Od 8. do 16. w biurze, a potem za sterami własnej firmy. Oznaka kryzysu? Niekoniecznie. Tak wygląda życie młodych wiekiem lub biznesowym stażem osób, dla których „normalna” praca to za mało, więc spełniają się po godzinach, prowadząc własne firmy. Ich pomysły na biznes to najczęściej realizacja własnych zainteresowań czy hobby. Od kuchni nie wygląda on tak sielankowo, jak mogłoby się wydawać, mimo to trzymają się obranego kursu, który ma ich zaprowadzić do przystanku „sukces”.
Zainspirować klienta
— Doba ma tylko 24 godziny, a my oboje działamy na dwa fronty. Michalina pracuje na pełny etat w firmie produkującej m.in. frezarki i wycinarki, czyli w branży zdominowanej przez mężczyzn, ja pracuję też od 9. do około 17. — mówi Michał Zakrocki, copywriter w agencji reklamowej, który wraz z żoną — Michaliną Zakrocką, od półtora roku buduje markę Twórczywo.
Mops na fotelu? Mops na poduszce? Dla Twórczywa to żaden problem. Barwne, oryginalne artykuły wnętrzarskie z przymrużeniem oka to ich specjalność. Autorami projektów, które lądują na poduszkach czy w ramkach, są młodzi polscy projektanci, z którymi firma regularnie współpracuje. — Każdy klient może u nas złożyć zamówienie i mieć potem konkretny wzór lub produkt na wyłączność. Aby utrzymać ten biznes, mocno dywersyfikujemy nasze kanały, którymi docieramy do klienta. Pojawiamy się na targach i podobnych wydarzeniach, gdzie prezentujemy próbki produktów, żeby klienci zapoznali się z nimi, obejrzeli grafiki — by zainspirowali się, w jaki sposób je wykorzystać. Produkujemy wyłącznie własne produkty — mówi Michał Zakrocki.
Na razie działają w sieci — mają własną stronę i sklep internetowy w jednym, promują się w mediach społecznościowych.
— Za wszelką cenę chcemy uniknąć konieczności wynajmowania fizycznego sklepu, bo wiąże się to i z niemałymi obowiązkami, i ze sporym obciążeniem finansowym. Nasz biznes wciąż się rozkręca, ale to dopiero początkowa faza i wolimy przeznaczać pieniądze na rozwój działalności, a nie wynajem. Ale ponieważ klient lubi mieć fizyczny kontakt z produktami, pokazujemy je w sklepach partnerskich. Zaletą tego rozwiązania jest to, że klienci tych sklepów mogą zapoznać się z naszą ofertą, ale z drugiej strony my inwestujemy pieniądze w towar, który często leży — czeka na klienta i jest obarczony narzucaną przez sklepy marżą. Dlatego taką formę fizycznej obecności w sklepach traktujemy jako promocję, rodzaj wystawy, a nie miejsce i sposób zbytu naszych produktów — tłumaczy Michał Zakrocki.
Zabawa w stylu retro
Lata 70. Czasy, kiedy słowa „face” i „book” nie budziły żadnych skojarzeń, a zamiast grać w Angry Birds wywijało się koziołki na trzepaku. Wtedy królowały też niewielkie, zwinne deskorolki. Te, które współcześnie określa się mianem „indie” czy „retro”, oferuje dziś firma Fish Skateboards, prowadzona przez Renatę Jaworską-Edwards, Tomasza Skwarka i Piotra Kopczyńskiego. Wspólne przedsięwzięcie rozpoczęli ponad dwa lata temu. Ona zajęła się deskorolkowymbiznesem po powrocie z Australii, oni pomagają w wolej chwili, na co dzień nadal pracując w korporacji. W rozwój firmy i budowanie marki zainwestowali własne pieniądze. Ze sprzedażą ruszyli rok temu.
— Na początku zamierzaliśmy reaktywować popularność tego typu deskorolek wśród naszych rówieśników, czyli pokolenia, które pamięta je z lat 70. Wtedy królowały deski plastikowe i miał je każdy. Na komunię dostawało się właśnie taką deskę lub telewizor Vela. Jednak zauważyliśmy, że podobają się one i współczesnym nastolatkom. Chcemy więc także w nich zaszczepić miłość do tych deskorolek. To niekoniecznie jest deska dla profesjonalistów, którzy wykonują skomplikowane triki, ale dla całej rodziny, która chciałaby w taki bardziej oryginalny sposób spędzać ze sobą czas — mówi Tomasz Skwarek.
