Warto wykorzystać światowe spowolnienie gospodarcze do rozwijania naszych firm za granicą i przyciągania kapitału zagranicznego do Polski.
latach 2009 i 2010 należy oczekiwać na świecie znaczącego spadku bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Przypomnijmy, że w 2000 r. inwestycje bezpośrednie w skali globalnej wyniosły 1,4 biliona dolarów, aby po pęknięciu bańki internetowej spaść poniżej 600 mld dolarów w 2003 roku (według danych UNCTAD). Poziom 1,4 biliona przekroczyliśmy dopiero w 2007 roku. Można oczekiwać, że w wyniku obecnego kryzysu finansowego w latach 2009-2010 również nastąpi silne ograniczenie globalnych inwestycji bezpośrednich, ale w mniejszej skali niż poprzednio. Jednym z czynników ograniczających skalę spadku będzie fakt, że coraz większa część inwestycji płynie do krajów rozwijających się, które w kolejnych latach powinny utrzymać relatywnie wysokie tempo wzrostu. Dotyczy to także polskiej gospodarki. Większość prognoz mówi o wzroście w granicach 3-4 proc. w latach 2009-2010. Będzie nas to istotnie wyróżniało na plus wśród pogrążonych w stagnacji innych krajów Europy.
Warto wykorzystać ten okres światowego spowolnienia gospodarczego do budowy potęgi polskiej gospodarki — zarówno, jeśli chodzi o rozwój naszych firm za granicą, jak i przyciąganie kapitału zagranicznego do Polski.
Pora na zakupy
Żyjemy w nietuzinkowych czasach, które wymagają nietuzinkowych decyzji. To czasy aleksandryjskich wizjonerów, którzy potrafią dostrzec kontury nowego porządku światowego, jakie objawią się, gdy opadnie kurz po kryzysie.
Na publikowanej przez Boston Consulting Group liście 100 globalnych firm z krajów rozwijających się, które mogą przegonić gigantów świata Zachodu, rok temu nie było żadnej polskiej firmy. Było za to ponad 40 firm z Chin i ponad 20 z Indii. W tym roku pojawiła się jedna polska firma — PKN Orlen. To pokazuje, że jako kraj nie mamy globalnych ambicji, chociaż można wskazać przykłady średniej wielkości polskich firm, które udanie operują na kilku kontynentach
Do tej pory polskie firmy myślały przede wszystkim o ekspansji na najbliższy wschód, do Rosji i Ukrainy. Ale koniuktura w Rosji może ulec istotnemu pogorszeniu w związku ze spadkiem cen ropy i odpływem kapitału zagranicznego, natomiast Ukraina przeżywa bardzo poważny kryzys finansowy, czego przykładem są ograniczenia w wypłatach z banków i konieczność pozyskania pomocy z MFW.
Tymczasem na Zachodzie w wielu przypadkach ceny firm oderwały się od fundamentów na skutek paniki rynkowej (np. wyprzedaży po każdej cenie przez fundusze arbitrażowe w wyniku spadku cen i wycofywania środków), co stwarza jedyną na sto lat (!) okazję do kupienia tam bardzo tanio dobrze zorganizowanych przedsiębiorstw, które ponownie staną się wielkie po zakończeniu globalnego spowolnienia wzrostu. To okazja do wejścia w posiadanie nowoczesnych technologii tworzonych przez te firmy, do pozyskania ich kapitału intelektualnego (ludzie, innowacje, patenty, relacje z globalnymi dostawcami i klientami). Jeżeli przegapimy ją, to następną taką szansę będą miały dopiero nasze prawnuki.
Gdy zabraknie pieniędzy…
Sądzę, że są w Polsce firmy, które mają gotówkę i mogą wybrać się na globalne zakupy w warunkach ekstremalnej przeceny. Jeżeli zabraknie własnych pieniędzy, warto zaprosić do współpracy Chińczyków i inwestorów z Zatoki Perskiej. W czasach, gdy wielkie firmy private equity napotykają na poważną barierę w dostępie do kapitału na lewarowane wykupy, w krajach Azji i Zatoki Perskiej tego kapitału jest w bród. W niektórych krajach wejście inwestorów z tych regionów Azji i Bliskiego Wschodu napotyka na przeszkody. Jednak akwizycja prowadzona przez konsorcjum, którego liderem będzie polska firma, może być skuteczna.
Współpraca z inwestorami z tamtego świata wymaga jednak silnego poparcia politycznego. Proponuję, żeby rząd zatrudnił jakiegoś doświadczonego speca od fuzji i przejęć (ale nie "kolegę królika", tylko profesjonalistę), mianował go wicepremierem ds. przejęć i akwizycji (Deputy Prime Minister Global MA), i wysłał do Azji z zainteresowanymi polskimi firmami w celu pozyskania środków na przejęcia.
Jeżeli zrobimy to profesjonalnie, a nie jak zwykle, to jest szansa, że w kolejnym rankingu 100 firm rzucających wyzwanie gigantom pojawi się kilka polskich przedsiębiorstw. Jednak takie działania odejścia od minimalistycznego myślenia, wymagają wystawienia głowy z lokalnego grajdołka i rozejrzenia się dookoła.
Na górną półkę
Jednocześnie trzeba jednak prowadzić działania na rzecz utrzymania strumienia inwestycji bezpośrednich do Polski. Te inwestycje i tak spadną wartościowo w kolejnych latach z powodu kryzysu, choćbyśmy stawali na rzęsach. Dlatego trzeba walczyć o zmianę ich struktury. W tym celu należy powołać kolejnego zawodowca, wicepremiera ds. inwestycji zagranicznych w badania i rozwój (po angielsku tytuł brzmiałby Deputy Prime Minister, RD Investments). Zamiast czekać, aż zadzwoni przypadkowy telefon, zaczęlibyśmy sami dzwonić do tych firm, na których nam zależy. Zespół wicepremiera zebrałby nasze mocne strony i konkretne oferty wsparcia, jeździł na wszystkie ważniejsze konferencje inwestorskie (w randze wicepremiera zawsze mielibyśmy keynote speech), kolędował od firmy do firmy przedstawiając korzyści, jakie można osiągnąć z inwestowania w Polsce. Moglibyśmy na przykład wykorzystać nasz atut, jakim jest wybitna w skali świata jakość polskich absolwentów matematyki i informatyki — szczególnie jeżeli zostałby uruchomiony specjalny program rządowy wspierający te kierunki. Albo — dzięki pozyskaniu odpowiednich inwestorów — moglibyśmy stać się światowym liderem w dziedzinie badań i wdrożeń w obszarze technologii czystego węgla.
Idą trudne czasy, kryzysowe. Można grać na przeczekanie, schować głowę w piasek, a potem żałować niewykorzystanej szansy. Ale można też pokazać orli pazur. Wybór należy do nas. l
Autor jest partnerem w Ernst Young,