Informacje o firmie „Izi” Mankiewicz trzeba z jej właściciela siłą wyciągać. Woli opowiadać o muzeum.
Najpierw były wielkie budowy socjalizmu. Jako pracownik Elektromontażu miał swój wkład w huty Zawiercie, Katowice i Częstochowa. W 1981 r. zaczął wozić piekarzom mąkę, a parę lat później także sprzedawać im specjalistyczne maszyny. Pięć lat temu otworzył Muzeum Chleba w Radzionkowie na Śląsku.
Tylko za gotówkę
Piotr Mankiewicz na co dzień prowadzi firmę zaopatrującą piekarnie. Ale informacje o niej trzeba z jej właściciela wyciągać na siłę. Woli opowieści o muzeum. „Izi” Mankiewicz oferuje smażalniki do pączków, krajalnice do chleba, mieszacze wody, gniotowniki maku, okapy wentylacyjne, umywalki, maszyny do mycia koszy, regały do przewozu blach lub z pojemnikami na produkty sypkie. Firma ma bardzo dobrą reputację i nie narzeka na brak zamówień.
— Wszystko wykonane ze stali nierdzewnej. Wolimy kupić droższy, ale lepszy materiał, bo dzięki temu nie mamy reklamacji — podkreśla Mankiewicz.
Sprzedają tylko za gotówkę.
— W ten sposób unikamy problemów z niezapłaconymi fakturami, nie musimy się z nikim sądzić — tłumaczy Mankiewicz.
Firma zatrudnia 10 osób. Właściciel nie chce, aby była większa, bo wtedy trudniej byłoby ją prowadzić. Od dwóch lat jest spółką jawną, gdyż przekroczyła 3 mln zł obrotów. Zgodnie z przepisami, jeśli obroty spółki przez dwa kolejne lata przekraczają 400 tys. euro, właściciele muszą przekształcić ją w spółkę jawną.
Prawie wszystkie sprzedawane przez firmę urządzenia wykonywane są w Polsce.
— Ostatnio sprowadzamy z Tajwanu maszyny do mieszania ciasta, bo polski producent padł — mówi Mankiewicz.
I szybko zmienia temat. Woli opowiadać o chlebie, o muzeum i o swojej pasji zbierania.
Można dotykać
Od czego zaczął? Piotr Mankiewicz — właściciel firmy i kustosz prywatnego muzeum w jednej osobie — chwilę się zastanawia.
— Jakieś 15 lat temu byłem z bratem w niemieckim Ulm. Zobaczyłem dzieci siedzące na schodach Muzeum Chleba. Rozwiązywały jakiś test i co chwila biegały do środka, aby sprawdzić poprawność odpowiedzi. Pomyślałem — dlaczego u nas nie stworzyć czegoś podobnego? — opowiada Mankiewicz.
Akurat piekarze zaczęli wymieniać maszyny i urządzenia na bardziej nowoczesne. Mankiewicz jeździł po targach staroci, szperał w antykwariatach. W jednym miejscu kupił słomiane koszyki, na których układano ciasto, w kolejnym maszynę do tartej bułki.
— Muzeum powstało z szacunku dla historii i z potrzeby serca. Chcę, by coś po mnie pozostało — tłumaczy Mankiewicz.
To jego pasja, której poświęca wszystkie oszczędności. Mieszka w Bytomiu, w 42-metrowym mieszkaniu, za to budynek muzeum ma 1200 mkw.
— Wziąłem na niego 150 tys. zł kredytu. Akurat starczyło na adaptację hal magazynowych i dobudowanie wejścia — opowiada Piotr Mankiewicz.
Oglądam maszyny. Do robienia gwiazdek na wierzchu kajzerek, do bułki tartej, krajalnice do chleba, maszynkę do „szkloków” (czyli landrynek), do nadziewania pączków marmoladą, zabytkową lodówkę, w której przechowywano lód wyrąbany zimą ze stawu. Wielu rzeczy można tutaj dotknąć. Dla dzieci przyjeżdżających w grupach organizowane są nawet warsztaty piekarskie. Z przygotowanego ciasta pieką tzw. plecionkę. Ale są też rozmowy o wyrzucanym bezmyślnie chlebie i 20-minutowy film dla młodzieży i dorosłych, a dla dzieci krótsza bajka. Są księgi pamiątkowe pełne wpisów dzieci, ale również ludzi, którzy przeżyli głód. Mankiewicz pokazuje zapis Żydówki, która odwiedziła muzeum dwa lata temu.
— Podczas wojny zginęła cała jej rodzina, ją przechowali polscy sąsiedzi. Wojnę przeżyła tak jak ja, w Grudziądzu. Była dwa lata młodsza. Każdą kromkę chleba dzieliła i połowę zostawiała na następny dzień — Mankiewicz nie kryje wzruszenia.
I po paru chwilach dodaje: —Niech mi pani wierzy, kiedy to opowiadam dzieciom, zapada cisza.
Przybywa eksponatów
Jedna z sal przypomina przedwojenny sklep cukierniczy. Stoi tu oryginalna lada sklepowa, na półce szklana muchołapka, do której nalewano posłodzonej wody, i sprytny chwytak do pączków.
— Szukam jeszcze starego zdjęcia dzieci zaglądających przez okno do cukierni — Piotr Mankiewicz pokazuje, gdzie zamierza je umieścić.
Przybywa eksponatów, rodzą się nowe pomysły. W pobliżu zamierzał urządzić Muzeum Szkolne. Chciał zaadaptować budynek starej nieczynnej szkoły. Z taką propozycją wystąpił do władz Radzionkowa.
— Po ośmiu miesiącach dostałem odpowiedź. Obiekt musi się samofinansować, mam zatrudnić osiem osób i nie wolno brać za wstęp. No, to izbę szkolną urządziliśmy tutaj — wzrusza ramionami Mankiewicz.
W szkolnej sali stoją pomalowane na zielono drewniane ławki sprzed pół wieku. W każdej szklany kałamarz. Kiedy Mankiewicz pokazuje szklane obsadki, pierwsze elementarze czy strój z odpinaną klapą z tyłu, noszony jako bielizna, cieszy się jak małe dziecko.
Przed muzeum huśtawki i poletka ze zbożami, żeby uczniowie z miasta mogli zobaczyć, jak wygląda żyto czy pszenica.
Działalność muzealna Piotra Mankiewicza została zauważona i doceniona przez Związek Górnośląski, który przyznał mu Nagrodę im. Wojciecha Korfantego.
Radzionkowskie muzeum odwiedziło w tym roku 31 tys. osób. Na miejscu można kupić kalendarze czy zeszyty, w których na wewnętrznych stronach okładki umieszczono modlitwy przed nauką i po nauce oraz przysłowia związane z chlebem.
Muzeum w Ulm, które zainspirowało Mankiewicza, ma 50 lat. Czy radzionkowskie też będzie obchodzić taki jubileusz? Mankiewicz uważa, że tak. I na taką opinię wpływa nie tylko atmosfera i magia zbliżających się świąt Bożego Narodzenia, kiedy serca i portfele mamy bardziej otwarte i chętniej łamiemy się chlebem z potrzebującymi.