— Promujemy się głównie w mediach społecznościowych. Dzięki obecności w internecie staliśmy się bardzo szybko rozpoznawalni, nie tylko w Polsce, ale też w świecie. Ten typ deskorolki miłośnicy tej aktywności nazywają „fishkami” od nazwy naszej firmy. To dowód na to, że ciężka praca nad marką przyniosła rezultaty. Wieść o naszych deskach rozpowszechniła się viralowo — dodaje Renata Jaworska-Edwards. Następny krok? Showroom, w którym będzie można się spotkać, napić kawy i porozmawiać o deskach. To ich wspólne marzenie.
— Mamy plan, by w przyszłości ten biznes stał się naszym głównym źródłem utrzymania. Myślimy o poszerzeniu oferty o trochę inny, większy rodzaj deskorolek, dla tych, którzy noszą buty np. w rozmiarze 46. Wiosną zaproponujemy też koszulki pod naszą marką, które produkujemy we współpracy z zaprzyjaźnioną firmą — zapowiada Tomasz Skwarek.
Być jak Steve McQueen
Na własny biznes decydują się też coraz częściej już dwudziestolatkowie, dla których prowadzenie firmy jest wizją zdecydowanie bardziej pociągającą. — Praca w korporacji? To nie dla nas — mówi Michał Marcjanik, który razem z bratem Piotrem otworzył w Łodzi salon optyczny Gloomy Sunday, specjalizujący się w klasycznych i unikatowych okularach.
Oferta sklepu przypadnie z pewnością do gustu fanom oldskulowego czaru pingli, które nosił choćby Steve McQueen. Klientami Gloomy Sunday są osoby, dla których szkła to nie tylko produkt usprawniający widzenie, ale coś, co pasuje do ich osobowości i wyróżnia ich z tłumu. Bracia Marcjanikowie zamiłowanie do okularów mają we krwi — wywodzą się z rodziny optyków, większość czasu po szkole spędzali w zakładach optycznych, mimowolnie ucząc się fachu.
— Na początku broniliśmy się przed pójściem tą drogą, ponieważ to dosyć trudna praca. Po pewnym czasie znaleźliśmy jednak w tym wszystkim coś dla siebie — klasyczne i unikatowe we wzornictwie okulary, które ciężko jest kupić w naszym kraju. Teraz to prawdziwa pasja, która pochłania też nasz czas wolny. Od rana do wieczora szlifujemy soczewki, a kiedy jesteśmy w domu, szukamy inspiracji w internecie na stronach poświęconych nowym wzorom i całej branży.
Zamiast na urlop czy wakacje, wybieramy się na targi optyczne. Nasza praca to nie tylko pomoc w wyborze odpowiedniej ramki, zajmujemy się wykonywaniem produktu medycznego, który musi spełniać odpowiednie normy, a to duża odpowiedzialność — tłumaczy Michał Marcjanik.
Swoją przygodę z biznesem zaczęli od sklepu internetowego, co pozwoliło im na wybadanie rynku i dało odpowiedź na pytanie: czy jest popyt na okulary retro. Gdy podjęli decyzję o otwarciu salonu, jednym z pierwszych wyzwań było znalezienie odpowiedniej lokalizacji. Zdecydowali się na reprezentacyjną ulicę Łodzi, czyli Piotrkowską.
— Szukanie miejsca zajęło nam ponad pół roku. Odwiedzaliśmy różne potencjalne lokalizacje, wystawaliśmy na ulicach, obserwując, jak wiele osób przechodzi obok i czy zaglądają do środka. Po wybraniu lokalizacji wszystko potoczyło się nadzwyczaj szybko. Chcieliśmy obniżyć nasze koszty do minimum. Wszystkie prace — począwszyod remontu sufitu do malowania ścian — wykonaliśmy z pomocą rodziny i przyjaciół. Projekt zakładu przygotowała nasza przyjaciółka — studentka łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych. Otwierając taką firmę, musieliśmy liczyć się z dość dużymi kosztami początkowymi. Zakład optyczny to nie tylko to, co widzą klienci, ale też zaplecze — same maszyny niezbędne do obróbki są warte kilka razy więcej niż towar, który znajduje się w zakładzie. Udało nam się jednak rozłożyć te koszty w czasie, choć początkowo wydawało nam się to wyzwaniem nie do przejścia — opowiada młody przedsiębiorca. Bracia chcieliby w przyszłości stworzyć własną linię okularów. Jak mówią — praca w korporacji ma tę zaletę, że pozwala na łatwiejszą organizację czasu, ale możliwość samodzielnego zarządzania to wielka zaleta biznesu.
— Wierzymy, że jeśli się do tego przyłożymy, to możemy odnieść sukces. Obaj z bratem nie jesteśmy osobami, które mogłyby pracować pod czyjeś dyktando — podkreśla Michał Marcjanik.