Demagogowie są wśród nas

Robert Gwiazdowski
opublikowano: 2003-01-03 00:00

W dowcipie z czasów dominacji nad naszym krajem ZSRR Polak z Rosjaninem znaleźli skarb. Na propozycję Rosjanina, aby podzielić się „sprawiedliwie”, Polak odpowiedział, że nie chce się dzielić „sprawiedliwie”, tylko po połowie.

Ze sprawiedliwością w podatkach jest podobnie: nie została nigdy sprecyzowana. W debatach podatkowych idea ta pojawia się najczęściej jako zasłona propagandowa dla partykularnych interesów politycznych i ekonomicznych, co powoduje, że jej znaczenie jest praktycznie znikome.

Chwiejna podbudowa

Przypomnijmy, że zwolennicy progresji podatkowej używają najczęściej sześciu argumentów. Do ulubionych zalicza się zdanie „Progresja obowiązuje w większości cywilizowanych państw”. No prawda. Ale coraz więcej jest spektakularnych prób zastąpienia progresywnego podatku liniowym: w Estonii, Litwie, Łotwie, Rosji. Częstość występowania progresji podatkowej nie może stanowić samoistnego argumentu za jej zachowaniem. Trzeba rozważyć wady i zalety tego rozwiązania w stosunku do innych form opodatkowania dochodów, by można było wypowiadać się o jego przydatności dla finansów publicznych i gospodarki.

Innym z filarów obrony progresji podatkowej jest przekonanie, iż system podatkowy winien służyć nie tylko gromadzeniu przez państwo środków finansowych, lecz także redystrybucji dochodu narodowego.

Zdania są bardzo podzielone. Nawet jeżeli przyznamy, że dziś pewien zakres redystrybucji dochodu narodowego jest pożądany, to przecież nie sposób nie zauważyć, że redystrybucję można skuteczniej prowadzić za pomocą innych instrumentów finansów publicznych niż podatek dochodowy.

Ale nawet przyjęcie, że to podatki powinny służyć redystrybucji, nie stanowi wystarczającego argumentu na rzecz progresji podatkowej. Jeżeli natomiast jeden podatek ma służyć kilku celom naraz, to najczęściej nie jest w stanie dobrze spełnić żadnego ze stawianych przed nim zadań.

Adam Krzyżanowski pisał, że wielkie różnice zamożności między ludźmi „zasługują w pełni na potępienie, jako niesprawiedliwe, a zarazem wysoce szkodliwe”, ale przyznawał, że „możność wpływania polityką skarbową na rozdział dochodu społecznego i na poprawę bytu warstw niższych jest ograniczona”, gdyż „łatwo popaść w przesadę, niebezpieczną dla pacjenta — zwłaszcza w okresach złej koniunktury gospodarczej i zbyt wysokich wydatków państwowych”.

Wyznawcy podatku progresywnego wspierają się także na tym, że jest on sprawiedliwszy od liniowego, a jeżeli nawet progresja sama w sobie — w odniesieniu jedynie do podatku dochodowego — jest niesprawiedliwa, to wyrównuje większą niesprawiedliwość: niekorzystne dla najuboższych proporcjonalne opodatkowanie wydatków. I dorzucają, iż niezależnie od idei sprawiedliwości za progresywnym opodatkowaniem dochodu przemawia teoria malejącej użyteczności krańcowej dochodów, że na liniowym podatku korzystają najbardziej najbogatsi i że za progresywnym opodatkowaniem opowiada się większość społeczeństwa.

Jedynie dwa ostatnie argumenty oraz przekonanie o powszechności podatku progresywnego są weryfikowalne. Inne opinie mają charakter aksjologiczny — nie można ich zweryfikować i przypisać im prawdziwości lub fałszywości w sensie logicznym. Opinia, że na podatku liniowym najbardziej korzystają najbogatsi jest, w świetle amerykańskich doświadczeń, fałszywa. Teza o wielkim poparciu społecznym dla podatku progresywnego pozostaje jeszcze prawdziwa, ale — z uwagi na rosnącą rzeszę zwolenników proporcjonalności opodatkowania — i ona może okazać się wkrótce niesłuszna.

Jakie kryteria?

Tak naprawdę głównym argumentem na rzecz progresji podatkowej jest rzekoma sprawiedliwość i niesprawiedliwość konkurencyjnych form opodatkowana dochodów — zwłaszcza stosowanie stałych stawek podatkowych. Ale owa sprawiedliwość nie została nigdy sprecyzowana. W debatach podatkowych to najczęściej zasłona dla partykularnych interesów politycznych i ekonomicznych.

Wymownego przykładu dostarczyła kampania prezydencka w USA w roku 1992. Bill Clinton zapowiedział, że ci, co „niesprawiedliwie zyskali” na reformie podatkowej Ronalda Reagana w latach 80., powinni zapłacić „uczciwą część” w latach 90. Wypowiedź ta dała asumpt kilku retorycznym pytaniom, postawionym przez Roberta Halla i Alvina Rabushkę: „Czy stawki podatkowe z 1985 roku były sprawiedliwe, zanim zostały obniżone w roku 1986? Czy stawki podatkowe Cartera były sprawiedliwe, zanim zostały zredukowane przez prezydenta Reagana? Czy stawki podatkowe Eisenhowera były sprawiedliwe, zanim prezydent Kennedy zainicjował ich redukcję? Czy pierwotne stawki pierwszego podatku dochodowego z roku 1913 były niesprawiedliwe”.

W Polsce można się zastanowiać, czy sprawiedliwa jest stawka 40 proc. dla największych dochodów, obowiązująca w czasie wprowadzania podatku dochodowego od osób fizycznych w roku 1992 i przywrócona w 1997 r., czy bardziej sprawiedliwa była stawka 45 z lat 1994-96. Czy może za sprawiedliwszą uznać stawkę 22 proc., jaką w roku 1998 chciał wprowadzić Leszek Balcerowicz, czy może stawkę 28 proc. w projekcie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych wniesionym do Sejmu w roku 2000 (stawka ta miała obowiązywać od 2001) i pogrzebaną podczas prac legislacyjnych? Jak piszą Hall i Rabushka: „politycy i intelektualiści nie mogą się zdecydować, co jest najbardziej sprawiedliwe, ponieważ nie ma na to obiektywnego kryterium i ponieważ sprawiedliwość kosztuje”. System podatkowy, odwołujący się do sprawiedliwości, jest zły. Jak dobrze skonstruować instrument do osiągnięcia niezdefiniowanego celu?

Kołakowski i Friedman

John Rawls, jeden z filozofów, którzy wnieśli największy wkład w etyczne uzasadnienie idei państwa opiekuńczego, stwierdza, że proporcjonalny podatek od wydatków jest lepszy od progresywnego — z punktu widzenia potocznych nakazów sprawiedliwości, gdyż nakłada obciążenia zależne od tego, ile dana osoba czerpie ze wspólnego zasobu dóbr, a nie od tego, jak duży jest jej wkład.

Leszek Kołakowski, przywołując obliczenia Miltona Friedmana, z których wynika, że podatek proporcjonalny bez ulg przy stawce podatkowej takiej jak najniższa stawka przy podatku progresywnym, przyniósłby takie same wpływy podatkowe, jak podatek progresywny z ulgami, stwierdza, że — gdyby Friedman miał rację — „to w rzeczy samej nie ma żadnego powodu, by progresję podatkową utrzymywać”!

Czy Friedman ma rację? Jego przeciwnicy twierdzą, że nie. Dlaczego? Bo nie! Tymczasem wszystko wskazuje, że Friedman rację jednak ma. Skoro stawka podatkowa (15-16 proc.) przyniosłaby takie same wpływy jak zróżnicowane stawki progresywne, to po jej wprowadzeniu wpływy podatkowe się nie zmniejszą, a w dłuższej perspektywie mogą się nawet zwiększyć — z uwagi na osłabienie skłonności do ukrywania dochodów i spodziewany szybszy wzrost gospodarczy. Dochody z dodatkowej produkcji — i wynikający z niej dodatkowy dochód jednego podatnika — nie umniejsza przecież dochodów sąsiada i nie są uzyskane jego kosztem.

Nie można zabierać ludziom więcej za ich trud i kreatywność. Jeżeli dwóch podatników wykonuje tę samą pracę z takim samym efektem i każdy zarobi 25 tys. zł i zapłaci podatek 5 tys. zł według stawki 20 proc. — czyli razem zapłacą 10 tys. zł, a trzeci podatnik wykonujący taką samą pracę będzie pracował dwa razy wydajniej i efektywniej — i dlatego zarobi tyle samo co tamci dwaj razem — czyli 50 tys. zł, to — płacąc podatek według takiej samej stawki 20 proc. — uiści 10 tys. zł. A zatem dwa razy więcej od dwóch pozostałych z osobna i tyle samo co tamci dwaj razem. Skarb Państwa otrzyma zaś od takiego samego dochodu taki sam podatek. Z ekonomicznego punktu widzenia nie ma powodu, aby ów trzeci podatnik zapłacił więcej niż dwaj pozostali razem. Taki zaś jest efekt progresji podatkowej. To kara za wydajną pracę!

Upośledzonym...

Charakterystyczne jest odwoływanie się przez rzeczników sprawiedliwości społecznej do potrzeb osób upośledzonych przez los. Niepełnosprawny nie jest w stanie działać jak pełnosprawny. Dla osób nierównych pod względem sprawności fizycznej, równość dochodów oznacza więc nierówność pod względem komfortu życia. Ale w praktyce losy takich niepełno-sprawnych osób zadają czasem kłam tezom rzeczników sprawiedliwości społecznej.

