Dane makro z USA zdecydują o końcówce miesiąca

Piotr Kuczyński
opublikowano: 25-04-2005, 00:00

Oczy inwestorów zwrócone będą na raport o wzroście PKB w Stanach Zjednoczonych, a zwłaszcza na miary inflacji, którymi posługuje się Fed.

Z Ameryki

Wyprzedanie techniczne rynku i dobre wyniki kwartalne spółek wywołały w czwartek mocne wzrosty indeksów. Już piątkowa sesja postawiła jednak duży znak zapytania — tym większy, że sytuacja makroekonomiczna jest nadal bardzo niejasna. Co prawda Alan Greenspan, szef Fed, na forum senackiej komisji budżetowej powiedział, że gospodarka rozwija się „w rozsądnym tempie” i nie grozi jej stagflacja, ale dane makro nie były wcale tak jednoznaczne. Trudno więc nie odnieść wrażenia, że szef Fed, starając się w ostatnim roku swego panowania wszystkich zadowolić, wróży z fusów. Tymczasem zagrożenie stagflacją jest całkiem realne.

Wzrost inflacji w cenach producenta (PPI) o 0,7 proc. nie jest mały — w skali rocznej wzrosła ona o 4,9 proc. Rynek patrzy na inflację bazową, która jest znikoma, ale z wysokimi cenami energii przyjdzie nam chyba żyć dłużej (cena ropy jest znowu blisko szczytu wszech czasów). Producenci żywności ledwo to wytrzymują i za chwilę zaczną przerzucać koszty na konsumenta. Widać to zresztą po danych o inflacji bazowej CPI, której wzrost był największy od 2,5 roku. Mimo wzrostu inflacji prawdą jest jednak to, że „zagadka” Greenspana jest ciągle aktualna. Chodzi o spadek rentowności długoterminowych stóp procentowych w warunkach podnoszenia stóp przez Fed z 1 proc. w czerwcu 2004 r. do 2,75 proc. obecnie (a zapewne do 3 proc. po posiedzeniu FOMC 3 maja). Rentowność obligacji dziesięcioletnich w ostatnim tygodniu lekko spadła, i to mimo klarownych sygnałów mówiących o rosnącej inflacji. Nie tylko dane o CPI i PPI były niepokojące. Publikacja Beżowej Księga Fed (raport o stanie gospodarki) też nie mogła rynków uspokoić. Bank pisał w niej o nierównomiernym rozwoju gospodarki i o rosnącej presji cen z powodu wzrostu kosztów energii, która hamuje wydatki konsumentów.

Dlaczego, skoro inflacja szybko rośnie, rentowność obligacji pozostaje na bardzo niskim poziomie, a dolar się nie wzmacnia? Sądzę, że jest to wynik walki między dwoma obozami graczy rynkowych. Jeden z nich uważa, że stopy procentowe nie będą podnoszone albo będą podnoszone bardzo wolno, dlatego że w danych makro widać spowolnienie gospodarcze. Ich pogląd zyskuje wsparcie zarówno w dużym spadku indeksu Fed z Nowego Jorku, jak i indeksu wskaźników wyprzedających (LEI) — był to największy spadek od dwóch lat. Przypominam, że Fed, inaczej niż banki europejskie, musi dbać nie tylko o inflację, ale i o sytuację gospodarczą. Drugi obóz twierdzi, że spowolnienie jest zbyt małe, więc Fed się nim na tyle nie przejmie, by wyhamować podwyżki stóp. Inflacja więc staje się groźna dla gospodarki. Ich pogląd zyskuje wsparcie zarówno we wzroście indeksu Fed z Filadelfii, jak i w danych o inflacji w USA oraz skoku subindeksów cenowych w raporcie z Filadelfii. Do połowy zeszłego tygodnia zdecydowanie wygrywał obóz pierwszy. Takie przeciąganie liny będzie trwało aż do rozstrzygnięcia przez sędziego. Sędzią może być albo Fed, albo... kolejne dane makro. Może się okazać, że walka będzie trwała jeszcze półtora tygodnia (do posiedzenia FOMC), bo wypowiedzi samego szefa Fed to stanowczo za mało do wyjaśnienia sytuacji.

W nadchodzącym tygodniu wiele spółek będzie publikowało raporty kwartalne. Poza tym inwestorzy dostaną dużą dawkę danych makro, w których będą szukali śladów zagrożenia inflacją lub spowolnieniem gospodarczym. Po informacji o dużym spadku rozpoczętych budów domów bardzo ciekawe będą dane o sprzedaży domów. Zobaczymy, czy rzeczywiście sytuacja na tym rynku pogarsza się. Im mniej nowych domów, tym mniej potrzeba do nich wyposażenia i tym słabsza jest gospodarka. Najważniejszy będzie jednak raport o PKB w pierwszym kwartale, a w nim bardzo istotne będą miary inflacji, czyli deflator i indeks kosztów zatrudnienia. To podobno ulubione mierniki inflacji, którymi posługuje się Fed. O nastroju amerykańskich konsumentów teoretycznie powiedzą nam najlepiej indeksy nastroju (Conference Board i Uniwersytetu Michigan), ale tylko teoretycznie, bo najlepiej nastroje widać będzie w piątkowych danych o wydatkach Amerykanów.

Inwestorzy kupowali w czwartek akcje po dobrych wynikach spółek, ale skończy się sezon wyników i przestaną kupować. Przestaną kupować nawet nieco wcześniej, obawiając się decyzji FOMC i komunikatu po jego posiedzeniu. Z drugiej jednak strony ten tydzień kończy miesiąc, więc rynek w końcówce powinien wejść w podnoszącą indeksy fazę window dressing. W tej sytuacji dużo zależy od danych makro. Trzeba pamiętać o tym, że dla rynku akcji jedyna droga w górę wiedzie wąską ścieżką między inflacją a ożywieniem gospodarczym. Zboczenie z tej drogi grozi upadkiem w przepaść. Rynek walutowy jest w nieco bardziej komfortowej sytuacji. Zbliżające się posiedzenie Fed powinno dolara wzmacniać, ale tylko wtedy, gdy dane potwierdzą zagrożenie rosnącą inflacją.

Z Polski

Rynek akcji był bardzo w zeszłym tygodniu wyprzedany technicznie i tym można tłumaczyć wzrosty podczas ostatnich dwóch sesji. Nie był to jedyny powód odbicia. Zagraniczni gracze doszli do wniosku, że zniknął problem konkurencji ze strony amerykańskich obligacji, bo mimo wzrostu inflacji, ich rentowność nie rośnie. Wydawało się więc, że wróciły warunki, które napędzały kursy akcji przez dwa ostatnie lata. Złoty co prawda od początku tygodnia tracił, częściowo na skutek zamieszania politycznego na Węgrzech, gdzie zmieniono ministra finansów, ale nie widać było w tym wielkiego przekonania. Wpływ był podwójny: trwało wyczekiwanie na decyzję RPP i umacniało się euro.

Popatrzmy na to, co dzieje się w polityce. Zdecydowanie nie łączyłbym słabszego złotego ze zbliżającym się 5 maja, kiedy ma odbyć się głosowanie nad samorozwiązaniem Sejmu. Przedwyborcze nastroje wpływają jednak na nieco słabsze zachowanie złotego w stosunku do innych walut regionu (forint, korona). Trzeba jednak zauważyć, że one też tracą. W sondażach w dalszym ciągu utrzymuje się trend umacniający poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości i osłabiający — Platformy Obywatelskiej, co nie będzie się rynkom finansowym podobało. Wyłania się jednak i inny problem. W Sejmie trwają prace nad zmianą ordynacji wyborczej. Proponuje się zmianę sposobu przeliczania głosów wyborców na mandaty z metody d’Hondta na St. League. Wynikiem przyjęcia przez Sejm tego projektu byłoby zmniejszenie liczby mandatów partii, które dostały najwięcej głosów i zwiększenie tych z mniejszym poparciem. Dyskusja nad wyborem metody przypomina rozważania nad wyższością świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy, ale jedno jest pewne — w naszym rozdrobnionym Sejmie przy zastosowaniu metody St. League będzie bardzo trudno stworzyć stabilną koalicję dwupartyjną. Zakładam, że zagraniczni inwestorzy jeszcze dokładnie się w to wszystko nie wpatrują, ale jak przyjdzie do głosowania w Sejmie, to się obudzą. Taka zmiana ordynacji wyborczej zdecydowanie się rynkom finansowym nie spodoba.

W tym tygodniu najważniejszym wydarzeniem będzie posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Wydaje się, że decyzja jest oczywista. Rada potrafi mocno rynek zaskoczyć, ale tym razem mało prawdopodobne, by stopy nie zostały obcięte przynajmniej o 25 pkt baz. Mirosław Pietrewicz, członek RPP uważa nawet, że powinny zostać obniżone o 50 pkt baz. Inflacja spada, złotym jeszcze nikt się nie martwi, więc taki ruch wydaje się być nie do uniknięcia, szczególnie że dane o dynamice produkcji przemysłowej były bardzo złe. Spadek o 3,7 proc. r/r był dla wielu analityków zaskoczeniem. A chyba nie powinien być, bo przecież w zeszłym roku czekaliśmy na wejście do UE i gospodarka pracowała pełną parą, a teraz zaczyna dopasowywać się do sytuacji w Eurolandzie, który nie ma szans na szybkie wyjście ze stagnacji. Kwietniowy indeks koniunktury niemieckiego instytutu ZEW spadł dużo mocniej niż prognozowano, co dobitnie pokazuje, jakie nastroje tam panują.

Rządowe Centrum Studiów Strategicznych twierdzi jednak, że polska gospodarka będzie zwalniała tylko w pierwszym półroczu, ale w drugim nastąpi ożywienie, które ma wywołać zwiększony popyt wewnętrzny. Tak, ten sam popyt wewnętrzny, który mocno wzrósł przed wejściem do UE (ze strachu), a potem się załamał. Podobno teraz wzrośnie dlatego, że będzie spadała inflacja. Problem w tym, że nie wystarczy, by coś nie drożało — trzeba mieć na to „coś” pieniądze, a w sytuacji wysokiego bezrobocia i spadku płacy realnej trudno będzie o poprawę na tym froncie. Tak czy inaczej, obniżka stóp powinna zostać już przez rynki zdyskontowana, a ponieważ wątpliwe jest, by w najbliższych kilku miesiącach RPP znowu je cięła, pojawia się szansa na osłabienie złotego. Dla rynku walutowego ważny może być też bilans płatniczy za luty. Wiemy, że eksport trzymał się bardzo dobrze, więc wielkiego wpływu tych danych nie oczekuję. Jednak kurs naszej waluty i tak nadal zależy przede wszystkim od ruchów na rynku euro i dolara i od zachowania amerykańskich obligacji (im wyższa rentowność, tym słabszy złoty).

Sytuacja na GPW też zależy od tego, co będzie się działo w USA. Jeśli dolar będzie słaby, a rentowność obligacji nie wzrośnie, to znów dojdzie do wzmożonego zainteresowania naszymi akcjami. Gdyby jednak inwestorzy w USA zaczęli się bać inflacji i posiedzenia FOMC, to nasz rynek akcji nie miałby szans na wzrosty. Szansę bykom daje wykres tygodniowy WIG20. Widać tam, że indeks doszedł do dolnego ograniczenia siedmiomiesięcznego kanału trendu wzrostowego i narysował świecę-młot, która często zmienia trend. Jest więc szansa na wzrosty, ale jeśli w końcu tygodnia okazałoby się, że byki przegrały, a zamknięcie wypadło poniżej 1890 pkt, to czeka nas przynajmniej 185-pkt spadek. Tak czy inaczej, dopóki WIG20 nie wróci powyżej 2015 pkt, obowiązuje sygnał sprzedaży.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Piotr Kuczyński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu