Trzy pokolenia. Skromne początki — i wielka sława. Niemiecka ostrożność — i polski patriotyzm. Wedlowie.
W połowie XIX wieku do Warszawy sznurem ciągnęli rzemieślnicy i przedstawiciele rzadkich zawodów. Miasto leczyło rany po powstaniu listopadowym, a mieszkańcy chcieli korzystać ze zdobyczy zachodniego świata. Wypominana miastu (już od oświecenia) sympatia dla zagranicznych nowinek sprawiała, że cudzoziemcy czuli się w nim dobrze. I masowo się osiedlali, tworząc zamożne dynastie spolszczonych i patriotycznie nastawionych mieszczan. Tak też i z Wedlami było.
Sklep przy Miodowej
Nie wiemy, jaką Warszawę zobaczył cukiernik Karol Ernest Henryk Wedel (1813-1902), gdy wraz z żoną i jedynym synem Emilem przekraczał w 1845 roku rogatki miasta. Może listopadową szarugę, a może słońce, złocące dachy kościołów i pałaców przy Krakowskim Przedmieściu, zapowiadające wspaniałą przyszłość rodziny. Wiemy za to, że miał już za sobą doświadczenie zdobyte w Londynie, Paryżu i Berlinie. Do Warszawy ściągnął go Karol Grohnert, znany podówczas cukiernik. Początkowo przybysz pracował u niego przy wypieku ciast. Z czasem został wspólnikiem Grohnerta.
Karol miał jednak większe ambicje. Z kapitałem trzystu rubli zamierzał otworzyć własny lokal. 17 października 1851 roku „Kurier Warszawski” opublikował ogłoszenie będące jednocześnie zaproszeniem „łaskawej Publiczności” do odwiedzin w cukierni przy ul. Miodowej.
Miodowa w tym czasie pełniła rolę nie tylko arterii komunikacyjnej, ale także centrum usługowo-handlowego. Lokalizację znalazły tu liczne sklepy, warsztaty kuśnierskie i rzemieślnicze, kancelarie adwokackie i notarialne. Działała słynna kawiarnia Honoratka, pamiątka spotkań powstańców listopadowych.
Sukces zależał jednak nie tylko od lokalizacji. Karol Wedel lubił rozgłos i rozumiał rosnące znaczenie prasy. Każdy nowy pomysł reklamował w gazetach. Informował o swoich zagranicznych praktykach, przepraszał za — wynikające z jego nieobecności — błędy pracowników, chwalił się sprowadzanymi urządzeniami. Zainstalowana w 1855 roku maszyna parowa do produkcji czekolady — pierwsze takie urządzenie w mieście — stała się sensacją.
Karol Wedel szanował Warszawę i polskich klientów, ale do końca życia czuł się Niemcem. To właśnie stało się przyczyną jedynego zatargu narodowościowego z jego udziałem. Rok 1861 przyniósł umocnienie antyrosyjskiego oporu. Wrzało w domach, cechach, szkołach. Na fali patriotycznego uniesienia zamawiano msze za ojczyznę. Tak też zrobili cukiernicy. W składce na ten cel nie wziął udziału Karol Wedel.
Zapamiętała mu to krewka młodzież i w czasie jednej z ulicznych manifestacji zdemolowała jego cukiernię. Na szczęście incydent nie miał długotrwałych następstw. Szkody materialne naprawiono, postawę przybysza — usprawiedliwiono. A do szybkiego załagodzenia incydentu przyczyniło się także i to, że warszawiacy przyzwyczaili się do jego znakomitych wyrobów.
Pijalnia przy Szpitalnej
Karol i Karolina Wedlowie, patrząc na syna Emila Alberta Fryderyka (1841-1919), mogli czuć całkowicie uzasadnioną rodzicielską dumę. Wychowany w rzemieślniczym, ewangelickim domu, z szacunkiem odnosił się do ludzi i pracy. Zwieńczeniem nauki w Warszawie był jego wyjazd do Paryża, gdzie dwa lata odbywał praktykę cukierniczą. Po powrocie objął kierownictwo zakładu. Właścicielem został w 1872 roku. Przekazanie rodzinnej firmy było prezentem ślubnym dla Emila oraz jego wybranki Eugenii, pochodzącej z zacnej, polskiej, mieszczańskiej rodziny Böhmów.