Ktoś po kontuzji kręgosłupa w wypadku jest przykuty do wózka inwalidzkiego. Jakąś rekompensatę tej niesprawności fizycznej mogłoby stanowić poruszanie się wygodnym samochodem czy zamieszkanie w przystosowanym do jego potrzeb domu. Sprzyjają temu jego zarobki: jest doskonałym informatykiem, pracującym dla różnych firm, płacących mu sowite wynagrodzenie, od którego należy zapłacić podatek dochodowy według stawki progresywnej. I to powoduje, że czas oszczędzania na wygodne auto i dom musi się wydłużyć! Przy stawce podatkowej 40 proc. — właśnie o owe 40 proc. w porównaniu z brakiem opodatkowania i o 15-20 proc, porównaniu z podatkiem liniowym w wysokości 15-20 proc. To znaczy, że osoba ta nie będzie oszczędzać na wymarzony dom, powiedzmy, 10 lat, tylko co najmniej 11-12 (przy podatku liniowym) lub 14 (przy progresywnym).

Jaka idea sprawiedliwości przemawia za takim rozwiązaniem? Żadna! Z uwagi na ogólną koncepcję sprawiedliwości społecznej — podstawę uzasadnienia stromej progresji podatkowej w celu redystrybucji dochodu narodowego do najbardziej potrzebujących — osoba ta kilka lat więcej spędzi w ciasnym mieszkaniu na IX piętrze, w którym zwykle nie działają windy, niż gdyby istniał „niesprawiedliwy” podatek liniowy. Ten przykład — zgoda, może i niepowszechny — pokazuje, do jakich sytuacji w skali mikro prowadzi kierowanie się abstrakcyjnymi ideami na poziomie makro.

Chybione cele

Zgodnie z założeniem, progresja podatkowa służy redystrybucji dochodu narodowego i spłaszczaniu dochodów. Nie służy jednak ani jednemu, ani drugiemu! Redystrybucję można prowadzić za pomocą całego systemu finansów publicznych. Podatki powinny być skonstruowane w taki sposób, by państwo zyskało najwyższy dochód przy najniższych kosztach własnych. Tak pozyskane środki będzie mogło przeznaczyć na wybrane cele społeczne przy użyciu innych instrumentów finansowych. Redystrybucja i tak się dokona, gdyż środki od tych, którzy w kwotach bezwzględnych zapłacili więcej, trafią do tych, którzy zapłacili mniej — poprzez nakłady na te usługi publiczne, z których korzystają ci, co zarabiają i płacą najmniej.

Jedynie komentatorzy katolickiej nauki społecznej — jak Czesław Strzeszewski i ks. Józef Majka — wskazują, że podatek dochodowy winien mieć skalę progresywną. Zastrzegają jednak, że ostrożności wymaga progresja przy podatku od wynagrodzeń — nie można bowiem „pozbawiać prawa do oszczędzania ludzi utrzymujących się z pracy”. To oczywiste w zestawieniu z nauką o godności człowieka i godności pracy, którą określa się jako „współdziałanie człowieka z Bogiem w tworzeniu nowych doskonałości bytu”. W aspekcie deontologicznym i etycznym „problemem kluczowym etyki społecznej jest sprawa sprawiedliwej zapłaty za wykonywaną pracę. Nie ma w obecnym kontekście innego, ważniejszego sposobu urzeczywistnienia sprawiedliwości w stosunkach pracownik-pracodawca, jak właśnie ten: zapłata za pracę” — pisze Jan Paweł II w encyklice „Laborem exercens”. A zatem wynagrodzenie, które człowiek za pracę uzyskuje zgodnie z zasadami sprawiedliwości wymiennej, nie powinno być mu odbierane według skali progresywnej — tylko z uwagi na samą wysokość tego wynagrodzenia, przekraczającą arbitralnie określoną przez prawo podatkowe granicę. A przecież progresja podatku dochodowego od osób fizycznych dotyczy — w większości — wynagrodzenia za tak czy inaczej wykonywaną pracę: jest więc nieuzasadniona także w rozumieniu katolickiej nauki społecznej.

O pozornych stratach

Niemożność wykorzystania teorii sprawiedliwości jako podstawy opodatkowania progresywnego sprowokowała poszukiwania innego uzasadnienia progresji podatkowej. Na przykład teorii tak zwanej malejącej użyteczności krańcowej dochodów.

Zdaniem jej zwolenników, wraz ze wzrostem dochodu jego użyteczność maleje bardziej niż wzrasta jego wysokość — w myśl zasady, że „dla człowieka, który ma większy stosunkowo dochód, pieniądz ma mniejszą wartość”. Dla uzasadnienia tej opinii najczęściej używa się takiej oto drastycznej ilustracji, odnoszącej się do potrzeb najbardziej intensywnych. Podatnik o najniższym dochodzie, przeznaczający w całości ten dochód na zaspokojenie podstawowych potrzeb żywnościowych, ubraniowych i mieszkaniowych, dotkliwiej odczuwa zwiększenie podatku o jeden punkt procentowy, co może niekiedy powodować wręcz jego niedożywienie, niż podatnik, który na żywność wydaje tylko ułamek dochodu, przeznaczając resztę na konsumpcję towarów luksusowych i oszczędności. Jak pisał Georges Buffon w „Essai d’arithmetique morale”: „talar biedaka przeznaczony na opłacenie artykułów pierwszej potrzeby i talar, który dopełnia mieszek bankiera, są w oczach matematyka dwiema jednostkami tego samego rodzaju, lecz pod względem moralnym pierwsza ma wartość złotego luidora, druga zaledwie miedziaka”.

Można tu się powołać nawet na biblijną przypowieść z ewangelii św. Marka o wdowim groszu, który był najwyższą ofiarą w świątyni: gdy inni oddawali więcej, ale z tego, co im zbywało, ona, choć oddała niewiele, to jednak wszystko, co miała.

Jaskrawe przykłady, odwołujące się do uczuć wyższych, każą oczywiście podzielić pogląd o konieczności progresji podatkowej wobec najbogatszych — by najbiedniejsi nie musieli zaznawać głodu wskutek zapłaty podatku. Podkreślić należy przebiegłość takiej argumentacji. Mogła ona mieć swój wydźwięk sto lat temu, gdy państwo ograniczało się do ochrony wspólnoty przed wrogiem zewnętrznym i wewnętrznym, a nie zajmowało ochroną zdrowia, oświatą, kulturą, nauką, utrzymywaniem nierentownych kopalń, hut i fabryk maszyn do szycia, produkujących przestarzałe karabiny, oraz ludowymi zespołami pieśni i tańca; gdy obowiązywała teoria ekwiwalencji świadczeń ze strony państwa na rzecz płacących podatki obywateli; gdy podatki dochodowe były kilkuprocentowe i płaciło je tylko kilka procent społeczeństwa!

Można było wówczas przyjąć, że zamożni, mający sporo do stracenia, powinny płacić więcej na wojsko i policję za ochronę ich majątku i źródeł przychodów niż osoby, które miały znacznie mniej do stracenia. Łatwo było wówczas uzasadnić, że 10 proc. najbogatszych obywateli powinno zapłacić nie 10 proc., tylko 11 proc. dochodu, aby nie trzeba było nakładać obowiązków podatkowych na kolejny 1 procent mniej zamożnych podatników. Ale posługiwanie się w tym kontekście argumentem głodu było od początku demagogią, gdyż głodowe dochody, na granicy minimum biologicznego czy nawet socjalnego, w ogóle nie były opodatkowane! Tymczasem zwolennicy progresji cały czas operują przykładem, który może być prawdziwy jedynie w odniesieniu do rzeczywiście najuboższych warstw społeczeństwa (przecież oni sami najpierw je opodatkowali) i tylko w przypadku zwiększania (jak podkreślono powyżej) podatków, a nie ich zmniejszania. Tocząca się obecnie debata dotyczy właśnie zmniejszania podatków, a nie ich powiększania...

Teoria „malejącej użyteczności krańcowej” może zatem równie dobrze działać a reburs. Skoro dla zamożnych, po przekroczeniu pewnego poziomu dochodu, dalszy jego wzrost ma mniejsze znaczenie, to dla biednych dodatkowy dochód, nawet w mniejszej wysokości bezwzględnej, powinien mieć większe znaczenie i większą relatywną wartość. Dla osoby X o dochodzie w wysokości 750 zł miesięcznie, dodatkowe 7,50 powinno mieć większe znaczenie niż dla osoby Y o dochodzie 7500 zł — kolejne 75 zł. Jeżeli zatem zmniejszenie podatku o taki sam procent dla ubogich i bogatych oznaczać ma, jak to dramatycznie podkreślają zwolennicy progresji podatkowej, większą wysokość zysku w liczbach bezwzględnych dla bogatych, to przecież dla osób biednych te mniejsze zyski bezwzględne, mają większą wartość w stosunku do ich zdolności konsumpcyjnej. Nie wiedzieć czemu ta strona „medalu” nie jest w ogóle brana pod uwagę w dyskusjach podatkowych przez zwolenników teorii malejącej użyteczności krańcowej.

Pewnie dlatego, że gdy patrzymy od drugiej strony, widzimy „rosnącą użyteczność dochodów”.