Biegle władać językami obcymi? Świetnie tańczyć, walczyć wręcz? Olśniewać kulturą, otwarciem na świat? Można. Już po skończeniu przedszkola… Prywatnego.
— Co to jest?
— Dyktafon. Ile masz lat?
— Pięć i nie jestem już maluchem! Do zdjęć?
— Nie. Do nagrywania.
— I tam się będzie robić?
— Cały czas się robi. Popatrz: na ekraniku widać minuty.
— Tyle się nagrało?
— Tak. Jak masz na imię?
— Kuba… A kiedy to coś odpowie?
— Jak zgaśnie czerwone światełko i nacisnę guziczek…
Niepubliczne gafy
Artystyczne, europejskie, językowe, narodowe, sportowe, wyznaniowe. Nawet wegetariańskie. Jednym słowem: prywatne. Lepsze. Z roku na rok jest ich w stolicy coraz więcej. W ewidencji Biura Edukacji Urzędu m. st. Warszawy figurują 124 przedszkola niepubliczne (państwowych jest 341). Zainteresowanie rośnie mimo dość wygórowanych opłat. Stołeczne czesne waha się w granicach 500 — 4000 zł miesięcznie za dziecko.
— Biznes na dzieciach? Niezręcznie brzmi... Proszę tak tego nie pisać. Przecież chcemy im nieba przychylić — sugeruje właścicielka drogiej, przedszkolnej sieci.
Od połowy lutego do połowy kwietnia trwała rekrutacja na rok 2005/06. Bogaci rodzice (elity biznesowe, polityczne, artystyczne) nie oszczędzali na edukacji pociech. Najszybciej sprzedały się najdroższe oferty. Wiadomo, w tych najdroższych dziecko będzie miało wszystko co najlepsze. I — oczywiście — najlepsze towarzystwo... Rodzice — zwłaszcza ci z grubymi portfelami — uruchomili wyobraźnię i zaczęli wielkie łowy. W końcu o przyszłość i karierę potomka trzeba dbać od samego początku...
Dykteryjka: do gabinetu dyrektorki jednego z najbardziej obleganych w Warszawie prywatnych przedszkoli wpadł bez pukania pewien prezes. Przystojny, modny. Nobliwa pani nie zdążyła się oburzyć…
— Czy gwarantujecie mojemu dziecku, że po trzech latach w tym przedszkolu będzie znało trzy języki obce? Perfekt?! Pieniądze nie grają roli! — wypalił z werwą biznesmen.
— Ależ proszę… — próbowała oponować szefowa.
— Tak czy nie??? — zażądał konkretu napastnik.
— Nie!!! — wrzasnęła rozdygotana dama.
— No to szukam dalej — rzucił nieokrzesany boss, trzasnął drzwiami i wyszedł.
Nie wiedział, że nawet gdyby taka gwarancja istniała, a w zamian zaoferowałby sporą sumkę, jego maluch i tak nie zostałby zapisany. Lista na nadchodzący rok była zamknięta od dwóch lat. Taki prestiż! Można jednak w stolicy znaleźć większy ekskluzyw. O słynnej warszawskiej ochronce katolickiej krąży dowcip, że potomka należy tam zapisywać już w fazie planowania… Wtedy jest szansa na miejsce.
Ale o randze przedszkola nie zawsze decyduje długość kolejki. Równie dobrze może to być „charakterek” osoby zarządzającej. Pewna dyrektorka w trosce o doborowe towarzystwo osobiście selekcjonowała aplikacje składane przez rodziców. Te mniej akuratne lądowały w śmietniku. Traf chciał, że w koszu znalazł się wniosek o przyjęcie dziecka podpisany ręką... Zbigniewa Wróbla, ówczesnego prezesa PKN Orlen. Cóż za faux-pas...
Z pomieszania barw
— Co robisz?
— Kolory.
— Będziesz malarzem?
— Nie. Ja bym chciał zostać rybakiem.
— Dlaczego?
— O! Udało się! — Kuba od początku rozmowy usiłował połączyć kolor niebieski z czerwonym.
Przysiada się drugi chłopczyk, mniejszy.
— Jak ci na imię?
— Jaś.
— Ile masz lat?
Maluch wyciąga rączkę, pokazuje trzy palce.
— Kim chciałbyś zostać?
— Policjantem.
Obaj chodzą do prywatnego przedszkola na osiedlu Kampinos w Lipkowie pod Warszawą. Zarządza nim — według zasad Montessori — Hanna Tarnowska.
