Złudzenia są gorsze niż przykra prawda. Zwodziło przez lata „zielone światło” zapalane dla biznesu przez rozmaite ekipy rządowe, w miarę oddalania się krótkiego epizodu swobody gospodarczej na przełomie lat 80. i 90. Zimny wychów przedsiębiorczości powinien skończyć się wraz z uzyskaniem dostępu do funduszy Unii Europejskiej. Jeżeli to szansa, a nie kolejne złudzenie. Wszystko zależy od tego, czy powielimy wady programu 2004-06 („Wzrost konkurencyjności przedsiębiorstw”). Środki z tego programu trafiły do dużych, a omijały małych. Wbrew intencjom Brukseli. Zapewne nie chodziło o zasilenie firm w rodzaju KGHM, które mają inne możliwości.
W latach 2007-13 mamy znacznie więcej pieniędzy i większą szansę. A jednak zanosi się na to, że małe firmy znowu obejdą się smakiem. Wyeliminuje je minimalny próg projektu, w ramach programu „Innowacyjna gospodarka” — ustalony na 2 mln EUR. Tak wysoko zawieszona poprzeczka wskazuje na radosną twórczość Warszawy. Nie sądzę, by podobne wymogi stawiano na Zachodzie, gdzie drobna przedsiębiorczość jest pielęgnowana jako podstawa gospodarczej piramidy. Nasza mała skala jest drobniejsza od zachodniej i różni się tym, iż rozwija się, opierając się na środkach własnych.
Rynek kapitałowy jest zbyt skomplikowany, a system bankowy niezbyt przyjazny. Tym bardziej nonsensowne jest mnożenie w kraju barier w dostępie do linii budżetowych Unii Europejskiej — pomyślanych jako dźwignia rozwojowa małej przedsiębiorczości, a nie zasiłek dla państwowych molochów.
Janusz Lewandowski
europoseł Platformy Obywatelskiej