzy się na nie z obojętnością.

Zrobione i zaprojektowane — dość prymitywnie. Wycięta podeszwa z kawałka gumy, szlachetna skóra juchtowa, obszyta na brzegach grubą nicią. Dziurki na sznurówki — i po bucie. Cena: zwykle 200- -300 zł (w zależności od modelu). Są środowiska i osoby, które noszą treki ponad wszystko. Tu brylują szczególnie krakusi z urodzenia lub wyboru. Ci, którzy tu bywają, pracują lub mieszkają, siłą rzeczy znają ten but. Madonna czy Prince go nie noszą.

— Ktoś lepszy. Tomasz Stańko — zdradza Zbigniew Miszczyk.

Geniusz na oponie

I dorzuca kolejne nazwiska: Seniuk, Dymna, Kora, Machalica, Lem, Szczepański. Zapomniał o jednym z redaktorów "Pulsu Biznesu", zafiksowanym na punkcie treków. Pielęgnuje je chyba codziennie. I podkreśla, że Japończycy je lubią.

— Niedawno przyszedł pewien Anglik i powiedział, że nienawidzi tych butów. Ale kupuje już ich dziewiątą parę tego samego modelu, bo nie potrafi się od niego uwolnić — śmieje się Zbigniew Miszczyk, współwłaściciel spółki produkującej treki.

Drugim filarem firmy jest Michał Kowalczuk, bez którego but by nigdy nie powstał. Kawał chłopa. Jak sam mówi, 199 i pół centymetra wzrostu — i ta stopa, od której się wszystko zaczęło. Rozmiar 47.

— W końcówce PRL-u miałem wieczne kłopoty z kupnem wygodnych butów. Kiedy u znajomej zobaczyłem obuwie na oponie przywiezione z Turcji, postanowiłem sam spróbować — przyznaje Michał Kowalczuk.

Z założenia buty młodego absolwenta AGH (kierunek: elektrotechnika i informatyka) miały być ekstrawaganckie. Recepta banalna: zużyte olsztyńskie stomile, choćby od malucha plus fartuchy spawalnicze. Te pierwsze dawały gumę, drugie były robione z naturalnie wyprawianego i szlachetnego juchtu: skóry bydlęcej.

— Tyle że guma okazała się mało trwała. Ale chwyciło wśród znajomych. Na dwóch parach butów zarabiałem tyle, ile w miesiąc jako doktorant w PAN-ie — przyznaje Michał Kowalczuk.

Zbigniew Miszczyk dołączył później, zafascynowany formą, ale też potencjałem biznesowym. Twierdzi:

— Michał w ogóle zdolny jest. Genialny...

Michał Kowalczuk:

— Z tym geniuszem to zbyt barwnie powiedziane. Ale ciągoty w różnych kierunkach mam... Elektronika, ekskluzywne stolarstwo, sztuka, obuwnictwo. Za to gdyby nie głowa do interesów Zbyszka, to raczej treki by już nie istniały — zaznacza.

Dziwactwo w galerii

Początkowo Kowalczuk sprzedawał buty sam, nietypowym kanałem: wystawiał je w galeriach krakowskich, np. u Mariana Gołogórskiego. Eksperymentował. Kiedyś znajoma przyniosła mu zepsute meksykańskie sandały, z powyrywanymi rzemieniami. Michał Kowalczuk postanowił zrobić je po swojemu. Wziął ponad 11-metrowy rzemień i oplótł nim kopyto zamiast przyklejać jego kawałki do podeszwy. Wyszło bardziej pracochłonnie, ale trwalej. Przez lata takie buty trochę "nietrekowe", bo nie z jednego kawałka juchtu, sprzedawały się świetnie.

— To zaplatanie według schematu trwa kilka godzin — opisuje Zbigniew Miszczyk.

Jedziemy do fabryczki, gdzie treki powstają. Gdzieś na obrzeżach Krakowa. Po drodze dosiada się córka Zbigniewa Miszczyka. Urocza 17-latka ani nie myśli zakładać butów od ojca. Nie pasują do młodzieżowej mody. Do tego powiększają optycznie stopę. Ale biznes — w przyszłości — chętnie poprowadzi. Już szlifuje języki obce, by szukać odbiorców na Zachodzie.

— Ech, trzeba do tych butów dorosnąć. Wspólnik ma nieco starsze córki — i one już treki noszą — zaznacza Miszczyk senior.

W ogóle klienta mają specyficznego. Początkowo, gdy marzyły się im treki jako drugie levisy czy IKEA, rozwozili je po całej Polsce. Okazało się, że w miastach poniżej pół miliona mieszkańców — a także na Śląsku — nie sprzedają się. Traktowane jako dziwactwo, niepotrzebny wydatek, niepraktyczne. Choć niesłusznie:

— Bardzo wygodne są. Ja te już trzy lata noszę. Początkowo jucht trochę bywa sztywny, ale jak się dopasuje, jest bosko — przekonuje i już patrzę na jego stopy, gdzie w treku wyraźnie odkształciły się końcówki palców.

Koncern? Manufaktura

Warsztat: kilka niewielkich pomieszczeń gdzieś na krańcu Podgórza, w otoczeniu magazynów warzywnych. W środku bajzel: kopyta, wykrojniki i kawałki skór pakowane w kartony po makaronie. Kalendarz wisi, z poprzedniego roku jeszcze. W zależności od zamówień pracuje tu kilka do kilkunastu osób. Z Treków da się dobrze wyżyć, ale żeby się biznes rozwijał, to niekoniecznie.

— Najtrudniej jest znaleźć sprzedawców. Klienta końcowego — już jakoś łatwiej. Ale nie ukrywam, że do tych butów trzeba cierpliwości. To nie samograj, nie prowadzimy też żadnego marketingu, polegamy tylko na poleceniach kupujących — zaznacza Zbigniew Miszczyk.

Tak było z eksportem do Francji. Po prostu przyszedł klient do sklepu w Krakowie. Wysyłka do Tokio? To Japończyk trafił na sklep z trekami w Paryżu. Łyżeczkę dziegciu (zresztą świetnie impregnującego skóry) dorzuca znany polski biznesmen i jednocześnie projektant z branży obuwniczej:

— Pomysł świetny, projekt wyjątkowy. Ale to wykonanie — byle jakie. Rażą podeszwy, winny być jaśniejsze, a nie z ciemnej styrogumy. Staroświeckie obszycie? Super, ale niech będzie staranne. Gdyby były lepiej zrobione, to bym je nosił, na weekendowe spacery choćby.

A Miszczykowi i Kowalczukowi już się drugie levisy tak bardzo nie marzą.

— Szanujemy swój czas. Wolimy go spędzać poza firmą — przekonują.

Kowalczuk wziął się więc do grafik, rysowanych maszynami własnej konstrukcji, napędzanych silnikiem elektrycznym. Miszczyk czasem zatęskni za początkami, gdy siedziało się w kilku w ciasnym pomieszczeniu. I wódkę się piło, a trochę się szyło. "Szewcowo" było. n

Ale jazz

Urodzony w Rzeszowie Tomasz Stańko miał 20 lat i dyplom krakowskiej Akademii Muzycznej, kiedy w roku 1962 utworzył swój pierwszy zespół, Jazz Darings, z pianistą Adamem Makowiczem. Rok później dołączył do kwintetu Krzystofa Komedy. — Ów liryzm, prostota, poczucie, że gra się tylko to, co najważniejsze, podejście do struktury, asymetrii, wiele szczegółów harmonicznych... Miałem szczęście, że zaczynałem właśnie z nim — powie później Stańko. Od kilkudziesięciu lat uważany jest za lidera tzw. free jazzu, nagrał prawie trzydzieści albumów. Jest dyrektorem artystycznym festiwalu Jazzowa Jesień w Bielsku-Białej.

Chłopiec z zapałkami

IKEA to dzieło Ingvara Kamprada. Jej nazwa powstała jako akronim od imienia i nazwiska założyciela oraz Elmtaryd i Agunnaryd (farma i parafia, w której się wychował). Początkowo Kamprad sprzedawał zapałki, nasiona, ołówki, długopisy i ozdoby choinkowe.

Wybierz i wyróżnij się

20

Tyle modeli butów jest w ofercie Treka.

6

W tylu kolorach można kupić te buty.

270

zł Tyle kosztują kobiece treki w wersji zimowej.

Ród w butach

Na początku października, w wieku 77 lat, zmarł Jan Kielman, wnuk założyciela słynnego warszawskiego warsztatu obuwniczego. Nie oznacza to jednak końca historii firmy. Od kilkunastu lat u jej sterów jest Maciej Kielman, z kolejnego pokolenia rzemieślników. Buty tej marki są w Warszawie już od 1883 roku, gdy jej twórca Jan otworzył warsztat przy ulicy Chmielnej. Wkrótce ożenił się z Marią Doley, panną z zamożnej rzemieślniczej rodziny. Otrzymany posag zużytkował na rozwój pracowni, która ze skromnego warsztatu rozwinęła się w prosperującą firmę i salon towarzyski. Pracownia mieści się przy Chmielnej 6.