— Czy dzieci z rodzin o wyższym statusie społecznym są bardziej wrażliwe, rozpieszczone?
— To nie reguła. Każde dziecko ma indywidualną wrażliwość — tłumaczy dyrektorka.
— Wynoszą wzorce z domów? Chcą być jak tata lub mama? Prezesami? Dyrektorami?
— Mają raczej proste pragnienia. Interesują ich klasyczne zawody: lekarz, strażak…
— Hania, popatrz! — przerywa Kuba wyraźnie zafrasowany tworzeniem kolejnej barwy.
— What’s the colour? — przechodzi na angielski opiekunka.
— Orange.
— What you do to get orange, Kubusiu?
— Red and yellow.
— To jest tzw. color mixing. Dzieci mają do dyspozycji „finaly colours” (blue, white, red and yellow) i tworzą z nich „secondary colours”. Sprawdzają, co wyjdzie z pomieszania barw — klaruje pani Hania.
— A dzisiaj będą pierogi na słodko — wtrąca Kuba.
Nagle kolorową sielankę przerywa przejmujący pisk. Konflikt pomiędzy chłopcami, bawiącymi się nieopodal drewnianymi klockami. Na rączce Pawełka zacisnęły się ząbki Maciusia. Ukąszenie zabolało. Hania natychmiast kończy rozmowę. Pawełek rzuca się jej w ramiona, mocno przytula. Po chwili uśmiechnięty wraca do zabawy z Maciusiem. Na bluzce Hani mokre ślady po łzach malucha.
Jej komórka co chwila dzwoni… Częste rozmowy, telefony non stop włączone. To standard. Gorąco namawia rodziców do częstych kontaktów z przedszkolem — muszą wiedzieć o swoich pociechach jak najwięcej. Na pożegnanie pięcioletni Oskar siada przy pianinie, gra „Goodbye winter”. Potem dzieciaki ruszają hurmem do stolików. Na upragnione pierogi.
Takie obrazki
Joanna Nadolska to mama trójki dzieci: Julki (5 lat), Natalki (4 lata) i Maciusia (roczek). Córeczki trafiły do przedszkola w wieku 3,5 (starsza) i 2,5 roku (młodsza). Wybór padł na polsko-kanadyjskie. Spodobała jej się kadra, małe grupy oraz metody nauczania języka — do dzieci mówiło się po angielsku, prowokując do komunikowania się wyłącznie w tym języku.
Według pewnej przedszkolanki, taki system bywa kłopotliwy:
— Dochodzi do tragikomicznych sytuacji. Kiedyś czarnoskóry chłopczyk usiłował mi coś wytłumaczyć po angielsku. Nie wiedział jak, brakowało mu słówek. Długo płakał. Wreszcie wziął karton i kredki. Najpierw narysował dom. Potem samochód i podpisał „taxi”. Okazało się, że chce natychmiast wracać do domu i żąda zamówienia taksówki!
— Podoba mi się, że są dzieci obcokrajowców… — mówi pani Joanna.
Julka wchodzi jej w słowo:
— A mama koleżanki zorganizowała hinduskie święto! Układaliśmy na stole takie obrazki z kwiatków, kolorowych papierków…
— To ważne. Dzieci od małego uczą się tolerancji, poszanowania odmiennych kultur i religii — zaznacza mama Julki.
Wymienia też rytmikę, jujitsu, zajęcia muzyczne i plastyczne. No i wspaniałe posiłki!
— Dzieci często przychodzą do domu i mówią, że w przedszkolu ogórkowa jest lepsza. Mało tego! W domu nigdy nie jadły czerwonych zup. Co innego, gdy jedzą z kolegami — smakują im! — cieszy się pani Nadolska.
O ostatecznym wyborze zadecydowały dziewczynki. Po kilku próbnych pobytach zaaklimatyzowały się i tata z mamą zdecydowali się na czesne wysokości 1100 tys. zł za jedną i wpisowe 400 zł.
— Minął przeszło rok, jesteśmy zadowoleni. Pewnie do tego przedszkola pójdzie Maciek — przypuszcza Joanna Nadolska.