Energiczny następca Karola zaczął firmę powiększać. Sprzedał Janowi Wróblewskiemu, popularnemu cukiernikowi, zbyt ciasną dla niego cukiernię przy Miodowej. Produkcję słodyczy na przemysłową skalę przeniósł do kamienicy przy ul. Szpitalnej. Na parterze urządził lokal, w którym podawano czekoladę na gorąco. Istniejąca do dziś pijalnia czekolady nadal przyciąga warszawiaków.
Prowadzenie fabryki nie wyczerpywało zamiłowań Emila. Był on dobrym ojcem trojga dzieci (Jana, Eleonory i Zofii). Wychowany wśród polskich rówieśników w Warszawie, ożeniony z Polką, czuł się Polakiem. I na Polaków wychował potomków.
Z zamiłowania był ogrodnikiem. Ogród otaczający posesję przy Szpitalnej, w którym hodował kwiaty i drzewa owocowe, uniemożliwiał rozbudowę zakładów. A stała się ona konieczna, bo popyt na słodycze rósł jak najęty. Pod koniec XIX w. Emil Wedel kupił więc działkę na Pradze-Południe. Planował wystawienie nowej fabryki, ale zamiar zarzucił. Nie chciał tracić bezpośredniego kontaktu z pracującymi u niego ludźmi. Uważał, że robotnicy stanowią część „jego wielkiej rodziny”.
Tymczasem słodycze Wedla zyskiwały tak wielką popularność, że zaczęły być podrabiane. Emil postanowił zatem każdy produkt „stemplować” znakiem firmowym: kunsztownym podpisem właściciela. Tym samym, który do dziś widnieje na produktach fabryki.
Fabryka na Pradze
Największą chyba osobowością w rodzinie okazał się trzeci z Wedlów, Jan Józef (1874-1960), zdolny i wszechstronnie wyedukowany. W Warszawie skończył gimnazjum Wojciecha Górskiego. Wiedzę pogłębiał na zagranicznych uniwersytetach. Najpierw w Berlinie, a potem — w Szwajcarii. Na uniwersytecie we Fryburgu ukończył w 1899 roku studia na wydziale chemii — zyskał tytuł doktora. Studia chemiczne uzupełnił wykształceniem innego rodzaju: na politechnice w Charlottenburgu ukończył wydział mechaniczny. Był pierwszym z Wedlów z tak wysokim i wszechstronnym wykształceniem.
Po powrocie do Warszawy przyłączył się do grona pracowników ojca. I choć mało kto wśród warszawskich rzemieślników miał taką wiedzę — rozpoczął od funkcji „młodszego początkującego”. Po kilku latach został prokurentem. W 1912 roku odebrał pierwsze wynagrodzenie. Całą kwotę, dwa tysiące rubli, przekazał na cele społeczne.
Ojciec i syn zgodnie zarządzali fabryką — aż do śmierci Emila w 1919 roku. Do 1923 roku Jan miał silne oparcie w energicznej matce. Później stał się niekwestionowaną pierwszą osobą w firmie. I przystąpił od realizacji — porzuconego przez ojca — pomysłu budowy nowoczesnej fabryki na Pradze. Obiekt powstał w latach 1929-1931. W skład zakładów wchodziła nie tylko fabryka, ale także sala widowiskowa na 600 osób, w murach której wystawia dziś sztuki Teatr Powszechny.
