Ubiegły tydzień przyniósł dane, które część rynku zinterpretowała jako początek ożywienia. Takie wnioski pokazują, jak bardzo poprawa koniunktury jest wyczekiwana. Choć akurat dane o lipcowej produkcji mogą stanowić dobry punkt wyjścia, wymagają potwierdzenia w kolejnych miesiącach. Wszystkich ucieszyła głównie roczna dynamika produkcji, która wyniosła 6 proc. Pamiętać jednak należy, że te dane nie są oczyszczone z elementów sezonowych, a te akurat działały pozytywnie. Szacuje się, że „oczyszczony” wzrost produkcji w lipcu wyniósł około 3,5 proc. Po 2,2 proc. w czerwcu mógłby to być początek niezłego trendu. Czy będzie, okaże się za kilka miesięcy.
Argumentem za początkiem ożywienia byłaby też rosnąca dynamika cen producentów (PPI). Ich dynamika była w lipcu wysoka w porównaniu z poprzednimi miesiącami. Jeśli jednak popatrzeć na komponenty PPI, okaże się, że ceny nie rosły tam, gdzie miałaby na to wpływ poprawa popytu. Generalnie wzrost uznać należy za pochodną przerzucenia przez zakłady energetyczne na klientów kosztów akcyzy za prąd. Przedsiębiorcy zaś przerzucili ją na swoich klientów. Dopóki jednak inflacja jest stabilna, dopóty podnoszenie argumentów o wzroście popytu — z cenowego punktu widzenia — jest nieuzasadnione. Czy publikowane w tym tygodniu dane o eksporcie umocnią rynek w oczekiwaniu na ożywienie, okaże się w piątek. Choć i tu trzeba pamiętać o elementach sezonowych, jak umocnienie euro.
Ożywianie gospodarki i walka z bezrobociem to podstawowe cele polityki gospodarczej rządzącej koalicji. Na razie jednak bezskuteczne są próby pobudzenia gospodarki. I na pewno przez pewien czas będą. Z braku prostych metod rząd musi szukać rozwiązań systemowych, których skutki przychodzą po czasie. Powodem jest sytuacja budżetu — deficyt jest duży, a musi być mniejszy w perspektywie członkostwa Polski w strefie euro. W tej sytuacji proste transfery nie wchodzą w grę.
Podobnie sprawa ma się z bezrobociem, które, jak pokazują opublikowane w piątek dane za lipiec, nieznacznie wzrosło. Wszystko wskazuje też na to, że obietnice Grzegorza Kołodki, że od listopada bezrobocie będzie spadać, należy zaliczyć do kategorii pobożnych życzeń. Nie można bowiem liczyć, że firmy, objęte programem oddłużania, jeszcze w tym roku zwiększą zatrudnienie. Prawdopodobnie będzie odwrotnie — w ramach wymuszonego przez Skarb Państwa programu restrukturyzacyjnego, który jest warunkiem darowania długów, zatrudnienie, zwłaszcza w sektorze przedsiębiorstw, będzie raczej spadać, kontynuując dotychczasowe trendy. I niewiele zmienia tu podpisana w ubiegłym tygodniu przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego nowelizacja kodeksu pracy. Owszem, zawarte w niej zmiany były potrzebne, i nieco uelastyczniają rynek pracy w Polsce. Mówiąc dokładniej — poprawiają słabą obecnie pozycję pracodawcy w „konfrontacji” z pracownikiem. Stąd zresztą protesty związków zawodowych. Jednak podstawowym powodem, dla którego przedsiębiorcy nie zwiększają zatrudnienia (poza oczywiście brakiem możliwości zwiększenia produkcji ze względu na słaby popyt i spore niewykorzystane moce) są pozapłacowe koszty pracy. A te nie spadną. Zwłaszcza w świetle dziury budżetowej i potrzeby sanacji finansów publicznych. Resort finansów musi zmniejszać deficyt, będzie więc starał się oszczędzić gdzie się da. Ale na pewno nie będzie rezygnować z pozycji dochodowych.
Dlatego ani wzrost gospodarczy, ani poziom zatrudnienia nie są obecnie w żaden sposób zależne od decyzji rządu, który po prostu nie ma na nie wpływu. Jedyne, co może zrobić, to liberalizować przepisy. I czekać na ożywienie w Europie i USA.