Jak zegarki
Bajkowy domek pośród starych bloków na Sieleckiej. Kolorowy plac zabaw. Czyściutko. Przy wejściu włoskie barwy narodowe. Casa dei Bambini, palcówka zrzeszona w Międzynarodowym Stowarzyszeniu Montessori — jedno z najbardziej „topowych” miejsc przedszkolnych w stolicy. Awangardowa właścicielka w podartych jeansach. Nowoczesny gabinet (beton łączony z bielą). Całe przedszkole utrzymane w idealnym porządku. Małgosia Tarnowska prowadzi działalność już szósty rok. Zaczynała od jednej grupy, wynajmowała salę w przedszkolu publicznym na Racławickiej. Teraz ma 5 grup — jedną już w szkole podstawowej. No i cztery w dwóch przedszkolach — tutaj (budynek wynajmuje) i to prowadzone przez siostrę w Kampinosie (właśnie kupuje budynek na kredyt). Pani Małgosia wyjaśnia, czym jest Montessori: metoda obecna od dawna i w Europie, i w Stanach. W Polsce rzecz nowa. Nastawiona na chłonny umysł. Z każdym dzieckiem praca indywidualna. Wszystko musi być „the best for the smallest”.
— Języki?
— Mówimy tylko po angielsku. Mamy dzieci z różnych stron świata — japońskie, hinduskie, różne… Uczą się naturalnie. Grupy są mieszane wiekowo — młodsze dzieci uczą się języka od starszych, starsze uczą się odpowiedzialności za młodsze. Wychowujemy w dobrym duchu.
— Jak pani sobie radzi z rodzicami?
— Nie jest łatwo. Długo musiałam się uczyć, że w systemie wielokulturowym nie należy poruszać pewnych tematów, wysyłać dzieci do psychologa itp. Niuanse, ale bardzo ważne.
— Bogaci rodzice mają duże wymagania?
— Tak. Ale gdy tu przychodzą, na ogół wiedzą, czego się spodziewać. To najczęściej znajomi naszych znajomych. W 99 proc. oczekują, że dziecko będzie wychowywane w przyjaznej atmosferze. Aspekt edukacyjny też jest dla nich ważny — coraz bardziej są tego świadomi. Duży nacisk kładą na angielski. Podstawowym argumentem jest jednak metoda Montessori…
— Kadra?
— Z różnych stron świata i polskie dziewczyny, które pokończyły studia za granicą. Muszą mieć do tego doświadczenie. Wypracowałam sobie pewna markę. Wszyscy chodzą jak zegarki. Tu musi być bezpiecznie, higienicznie i najwyższy z możliwych poziom edukacji.
— Finanse?
— Nie lubię się nimi zajmować, ale muszę. Mamy 30 nauczycieli i pełen pakiet zajęć: joga, balet, jujitsu… Tu się wszystko dzieje i to musi się zwracać! Plus coś na inwestycje...
— Konkretnie?
— Staram się nie windować cen. Miesięcznie 2 tys. zł za cały dzień (dzieci starsze, do 15.00, z obiadem) lub 1,5 tys. za pół dnia (dzieci młodsze, do 13.00, z drugim śniadaniem).
Przez uchylone drzwi słychać, jak dzieci szykują się do wyjścia na dwór. Pierwszy przemyka brzdąc w czapeczce baseballowej i okularkach przeciwsłonecznych. Za nim rusza reszta kolorowej brygady. Pani Małgosia zaprasza dzieci do zdjęcia. Zwraca się do blond cherubinka:
— Marcelku, would you like to take a photo?
Marcelek przystaje na propozycję. Wtem przed szereg wyrywa się Jack (Irlandczyk).
— I will! — krzyczy z miną niewiniątka.
Pani Małgosia nie może wyjść z podziwu. Jack to psotnik, zwykle nieskory do współpracy.
— Will you good? — pyta podejrzliwie.
— Yes! I promise! — nie pozostawia wątpliwości malec.
Pstryk! I zdjęcie gotowe. Zaraz po tym Jack podbiega i prosi, by za nim iść. Na tyłach placu zabaw czerwony domek z drewna. Jack schyla się i pokazuje sporą szczelinę tuż przy ziemi. Przekonuje, że to się nadaje do prasy! Tam mieszka potwór!
Poczucie zadowolenia
A gdyby tak móc przeczytać „Małego księcia” w wieku 6 lat i to po francusku? Taką szansę daje przedszkole na Saskiej Kępie przy parafii Andrzeja Boboli na ul. Nobla. Dziewięćdziesięcioro dzieci uczy się tam jak we Francji — z francuskich książek, zeszytów (specjalnie sprowadzanych), pod okiem francuskich przedszkolanek. Mogą korzystać z basenu, uczestniczyć w zajęciach z rytmiki i muzyki oraz uczyć się polskiego i angielskiego. Edukację rozpoczynają już dwulatki. Najstarsze — sześciolatki — potrafią czytać i pisać. Realizowany jest edukacyjny program francuski: dzieci zdecydowanie więcej się uczą niż bawią. Rok podzielony jest na 6-7 tygodniowe okresy intensywnej pracy, po których następują 2 tygodnie odpoczynku. Przedszkole przygotowuje dzieci do nauki we francuskiej szkole. Połowa przedszkolaków to dzieci francuskojęzyczne (Francuzi, Kanadyjczycy, Belgowie). Reszta to mali Polacy, którzy w przedszkolu rozpoczynają przygodę z językiem. Rodzice? Najczęściej prawnicy, lekarze, przedsiębiorcy i dyplomaci. Wpisowe 1600 zł, opłata miesięczna — 350 euro. Do tego posiłki: miesięczny karnet na 20 obiadów (dostarczanych przez firmę Sodexho) kosztuje 300 zł.
Zupełnie inne zasady obowiązują w Małym Europejczyku na Bemowie (800 zł wpisowe, miesięczna opłata 950 zł obejmuje 4 posiłki, naukę języka angielskiego, gimnastykę, rytmikę i naukę tańca). Na początku roku przedszkolnego maluchy, wspólnie z nauczycielką, ustalają zasady, które obowiązują w grupie. Uczą się odpowiedzialności, szacunku dla uczuć i potrzeb innych. Każdy dzień rozpoczyna się od wspólnych zabaw i piosenek. Dzieciaki mogą wyszaleć się na supernowocześnie urządzonym placu zabaw. A jeśli akurat jest zima albo pada deszcz? Nie szkodzi. Do dyspozycji mają specjalną „salę na niepogodę” pełną drabinek i dużych zabawek zręcznościowych. Niedługo powstanie też minimiasteczko ruchu, gdzie maluchy będą się uczyć bezpiecznego zachowania na ulicy. Jak w większości nowoczesnych ochronek, tak i tutaj dzieci nie są nękane przymusowym leżakowaniem. Zastąpił je „czas cichych zabaw”: rysowanie, czytanie książeczek, układanie puzzli. Na najbardziej zmęczonych czeka specjalna „sala relaksu”, gdzie mogą sobie odetchnąć przy spokojnej muzyce i posłuchać bajek.
Jedzenie? Euromaluchy mogą wybierać menu — nie muszą jeść ani zupy mlecznej, ani szpinaku. Nad rozwojem przedszkolaków, w każdej 16-osobowej grupie, czuwają dwie nauczycielki i asystentka. Zdaniem dyrektorki Teresy Klochowicz, przedszkole powinno uczyć przez zabawę, pokazać dziecku, jak poznawać świat wszystkimi zmysłami.
— Dlatego nawet nauka języka angielskiego to codzienna zabawa z piosenkami, wierszykami i grami — wyjaśnia prowadząca przedszkole Marzena Adamiec.
— Powiem szczerze: w tym biznesie najważniejsze, by dzieci czuły się dobrze i rodzice byli zadowoleni — uważa Monika Biernacka, dyrektorka niepublicznej placówki „Dziecięcy raj” w podwarszawskich Markach.
W jej opinii, unikalne metody wychowawcze, którymi chwalą się prywatne przedszkola w stolicy, to zwykłe chwyty marketingowe. W „Dziecięcym raju” jest normalnie (580 zł miesięcznie)… No, może trochę bardziej niż normalnie: sześć kamer on–line w pięciu salach. System kosztował 10 tys. zł. Ale właściciele przedszkola Jolanta i Jacek Kozłowscy nie żałują wydatku.
— Kamery działają na rodziców jak magnes. Mogą w każdej chwili wejść do internetu, wpisać hasło, kliknąć i zobaczyć, co akurat porabia ich pociecha. A my na bieżąco nadzorujemy pracę wychowawców. Jest bezpiecznie — podkreśla Jolanta Kozłowska.
Prawie tak bezpiecznie jak w innym warszawskim przedszkolu, do ochrony zatrudniającym wyłącznie byłych komandosów. To nie bez znaczenia. Mały człowiek od zera może się nauczyć, jak pracuje profesjonalny ochroniarz. Taki sam, jakiego ma tata.
