Być jak Chuck Norris

Aleksander Krawczuk
opublikowano: 2004-12-17 00:00

W grudniu Rzymianie obchodzili swoje długie, wesołe święta — saturnalia. Później, 25 grudnia, święto Słońca Niezwyciężonego. Wreszcie przychodził czas pożegnania się z rokiem starym i powitania 1 stycznia roku nowego; władzę najwyższą w państwie obejmowała nowa para konsulów. Wszystko to podpowiadało w sposób naturalny konieczność spojrzenia na siebie samego, na swoją działalność, na sytuację w mijającym roku; spojrzenia krytycznego, choć i nieco żartobliwego. I nasuwało też chęć wyrażenia bardzo osobistych życzeń na rok nadchodzący. Kontynuując tę starorzymską tradycję, chciałoby się też połączyć ją z tak popularnymi opowieściami o złotej rybce — tej, która obiecuje spełnić trzy życzenia. A pamiętajmy, że złota rybka to przecież tylko szczególny gatunek naszego wigilijnego karpia.

Dwa pierwsze są dla każdego, a zwłaszcza dla starca, emeryta, oczywiste: zdrowia i pieniędzy. Zdrowie na razie wcale mi służy. Biorąc pod uwagę wiek w pełni dojrzały — lat 83 — czego mogę chcieć więcej? Poruszam się o własnych siłach, działam tu i ówdzie, moje wypowiedzi może nie zawsze są przekonywające, jednak na ogół chyba zrozumiałe. Pieniędzy oczywiście stale mi brakuje, ale któż nie jest w podobnej sytuacji? A jeśli ktoś ma ich naprawdę sporo, popada w znane kłopoty naszego najbogatszego rodaka. Przyłączam się w związku z tym do coraz głośniejszych haseł: Kapitalizm — tak! Kapitaliści — nie! Nie będę więc kapitalistą, nie będę prosił złotej rybki o pieniądze — w nadmiarze. Tym bardziej że jedyny nałóg, któremu prawdziwie ulegam, a jest nim przymus codziennego zakupu jakiejś książki, łatwo dziś zaspokoić dzięki tak licznym przecenom.

A rodzina, zapyta ktoś? Oczywiście, pamiętam. Znajduje się ona wszakże w typowej kondycji przeciętnej polskiej familii: pod jednym dachem rencistka i emeryt, dwoje pracujących, dwoje bezrobotnych — i wnuk. O tego rzeczywiście trochę się martwię: za rok będzie musiał iść do przedszkola, czyli wstąpi na mozolną drogę wieloletniego kształcenia się na bezrobotnego. Może to jednak nieludzkie, przedwcześnie zmuszać bezbronne dziecko do bezsensownego wysiłku? Dalej: nie posiadam samochodu, nie muszę więc martwić się ani o jego utrzymanie, ani też o to, czy ktoś go nie ukradnie. Sypiam spokojnie...

Panuje powszechne przekonanie, że w przyszłym roku może dojść w Polsce do istotnych przemian politycznych — w tę lub w tamtą stronę. Czy nie byłoby więc słuszne prosić złotą rybkę, by w jakiś sposób zabezpieczyła mnie i najbliższych przed pomysłami, których konsekwencje, zwłaszcza gospodarcze, są nie do przewidzenia? I ta sprawa nie uszła mojej uwadze — człowieka, który widział już tyle wszelakich przewrotów (pamiętam nawet majowy, który przeżyłem jako kilkuletni chłopiec!). Obmyśliłem plan ewakuacji: może zamieszkać gdzieś po drugiej stronie Tatr, na Słowacji? Okolice przepiękne. Odległość od mojego domu w Gorcach jakieś 70 km, od Krakowa mniej więcej 150. Bariera językowa prawie żadna. Ceny i kuchnia podobne. I co bardzo ważne dla Galicjanina, choć może trudno zrozumiałe dla kogoś z innych dzielnic Polski, mieszkałbym nadal w granicach monarchii austro-węgierskiej, pod niewidzialnym berłem Habsburgów. I o ileż bliżej stamtąd — dobrymi drogami! — do Wiednia, Bratysławy, Budapesztu. Słowacy mają oczywiście swoje kłopoty — ale to nie byłyby moje kłopoty. A wieści z Polski dochodziłyby do mnie jako te z zagranicy!

Miałbym wszakże pewne szczególne życzenie: gorąco bym prosił o umiejętność walki, siłę i refleks Chucka Norrisa. Jestem stary i niedołężny; słaby i bojaźliwy w gruncie rzeczy byłem zawsze. Czuję się coraz bardziej bezbronny, a więc też zawstydzony i upokorzony: kiedy młodzi ludzie bluzgają wyzwiskami w miejscach publicznych — i nikt nie śmie zareagować; kiedy wyrostki wulgarnie zaczepiają kobiety, rozpierają się, piją, śmiecą, kradną; kiedy strach nawet za dnia wejść do pobliskiego parku — i tak dalej. Wszyscy to znamy, wszyscy wiemy, o co chodzi. Mówiąc najkrócej: tak bardzo by się chciało w słusznej sprawie dać czasem komuś w mordę — a siły nie te...