Budżet skacze na łeb, na szyję

Jacek Zalewski
opublikowano: 06-04-2011, 00:00

Ścieżkę legislacyjną nowelizacji ustawy o otwartych funduszach emerytalnych przyrównywałem do gwałtownie przyspieszającej kolejki górskiej w legislacyjnym wesołym miasteczku. Ale forsowane przez premiera Donalda Tuska i ministra finansów Jacka Rostowskiego tempo prac nad ustawą budżetową na rok 2012 to już nawet nie rollercoaster, to skok zdefiniowany w tytule. Bardzo iluzoryczna jest miękkość lądowania budżetu w głosowaniu Sejmu, którego wynik gwarantują wyborcze interesy rządzącej koalicji.

Rada Ministrów w normalnym trybie przedkłada Sejmowi projekt rocznego budżetu najpóźniej 30 września. W niesprecyzowanych konstytucyjnie tzw. wyjątkowych przypadkach może zrobić to później. Ale w żadnych przepisach nie ma słowa o terminach… za wczesnych. Założenia budżetowe standardowo przyjmowane były przez rząd w połowie czerwca, parlament kończył prace w połowie stycznia, czyli skomplikowana machina szczególnej ustawy toczyła się siedem miesięcy. Ale na przykład rok temu rząd sam bardzo prosił partnerów społecznych o wyrozumiałość i odsunął przyjęcie założeń do budżetu 2011 o kilka tygodni, bo chciał dysponować jak najdokładniejszymi danymi o skutkach zaskakującej powodzi. I uchwalił je dopiero 13 lipca 2010 r., co skróciło całą procedurę do sześciu miesięcy. Obecna ekipa rządząca podkreślała wtedy z dumą, jak to musiała się sprężyć i jak ważny dla wiarygodności budżetu był każdy tydzień zwiększający wiedzę o zjawiskach gospodarczych i realiach finansowych.

Rozpoczęty wczoraj przez rząd galop budżetu 2012 początkowo argumentowano październikowymi wyborami, więc można było spodziewać się uchwalenia ustawy we wrześniu. A jednak okazuje się, że najważniejszy dokument państwa będzie jeszcze większą abstrakcją — ukończony zostanie w… czerwcu, przed przejęciem przez Polskę przewodnictwa Rady Unii Europejskiej. No, może na lipiec pozostanie praca Senatu oraz błyskawiczne rozpatrzenie jego poprawek na posiedzeniu Sejmu przed wakacyjną przerwą. Tak oto unijna prezydencja, która tak naprawdę interesuje jedynie kilkaset osób z centralnego aparatu ministerstw, i to nawet nie wszystkich, staje się fetyszem oraz wartością nadrzędną wobec normalnego funkcjonowania państwa.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu