Niewiele wśród Gazel firm, dla których zysk nie jest najważniejszy. To specyfika zakładów pracy chronionej — takich
jak spółdzielnia Odrodzenie.
Zgodę na założenie Spółdzielni Inwalidów Odrodzenie z Olesna na Opolszczyźnie wydał 19 marca 1952 r. Centralny Związek Spółdzielni Inwalidów. Pożółkły dokument pieczołowicie przechowuje prezes Artur Maniura.
— To fragment statutu ze stalinowskich czasów: „Celem działalności jest zapewnienie inwalidom pozycji pełnosprawnych obywateli, świadomych budowniczych Socjalizmu”. Wiele się zmieniło. Dziś „nadrzędnym zadaniem jest rehabilitacja poprzez pracę, zaspokojenie potrzeb bytowych, społeczno-wychowawczo-kulturalnych” — to wyjątek ze współczesnego dokumentu — wyjaśnia prezes Maniura.
— Ja jestem tu od jesieni 1995 roku. Najpierw byłem szefem produkcji, potem wiceprezesem odpowiedzialnym za produkcję, od 2005 roku jestem prezesem — mówi Artur Maniura.
Ponad 70 proc. załogi to osoby niepełnosprawne w stopniu lekkim lub umiarkowanym, głównie chorzy psychicznie, umysłowo, ruchowo i głuchoniemi.
Ocalenie w Bolku
W pierwszych latach spółdzielnia miała w wielu miejscach kilkunastotysięcznego Olesna punkty naprawy rowerów, maszyn do pisania, samochodów, krawieckie, szycia kołder, szklarskie i wiele innych, które dziś trudno wymienić.
— W 1962 roku firma zaczęła produkcję mebli tapicerowanych, czyli tę, którą zajmujemy się obecnie — dodaje Artur Maniura.
Przez kilkadziesiąt lat Odrodzenie bez trudu znajdowało nabywców mebli.
— Po 1989 roku wiodło się nam coraz gorzej, a w 1992 roku spółdzielnia sięgnęła dna. Wtedy prezesem został Stanisław Sobczak i zaczął wprowadzać program naprawczy. Przede wszystkim uzyskaliśmy statut zakładu pracy chronionej, a to pozwoliło na uzyskanie pożyczek z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON) — opowiada Artur Maniura.
Powstała nowoczesna szwalnia, suszarnia próżniowa, kupiono samochody dostawcze, wózki widłowe i wiele drobniejszego sprzętu.
— Jednak życie uratowały nam tapczany Bolek. Produkowaliśmy ich ponad 1000 miesięcznie, bo tylu było odbiorców. W Białymstoku i Lublinie od razu były ładowane na tiry, które wiozły je na wschód — twierdzi Artur Maniura.
Pomysł prostego tapczaniku, który po wysunięciu szuflady zamienia się w dwuosobowy, został podpatrzony w Niemczech.
— Nie zatrudniamy projektantów, bo to podnosiłoby koszty. Wykorzystujemy pomysły podpatrzone lub własne. Czasem wyrób nosi imię tego, kto miał największy wkład w jego powstanie. Ja też mam imiennika — jeden z modeli starszej kolekcji nazwano Artur — przyznaje prezes Odrodzenia.
Inny niż inni
Zmiany i modernizacje w zakładzie wiązały się z wieloma pracami budowlanymi.
— Musieliśmy uporządkować niezwykłą sytuację — mieliśmy po dwie kotłownie, tapicernie, szwalnie i stolarnie. Przez lata, gdy brakowało miejsca w dotychczasowym budynku, wznoszono kolejny. Postanowiliśmy skomasować i rozbudować obiekty na naszym terenie — przyznaje Artur Maniura.
Stopniowo udawało się zmniejszać stratę zakładu. Lata 1994-95 załoga wspomina jako złoty okres, bo płace przekraczały wtedy średnią krajową. Był jednak i kryzys, kiedy na przełomie wieków zamknęły się rynki wschodnie. Trzeba było zwolnić część załogi.
— Zmienił się też sposób dofinansowania z PFRON. A okresy przystosowawcze do nowych warunków są kosztowne — uważa prezes spółdzielni.
Możliwości produkcyjne firmy ogranicza to, że zatrudnia rzeszę niepełnosprawnych. Obostrzenia z tym związane to m.in. fakt, że w spółdzielni pracuje się na jedną zmianę, konieczne są też przerwy na gimnastykę.
— Dajemy zatrudnienie ludziom, którzy dzięki temu mogą żyć w miarę normalnie i mieć poczucie własnej wartości. Mamy też program zakładowego funduszu rehabilitacji, który prowadzi rehabilitację indywidualną i pomaga np. przez podnoszenie kwalifikacji zawodowych czy dofinansowanie leków, kolonii dla dzieci, przystosowania mieszkania do potrzeb niepełnosprawnego — tłumaczy Artur Maniura.
Z meblem w sieci
Pracownicy Odrodzenia mają udziały spółdzielcze, a więc są w jakimś sensie współwłaścicielami. Z wszystkimi zawarto tzw. spółdzielczy stosunek pracy.
— W ostatnich latach aktywniej zaczęliśmy szukać odbiorców, połączyliśmy część działów, zredukowaliśmy administrację. Mamy umowy z dużymi sieciami meblowymi w Krakowie i w Katowicach — podkreśla szef firmy.
Spółdzielnia z Olesna już dwukrotnie znalazła się w gronie Gazel Biznesu — w 2004 i 2005 roku.
— Przyznaję, że musimy bardziej zadbać o zdobycie klientów. Na razie eksport jest poza naszym zasięgiem, bo przy produkcie za 350-500 złotych nieopłacalny staje się transport i serwis. Może jednak będzie to pomysł na najbliższą przyszłość — sumuje prezes Artur Maniura.



