Wielka drukarnia, a dostałem jajko. Zjeść czy hodować? Stanisław Roszkowski wybrałby to drugie, bo ważą się losy czubatki staropolskiej.
Jak wyliczył pewien szkocki mądrala, 21 stycznia to najbardziej przygnębiający i depresyjny dzień w tym roku. Ponoć wtedy ludność miała najbardziej wydrenowane portfele, była zmęczona, a jej noworoczne postanowienia wzięły w łeb. No, i pogoda. Stanisław Roszkowski, właściciel drukarni Taurus w podwarszawskim Kazimierowie, najpewniej nic o tym nie wie. Zimno, szaro, leje, ale przy drukarni jakoś wesoło. Kury pieją.
— Niech się odezwie totenko, japoński kogut, potrafiący piać do dwudziestu kilku sekund — zaklina kurę Stanisław Roszkowski, pogwizdując dla podpuchy.
Dumny totenko milczy, a na dodatek inne złośliwe kwoki poddziobują kuper satsumadori, nie pozwalając urosnąć ogonowi.
— Czasem śmieję się z prezesów, którzy twierdzą, że od lat na nic nie mają czasu. Są marnymi organizatorami. A ja mam, bo potrafiłem zastopować, pójść w pasję — przekonuje szef Taurusa.
Z kogutami żyje dobrze.
— Wszystko śmieszne się wydaje, dziwaczne. A kultura narodowa to nie tylko, tak jak dla Polaków, flaga i godło. Nie robię hodowli dla pustego ekscentryzmu. Działam pozytywistycznie — wykłada Stanisław Roszkowski, zagajony o czubatkę.
Z zagrody na piedestał
Kura dla miastowych to zwykle mięso i jaja. Poszperajcie w sieci, poszukajcie czubatek. Ozdobne, mieniące się kolorami. Stawiają je ponad pawiami czy papugami. Pojedźcie do Japonii czy Tajlandii, gdzie kury mają pomniki. Wszędzie, oprócz krajów niemieckojęzycznych, czubatka nazywana jest kurą polską — polish fowl, polish lub poland. Uważana za jedną z najpiękniejszych ras na świecie.
— Jest wiele odmian czubatek. Ich znak rozpoznawczy to uwypuklenie czaszki, przykrytej kształtnym puklem piór — opisuje Stanisław Roszkowski.
Za halą drukarni, wzdłuż ściany, stoi kilkanaście przegrodzonych kurników. Przez okna widać uwijających się przy maszynach ludzi. Tu drukuje się ponad setka czasopism, o nakładzie od tysiąca do kilkudziesięciu tysięcy. Taurus jest w tym małą potęgą. Zatrudnia około stu pracowników, obroty sięgają 25 mln zł, rosną w tempie dwucyfrowym.
— Zresztą dokładnie nie wiem, niech pan pyta w marketingu — rzuca Stanisław Roszkowski i odpływa w kury.
A te dziobią go w kostki, żeby wziął na ręce, pogłaskał, porozmawiał. Kilkadziesiąt czubatek w jednym miejscu robi wrażenie. Kolorowe, czyste, spokojne, dumnie wyprostowane. Rdzawe kury made in USA, które zdominowały polskie zagrody i fermy w ostatnich dekadach, wyglądają przy nich jak ubogie, znerwicowane krewne.
— Tu odpoczywam. Zjeździłem cały kraj w poszukiwaniu tego, co pozostało po starodawnych polskich rasach, takich jak czubatki staropolskie. Staram się prowadzić ich planową hodowlę. Znoszą dużo jaj, nie chorują, mrozy ich nie podgryzają, zadowolą się resztkami ze stołu — zaznacza Stanisław Roszkowski.
Chodząc po ścianach
Jeszcze parę lat temu chodził po ścianach, tempo pracy go wykańczało. Szukał ucieczki. Kierowaniem firmy, z sukcesami, zajęła się wyrozumiała żona. On kupił, przypadkowo, czubatkę padewską. Okazało się, że padewska to tak naprawdę polska, tyle że w czasie zaborów Niemcy postanowili ten przymiotnik podmienić. Prawie im się udało.
— Założyłem Klub Czubatki Polskiej i z grupą hodowców pracujemy nad wyhodowaniem takich okazów, jak na rycinach sprzed wieków — zaznacza Stanisław Roszkowski.
Wie o kurach, a zwłaszcza o ich roli w różnych kulturach świata tyle, że myśli o doktoracie. O tym, że kury są stałym elementem tożsamości narodowej krajów, przekonał się podczas podróży do Azji, Ameryki Południowej czy choćby włoskiej Padwy.
— Tam dania z czubatki są dwa, nawet trzykrotnie droższe od innych. Włosi szczycą się tymi regionalnymi potrawami — przekonuje szef Taurusa.
Rozmawiamy na parterze pokaźnego biurowca. Stoi w szczerym polu, na ojcowiźnie. Tam, gdzie stoi nagroda Złotego Gryfa 2007 za najlepiej wydrukowane czasopismo wielobarwne, urodził się szef Taurusa. W latach 80. pracował jako reportażysta w tygodniku „Razem”. Potem poszedł w biznes, początkowo wybitnie chałupniczy.
— Na tej działce, w szopie z klepiskiem, na rupieciach drukowałem. Pierwszy dobry klient to Infor, któremu bardzo dużo zawdzięczam, potem przyszli inni. Przez dwa lata walczyłem sam — wspomina Stanisław Roszkowski.
Właśnie przyszedł jego pierwszy pracownik, rówieśnik, kolega z okolicy. Skarży się, że lis wpadł mu do zagrody. O drukarni ani słowa.
Serwer w kurniku
W gabinecie prezesa na biurku, ścianach leżą i wiszą publikacje, albumy, ryciny, obrazy. Zgadnijcie, o czym traktują. Szef Taurusa wydaje kolorowy dwumiesięcznik „Woliera” dla miłośników ptactwa. Deficytowy, ale co tam, liczy się idea. Prowadzi portal Woliera.com i bloga, gdzie pokazuje, że nie zapomniał, co to znaczy dobre pióro.
— Piszę książkę „Najpiękniejsze kury świata”. Wydanie będzie bardzo ekskluzywne, z piórami, rycinami. Ptaki mają jednak być tu jedynie pretekstem do szerszych rozważań — zaznacza prezes Taurusa.
Jego syn Bartosz jest szefem coraz głośniejszej firmy z branży internetowej. W Nexto zainwestował nawet fundusz MCI. Sprzedają książki i prasę w cyfrowym formacie. Paradoks — biura Nexto mieszczą się obok kurników. Bartosz Roszkowski też czasem odrywa się od klawiatury. Ostatnio pojechał z ojcem na wystawę zwierząt gospodarskich do Tajlandii.
— Czubatka staropolska, jak wszystkie kury, pramatkę ma w Azji. Cech, jakie znamy, nabrała gdzieś na terenach dawnej Rzeczypospolitej, obecnej Ukrainy. Potem z magnaterią polską trafiła do Włoch. Stamtąd rozeszła się po świecie, ale w XX w. praktycznie zniknęła z Polski. Teraz można ściągnąć okazy z Anglii, USA, gdzie zachowały się w pierwotnej postaci. W polskich zagrodach też coś się znajdzie. Ot, kura i kultura — podsumowuje Stanisław Roszkowski.
Wygrzebał nawet fragment z „Pana Tadeusza”, gdzie autor pochyla się nad urodą czubatek: „Ptastwo piękne, karmione perłowemi krupy”. Zjeździł Niemcy, Holandię, oglądał tam stare księgi, przyglądał się obrazom holenderskich mistrzów. Śledzi idealną czubatkę polską. Stać go na limuzynę, a jeździ wysłużonym renault. Nie stroszy się jak kogut. Rozwija za to hodowlę innej polskiej starodawnej rasy, półdzikiego liliputa polskiego. Ten, nawet w mrozy, sypia sobie na przydomowej brzozie. Matecznik odbudowuje jak oscypek. Najbardziej dołujący dzień roku? Na pewno nie dziś. Dziś są kurki.
Jajka i jatki
Udomowienie kury nastąpiło w Indiach pięć tysięcy lat temu. Potem hodowano je w Chinach i w Egipcie. 2,5 tys. lat temu trafiły do gospodarstw w Europie. Wtedy w Chinach działały już wtedy sztuczne wylęgarnie. Pierwotne kury, bytujące w dżungli, przypominały dzisiejsze bezrasowe, tyle że miały lepiej rozbudowane skrzydła. Współczesna nioska waży do 1,6 kg i potrafi złożyć 320 jaj rocznie. Amerykańskie krzyżówki cieszą się popularnością też dlatego, że mają białe mięso, a takie ponoć preferują konsumenci. Bukmacherzy wolą bojowce, silne i agresywne koguty, używane do walk, nieraz brutalnych. Choć na przykład w Japonii przypominają one raczej zapasy, które punktuje trzech sędziów.
Wirtualne strony
Portal Nexto.pl wystartował 10 stycznia. Idea: bycie wirtualnym dostawcą wirtualnej prasy i książki. Na razie w ofercie jest kilkaset pozycji. Kiosk działający na bazie Nexto.pl może założyć każdy internauta. Ceny? Tradycyjna wersja książki „Ja wam pokażę” Katarzyny Grocholi w Merlin.pl kosztuje 33 zł. Nexto daje cyfrową za 24,43 zł.
Między nami kurami
15
metrów Tyle może osiągnąć długość ogona japońskiego onagadori.
25
sekund Tyle non stop może piać kogut rasy totenko.
1660
rok Wtedypowstał obraz holendra Jana Stina, który na swoim „Kurzym dziedzińcu” umieścił i podpisał m.in. kurę poland.
Kultowe pióra
Japończycy na europejskie odmiany kur patrzą z dystansem. Dla nich hodowla to stan duszy, a nie masówka czy po prostu biznes. To tysiące lat tradycji, sztuka. Gatunki z tego kraju w Europie uchodzą z kolei za wyjątkowe. Choćby z tego powodu, że próby wyhodowania azjatyckich ras w Europie dają przeciętne rezultaty. Nie ten klimat, nie ta pasza, a właściciel też jakiś nie swój. Shamo zachwyca brzydotą. To japoński wojownik, zabójca. Pięknem ujmuje za to onagadori, którego piórami ozdabiano stroje cesarzy i broń samurajów. Jego ogon osiąga nawet kilkanaście metrów długości. Mniejsza, ale równie znana jest kura chabo. W Japonii istnieje nawet coś w rodzaju kultu tych po prostu pięknych ptaków.
Karol Jedliński