Jan znany był z troski o pracowników. Zorganizował ogródki działkowe, żłobek i przedszkole. W podwarszawskim Świdrze ufundował dla robotników dom wypoczynkowy. Za niewielką opłatą mogli spędzać w nim dwutygodniowe wczasy. Jako dobry mediator konsekwentnie radził sobie w sytuacjach kryzysowych. Gdy w 1928 roku wybuch strajk (poszło o płace), zakończył go błyskawicznie, przyznając podwyżki. Ale dwa lata później nie uległ żądaniom przywrócenia do pracy wydalonego delegata związkowego. Strajk zakończył się po trzech tygodniach — uznaniem przez załogę racji pracodawcy.
Niebo w gębie
Słowo „Wedel” utożsamiano z dobrą reputacją nie tylko człowieka, ale także marki. Nie było wystawy krajowej czy zagranicznej, z której Jan Wedel nie przywiózłby nagród. Za jego rządów opracowano receptury najsłynniejszych wyrobów, w tym: czekolady Jedyna i Ptasiego Mleczka. Z nazwą tego ostatniego wiąże się anegdota. Gdy zaproszeni członkowie zarządu próbowali pierwszych pomadek, jeden z nich zawołał: „Nie brak mi teraz niczego, nawet ptasiego mleczka”. I tak ów wyrób został nazwany. Zakład zasłynął także z pralinek, przygotowywanych z najlepszej czekolady z dodatkiem szampana, koniaku itp. Wysyłano je samolotem do Opery Paryskiej i podawano widzom w czasie antraktów.
Po wojnie na wiele lat słuch o nich zaginął. Obecny właściciel firmy, Cadbury, wznowił wytwarzanie pralin. Tylko dwie wielkie fabryki czekolady w Europie zdecydowały się na taką produkuję (druga to Lindt).
Słynną akcją reklamową Jana Wedla było też zaopatrzenie w czekoladę uczestników rejsu dookoła świata na żaglowcu Dar Pomorza. W portach, do których zawijał, częstowano czekoladą. Jej smak, mimo niekorzystnych warunków przechowywania, nie zmienił się w czasie wyprawy.
Czas ołowiu
Wrzesień 1939 roku. Jan Wedel, wnuk Niemca, mimo zagrożenia, odmówił podpisania Reichslisty. Wspierał działalność konspiracyjną, m.in. ukrywając wśród pracowników osoby poszukiwane, wysyłał paczki żywnościowe do więzień, przygotowywał prezenty, które miały ułatwić wykupienie więzionych. Fabryka, z racji położenia, nie została unicestwiona w czasie powstania warszawskiego, ale Niemcy zdążyli wywieźć z niej znaczną część nowoczesnych maszyn. To, co zostało, mogło paść łupem szabrowników, ale zakład obronili pracownicy. Korzystając z tego, co uratowali, w październiku 1944 roku, sami rozpoczęli produkcję karmelków.
Jan Wedel wrócił do zakładów po wyzwoleniu stolicy. Został zatrudniony w fabryce jako doradca ds. organizacyjnych. Ale nowa władza szybko zwolniła go z pracy. Więcej: posunięto się do wyrzucenia Jana Wedla wraz z żoną z ich mieszkania w stolicy i do zarekwirowania domu w Konstancinie. Dach nad głową zaoferował im wtedy dawny stróż...
Jan Wedel nigdy nie pogodził się ze stratą miejsca pracy. Do dziś żywa jest opowieść, jak codziennie wychodził z domu i szedł do swojej fabryki. Siadał na ławeczce w pobliskim parku i patrzył. Do domu wyruszał wraz z sygnałem na fajrant.
30 marca 1960 roku umarł ostatni Wedlów z prostej linii. Spoczął na cmentarzu ewangelicko-augsburskim w Warszawie.
Przy pisaniu tekstu korzystałam z opracowań: Olgierd Budrewicz „Opowieść pachnąca czekoladą”, AR Padjas; Wojciech Herbaczyński „W dawnych cukierniach i warszawskich”, Veda Agencja Wydawnicza;
Mieczysław Kozłowski
„Krótka historia rodzinnej firmy”, AR Padjas
