Masz inny garnitur na każdy dzień tygodnia? Świetnie, ale na służbowego grilla nie pójdziesz przecież w „uniformie”. Co włożyć, gdy obowiązuje styl casual?
Jedni garnitur kochają, inni go nienawidzą. Jeszcze do niedawna musieli nosić go niemal wszyscy. Jest symbolem pozycji społecznej, nieodłącznym atrybutem kariery. Budzi zaufanie, sugeruje, że jego właściciel jest człowiekiem eleganckim, zamożnym, można na nim polegać. Cios wizerunkowi garnituru zadały kolejne „Matrixy”, gdzie stanowił kostium kolejnych kopii złego agenta Smitha. Nosimy go coraz mniej chętnie. I choć dress code (kod ubraniowy) większości korporacji nie daje wielkiego pola manewru, nawet tam dano szyjom odetchnąć od krawatów — wprowadzono casual friday. Czyli „piątek na luzie”.
Amerykanie poszli jeszcze dalej. Od czasów „wybuchu” nowych technologii coraz większe pieniądze zarabiały firmy, gdzie kontakt z klientem był ograniczony do maili. W końcu to one zaczęły narzucać biznesowy styl. A wciśnięcie informatyka w garnitur wymaga mniej więcej tyle wysiłku co opanowanie języka C++ w dwa tygodnie... Nie opłaca się. Dlatego krawat zostawał w domu coraz częściej. A do pracy i po pracy zaczął obowiązywać styl nieformalny.
Problem z (do) wolnością
Ile luzu w casualu? Wszystko zależy od kultury organizacji w firmie, okazji i części świata. O ile w USA można pozwolić sobie nawet na jeansy, o tyle w Europie — tylko wtedy, gdy wybierasz się na wyjazd integracyjny połączony z survivalem, ewentualnie — na piwo z kolegami z zespołu.
— W Polsce dress code tworzy się dopiero od kilku lat. Na świecie powoli się rozluźnia, elegancję przełamuje się dodatkami sportowymi czy retro, ale u nas reguły — co wolno, a czego nie wolno nosić, jeszcze się usztywnią — przewiduje Agata Maroń, konsultant z firmy Business Image Consulting.
Dlaczego? Bo gdy ich nie ma, nie wszyscy potrafią wyczuć, gdzie kończy się sportowa elegancja, a zaczyna ubranie sportowe. Kobiety często mylą kobiecość z frywolnością czy ostentacyjną seksualnością.
— Sekretarka opalona jak po wakacjach w Hiszpanii, w bluzce odkrywającej pępek też buduje image firmy — mówi Maroń.
Kiedy więc możemy pozwolić sobie na zrzucenie garnituru? W pracy — tylko wtedy, gdy obowiązuje „casual friday”. A po pracy? Na służbowego grilla, na szkolenie poza firmą, na nieformalne rozmowy biznesowe albo spotkanie z długoletnim klientem, z którym się zaprzyjaźniliśmy.
— W tym ostatnim przypadku obowiązuje zasada dążenia do podobieństwa z klientem. Jeśli on hołduje swobodzie, co widać po kilku pierwszych spotkaniach, my też możemy ubrać się luźniej — mówi Agata Maroń.
Na luzie, czyli jak?
— Dla mężczyzn wciąż obowiązuje marynarka, spodnie i skórzane buty, kobiety częściej mogą pozwolić sobie na spodnie. Do wyboru jest coraz więcej kolorów, fasonów i materiałów — tłumaczy konsultantka do spraw wyglądu w biznesie.
Panowie mogą postawić na garnitur klubowy, który wszedł „na salony” jakieś 80 lat temu. Składa się ze spodni i marynarki z innych, ale pasujących do siebie tkanin. Latem — len, zimą — sztruks, zawsze — wełna. Zamiast koszuli może być golf lub t-shirt, w beżach, zieleniach, brązach — wszelkich kolorach natury. Panie mają więcej wolności. Wypada im założyć kardigan albo bliźniak, marynarkę z zamszu, a do tego buty na płaskim obcasie. Mogą też zrobić swobodniejszy makijaż, luźniej upiąć włosy (jeśli są długie — raczej nie rozpuszczać) i zamienić granaty oraz szarości na kolory pastelowe, niezbyt jaskrawe zielenie, burgundy. Czerń zawsze zostaje w szafie — aż do wieczornego wyjścia.
Po czym poznać sportową elegancję?
— Najlepiej po materiałach i wykończeniu. Stosujemy wysokiej jakości skórę i bawełnę, a także inne, naturalne tkaniny — mówi Krzysztof Walasek z firmy Timberland, która produkuje zarówno odzież w stylu „sportowa elegancja”, jak i typowe ubrania outdoorowe.
Timberland kieruje swoją ofertę do mężczyzn z zasobniejszym portfelem (za skórzane buty trzeba zapłacić od 300 do 800 złotych), powyżej 30. roku życia. Panie znajdą coś dla siebie w sklepach Simple czy Max Mara.
